Kradnij jak artysta!

Dziś będę nieco stronniczy, mam dobre powody. Książka Steal Like an Artist: 10 Things Nobody Told You About Being Creative to książka, która może być pozycją przełomową dla początkującego artysty, szczególnie takiego, którego zaczęły nachodzić wątpliwości, jakie to jego prace są beznadziejne.

Praca podzielona jest na dziesięć rozdziałów, ale jedynie pierwszy i może część drugiego rozwija temat złodziejstwa w sztuce. Pozostałe zajmują się kwestią tego jak artysta myśli, postrzega świat czy też jak sobie radzi w codziennym życiu, innymi słowy autor opisuje cały mindset artysty.

Autor nie odkrywa novum, ale podaje to w bardzo przystępny sposób. Książka jest zabawna, czyta się ją w zabójczym tempie. Warto tu jednak wrócić do tematu “złodziejstwa”, którym jednak pozycja się reklamuje. Otóż, Austin Kleon pozbawia czytelników wszelkich złudzeń, kreatywność w rozumieniu “stwórz coś nowego, czego jeszcze nie było, sam i od podstaw” nie istnieje, a oryginalność opiera się umiejętnej kradzieży z wielu źródeł (które niekoniecznie muszą być twórcze same w sobie, można kraść choćby rozmowy zasłyszane na ulicy) i odpowiednim ich przekształcaniu.

 

Honoruj, nie upodlaj. Studiuj, nie kopiuj. Kradnij od wielu, nie od jednego. Uznawaj, nie plagiatuj. Przekształcaj, nie imituj. Mieszaj, nie ściągaj. Kobe Bryant przyznaje, że jego drybling to próba kopii sztuczek jego idoli, Pablo Picasso mówi, że sztuka jest złodziejstwem. Ludzki umysł i ręka nie jest zdolna do stworzenia perfekcyjnej kopii. Korzystasz z jednego źródła? Kto powie ci, że jesteś plagiatorem. Korzystasz ze stu źródeł? Powiedzą, że jesteś oryginalny. Oczywiście z tego wszystkiego na czoło wysuwa się jedna myśl – jeśli chcesz być artystą to bądź obyty w kulturze i świecie.

W dalszych rozdziałach autor podaje też wiele równie dobrych rad: daj się zainspirować wszystkiemu, zwolnij, bądź zafascynowany światem, otaczaj się ludźmi bardziej kreatywnymi od siebie, pracuj codziennie (choćby miało to znaczyć, że będziesz wymiotował), nie przejmuj się tym jeśli jesteś na początku w tym kiepski, eksperymentuj z wieloma rzeczami, stwórz swój fizyczny “warsztat”, rób rzecz “cyfrowo” i “analogowo”, czasami prokrastynuj (mózg użyje tego jak trampoliny), rób rzecz dla siebie, prowadź dyskusje z podobnymi sobie, bądź miły, prowadź notatnik (w, którym będziesz robił notatki i szkicował), prowadź “dziennik pokładowy” (w, którym zapisujesz wszystko dobre i ciekawe co spotkało cię każdego dnia), prowadź “bazę danych” (gdzie masz zapisane wszelkie rzeczy ukradzione), gdy przechodzisz kryzys związany z twoją twórczością wróć do pozytywnych opinii jakie usłyszałeś/przeczytałeś tworząc wcześniejsze projekty.

Naprawdę, nie mogę nie polecić tej książki, szybko wylądowała w moich ulubionych. Jest zbawieniem, dla osób, które z jednej strony czują się głębi duszy artystami, a z drugiej napotyka ich wiele wątpliwości. Dla ludzi spoza sztuki daje ona wgląd z jakimi trudnościami borykają się owi ludzie. Do wszystkich twórczych ludzi: porzućcie wątpliwości i po prostu twórzcie!

PS. na końcu zamieszczę krótki diagram z owej książki dotyczący rozwoju projektu, dla artystów bardzo “znajomy” 😉

Advertisements

Cykl książkowy #11 – Jad Lorda Foula

Z Jadem Lorda Foula miałem już do czynienia wcześniej. Pierwsze sporo rzeczy o nim słyszałem – część z nich była dobra, a część zła. Drugie, początkowo przeczytałem pierwsze 100 stron, musiałem jednak przerwać z powodu natłoku obowiązków. Ostatecznie książka okazała się interesująca, warta uwagi, i nie pozbawiona błędów.

Powieść opowiada historię Thomasa Covenanta, wyrzutka i osoby chorej na trąd, która ostatkami sił próbuje zachować człowieczeństwo wobec nieprzyjaznego mu świata zewnętrznego. Wszystko się zmienia kiedy zostaje potrącony przez radiowóz i w tajemniczych okolicznościach zostaje przeniesiony do Krainy – miejsca pełnego groteski i piękna, gdzie magia nie jest niczym nadzwyczajnym, a ludzie żyją zgodnie z naturą. Jakby tego było mało, w owej Krainie nikt nie zwraca uwagę na jego trąd, ludzie nagle stają się dla niego mili, a poprzez jego ułomność w postaci braku dwóch palców traktują jako wcielenie Bereka Półrękiego (bohatera Krainy) i w konsekwencji ich zbawcy przed tajemniczym bytem zwanym Lordem Foulem – uosobieniem Wzgardy.

Wątek psychologiczny to element, na którym owa książka się opiera. Bohater cały czas boryka się z samym sobą, traktują Krainę jako sen, stara się jedynie przetrwać pozbawiając się w procesie i własnej godności. Doświadczenie „trędowatości powodują, że nikomu nie ufa, nie pozwala sobie na żadne zbędne emocje (głównie widzimy jego wściekłość i chłód emocjonalny), jego tarczą obronną są drwiny. Główny bohater to klasyczny przypadek klasycznego łamania tropów dotyczących stereotypowego bohatera. Zamiast bycia odważnym i pewnym siebie jest tchórzliwy i ma niskie mniemanie o sobie.

Żeby i czytelnikowi nie było zbyt łatwo autor postanowił regularnie sporządzać mu potężne kopniaki w żołądek, kiedy Covenant znajduje się na „naszej Ziemi” pada ofiarą sugestii, że lepiej popełnić samobójstwo niż żyć w sposób w jaki on żyje”, natomiast w Krainie jego tchórzostwo i nieumiejętność podjęcia decyzji (nieważne czy byłaby ona dobra, czy też zła) prowadzą do frustracji i myślenia „podejmij w końcu tę decyzję do cholery!”. Zdecydowanie nie jest to książka dla ludzi, którzy oczekują lekkiej historyjki oraz eskapizmu.

Jak wspominałem na początku powieść nie jest pozbawiona błędów, skoncentrowanie się na psychologicznym aspekcie głównego bohatera spowodowało, że pozostałe elementy, głównie budowanie świata przedstawionego, zostały zaniedbane. Zostajemy zasypani szeregiem opisów, które powodują głównie skonsternowanie, część z nich (szczególnie nazwy geograficzne) nie zostały rozwinięte i pozostały puste. Fabuła sama w sobie również nie zaskakuje. Dialogami momentami są zbyt pretensjonalne.

Podsumowując, książka jest pozycją niezmiernie interesująca, ale i niedopracowaną. To powieść-droga opowiadająca o człowieku z mocno pogruchotaną psychiką, która milimetry dzielą od roztrzaskania na milion kawałeczków. Jeśli czytelnik jest w stanie przymknąć oko na jej wady, drastyczne sceny czy wręcz obrzydzenie względem protagonisty to nie widzę przeciwskazań by jej nie przeczytać. Trzeba pamiętać, że to książka niedoświadczonego jeszcze pisarza, z wszystkim konsekwencjami tego stanu rzeczy.

Co za dużo, to niezdrowo – recenzja filmu Portal autorstwa Dextrona27

Powracam z następną recenzją machinimy! Kto się cieszy, ten się cieszy, a kto się nie cieszy, ten się nie cieszy. Podczas pisania ostatniej recenzji (która była dobrze przyjęta przez kilka osób, choć nie przez twórcę recenzowanego utworu) powiedziałem sobie – nie będę tworzył recenzji utworów, które nie mają zamkniętej fabuły lub są zbyt krótkie, dolnym limitem miało być 15 minut. I nagle piszę recenzję niespełna 8-minutowego filmu? Czuję, że muszę to wyjaśnić. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze jestem fanem horroru, choć bardziej literackiego, z zakresu weird fiction i horroru filozoficznego, ale Portal nie jest pierwszą próbą stworzenia horroru przez Dextrona, a nie było wielu rozbudowanych opinii na temat tych prób. Z tym wiążę się też druga rzecz, czyli chęć przekazania szerszej opinii dla ludzi z potencjałem, a Dextrona uważam za takiego człowieka. Oczywiście tym sposobem narażam się na atak na własną osobę, jak było w przypadku GPO czy Sanda, acz jestem w stanie to przeżyć.

Risen – Portal

Dziś krótko, bo i film krótki. Portal jest filmem osadzonym na szczątkowej fabule. Nie powinno to dziwić w przypadku tego gatunku. Bohater znajduje się na statku, który zaginął pośród mgły i protagonista przeżywa tam różne zaskakujące sytuacje, wypija napój, które sprowadza na niego koszmary. I tak to się toczy. Jedyne czego jesteśmy pewni, to fakt, że w pewnym momencie bohater spożywa napój, który sprowadził na niego szereg snów, które oglądamy w toku całego filmu. Reszta pozostaje domysłem. Jednak i tutaj mam pewne wątpliwości odnośnie tego co widać na ekranie. Nic nie zdaje się być takim, jakim jest przedstawiane.

Największym zarzutem dla tego filmu jest próba wrzucenia do niego rozmaitego typu “straszaków” i oczekiwanie, że na tak krótkiej przestrzeni czasowej wszystkie zadziałają. Więc mamy tu popularne w kinach jump scare’y, troszkę grozy opartej na przerażających potworach, nieco gęstej atmosfery osamotnienia i nadciągającej śmierci, a jeszcze inne elementy przypominają tzw. ghost story. Kiedy próbuje się używać tak wielu technik w tak zbitej formie to nie może wyjść z tego coś dobrego. Film upada pod własnym ciężarem. W połączeniu z mało przejrzystą fabuła, która do niczego nie zmierza i jest niezrozumiała oraz pozbawiona kontekstu powoduje, że widz odczuwa głównie zdezorientowanie – od początku aż do samego końca.

Film nie przypomina zamkniętej historii, a pewien misz-masz zupełnie nie powiązanych ze sobą elementów. Zupełnie jakby autor wpadł na kilka pomysłów, które uznał za dobre i postanowił je ze sobą połączyć. Poszczególne elementy nie zostały jednak poddane krytycznej analizie, tak samo jak i owej analizie nie został poddany film jako całość, przez co został pozbawiony unikalnego charakteru. Kwestia tempa czy impetu nie została zauważona przez twórcę. Owe elementy mocno tutaj kulały.

Mimo tych uchybień film nadal oglądało się całkiem dobrze. Muzyka była dobrze dobrana, budowała odpowiednią atmosferę, dubbing był na tyle przyzwoity, że nie przeszkadzał. I tutaj chciałbym się skoncentrować na jednej dodatkowej rzeczy. Widziałem, że autorowi zarzucało się, że nie ma korelacji między słowami bohatera, a akcją na ekranie. Przykładowo w pewnym momencie filmu bohater przechodzi przez pomieszczenie pełne tusz mięsnych, a dwie minuty później stwierdza, że na statku nie ma żadnego pożywienia. Pierwsza myśl? Błąd reżysera. Jednak może jest z tego inne wyjście! Jak wcześniej wspominałem autor zmienia bardzo szybko techniki prowadzenia historii i wprowadzania elementów grozy, co jak rozumiem jest efektem tego, że nie mamy do czynienia z jednym snem, a z wieloma – wypijanie napoju jest również snem. Wszystko jest snem. To lepiej tłumaczy zmiany w stylu, które jednak nadal są zbyt gwałtowne i zbyt częste. W przypadku takiego rozwiązania wynika, że ze scenariusza wypadło co najmniej kilka stron, a widz musi błąkać się po omacku. Po seansie nie wyjdzie ani zadowolony, ani przestraszony, ani oczyszczony.

Dextronowi życzę, by nadal kierował swoją twórczość w tę stronę. Niewiele mamy horrorów w polskiej machinimie, tym mniej dobrze zrealizowanych. Potrzebne  będzie lepsze wyważenie, zadbanie o odpowiednio tempo utworu, tak by widz mógł poczuć się zainteresowany jego filmem.

Braterskie więzi czy więzi krwi? Recenzja filmu machinimowego autorstwa Sanda

Jakiś czas temu powiedziałem sobie: „W najbliższym czasie nie będzie tekstów na temat filmów machinimowych!” Powód był prosty, owe filmy są bardzo miałkie, uproszczone, ciężko rozwinąć swe myśli na ich temat. Nieważne czy będziemy mówić o kwestii audiowizualnej czy scenariuszowej. Stwierdziłem jednak, że teksty na temat machinimy mogą być dla mnie odskocznią, nie wysforowaną wysoko merytorycznie a jednocześnie, za pomocą konstruktywniej krytyki, pomagającą twórcom w naprawieniu części mankamentów.

Na pierwszy ogień poszedł film Sanda pt. Braterska więź”. Przyczyny takiego wyboru były trzy. Primo – w pewnych kręgach machinimowych, w których przebywam zapowiedzi tego filmu wywołały pewne zamieszanie – niestety w główniej mierze negatywne. Secundo – film był robiony przez długi czas i był wielokrotnie poprawiany. Tertio – Sand wyrobił sobie już pewną opinię, i byłem ciekaw jak sobie poradził, i czy za pomocą filmu udało mu się zrzucić z siebie część oskarżeń.

I tak, napisałem ten wstęp przed kilkoma dniami, ale czuje się w obowiązku powiedzieć jeszcze jedną rzecz, by nie zostać niewłaściwie odebrany. Nie oczekuje po machinimie wysokiego poziomu z racji jej charakteru, i dlatego na wiele rzeczy jest skłonny przymknąć oko. Niestety, w przypadku Braterskich Więzi nawet pobłażliwe traktowanie na niewiele się zda.

W zamyśle fabularnym historia opowiada o dwóch braciach – jeden fajtłapa (Vincent), drugi potrafi radzić sobie w życiu (Taz). Ten pierwszy przez brak pomyślunku w swoich działaniach wpada kłopoty i prosi drugiego o pomoc. Natomiast ten drugi chce pomóc, bo jest dobrym bratem, a wcześniej trzymał się z dala od rodziny. Ciśnie się na usta zdanie – to już było przedstawiane tak wiele razy, czy to w książkach, czy to w filmach. Wręcz można powiedzieć, że jest to odtwórcze, ale ze względu na dostępność materiałów, które można porównywać ze swoją koncepcją, można uznać to za bardzo bezpieczny film. Przy odrobinie chęci może wyjść z tego coś lepszego niż na co pierwotnie się zapowiada. W tym filmie jednak zabrakło albo chęci, albo umiejętności. Prawdopodobnie obu. Na dodatek twórca, który był zarówno reżyserem, montażystą, jak i scenarzystą, dobitnie pokazał, że nie posiadał absolutnie żadnej kontroli nad swoją pracą.

Kolejna rzecz na, którą warto zwrócić uwagę to dialogi, i sposób prowadzenia historii. Są one prowadzone w bardzo sztywny sposób, nie są z żadnej strony ciekawe, wręcz wymuszone, brakuje im polotu, czasami w dialogach występują zaraz po sobie te same informacje. Dlaczego są powtarzane? Dlaczego tracić na to cenne sekundy? Widz wie o co chodzi już po pierwszej informacji, nie jest mu potrzebna druga. To nie jest gra z serii Metal Gear Solid, gdzie protagonista zawsze musi zadawać durne pytania i powtarzać informacje. Występują niepotrzebne sceny – pierwszą scenę, która jest retrospektywą można spokojnie usunąć i film nie straci na tym, w absolutnie żaden sposób.

Owa pierwsza scena, kiedy bracia polują na ścierwojada posłuży mi jednak na zwrócenie uwagi na coś całkowicie innego. Twórca w pewnym momencie stwierdza, że historia dzieje się w nakreślonym przez niego uniwersum, i za pomocą argumentu moje uniwersum, moje zasady próbuje uzasadniać błędy logiczne. Zapomina jednak, że jakiekolwiek zasady działają w jego uniwersum, to primo – muszą być wewnętrznie spójne, a secundo – jeśli wprowadza się nowe zasady, to należy je wytłumaczyć. Oczywiście w kwestii budowania świata ten film leży i kwiczy – są wprowadzane motywy dotyczące ludzi czy organizacji, nigdy jednak nie dowiemy się np. jak nazywa się lord miasta, czy jakichkolwiek szczegółów o organizacji, z którą zadarli protagoniści (jej nazwy czy celów). Żeby tego było mało, to autor postanawia dodawać rzeczy stricte wyjęte z Gothica – ścierwojady czy świątynia Innosa. To w końcu jest to uniwersum Gothica czy jakieś osobne?

Punktem centralnym całej historii jest zdobycie księgi, i choć będzie tu mowa nieco o spojlerach, to muszę o tym napisać, z racji prymitywizmu wykorzystanych środków. Bohaterowie chcą spłacić swój dług wobec tajemniczej organizacji (ot, której przypomnę, nie wiemy prawie nic – no, może poza faktem, że lubią latem zakrywać twarz szalikiem w ciągu dnia), antagonista (u, którego ciężko zauważyć jakiekolwiek motywy) zleca im kradzież księgi z domu lorda miasta, czy też zarządcy. I tu zaczyna się najlepsze. Kiedy protagonista próbuje się dowiedzieć coś więcej na jej temat, jego adwersarz go jedynie zbywa – wskutek tego widz nie wie o co chodzi (czym jest księga, dlaczego jest ważna, czy ma związek ze skarbnikiem, o którym była mowa wcześniej – to jedynie domysły, nie ma żadnego solidnego argumentu przemawiającego za tym), ale nie wie i Taz (nie wie gdzie znaleźć księgę [poza ogólną lokalizacją], nie wie jak się nazywa, jak wygląda okładka, nie wie nic, co mogłoby nakierować go na księgę, żeby mógł ją znaleźć). Następuje tu wprost gigantyczna przepaść między wiedzą scenarzysty, a wiedzą bohaterów w filmie oraz samych widzów. Ale to nie koniec, o nie, nie, nie! Sama księga jest McGuffinem par excellence. Prowadzi fabułę do przodu, definiuje motywację bohaterów (choć głównie jednego z protagonistów), i sam z takimi rozwiązaniami nie mam absolutnie żadnego problemu, pod warunkiem, że jest on odpowiednio zamaskowany, zaowalowany. Tutaj niczego takiego nie ma, jest ukazany bezpośrednio, w sposób prymitywny. Podobnie jest w zakończeniu gdzie jednak pojawia się deus ex machina, która rozwiązuje wszystko w sposób, którego widz nie mógł przewidzieć, bo nie ma on oparcia w poprzednich scenach.

W samym filmie pada sporo nielogoczności, które z łatwością można było wyeliminować. Autor nie ma pojęcia o ekonomii i stwierdza nagle, że 2000 sztuk złota to niewielka ilość. O ile nie były to monety o niskiej zawartości kruszcu, to taka ilość byłaby MAJĄTKIEM. W karczmie możemy spotkać ludzi, którzy nawet do piwa wybierają się w kolczudze i pikowanym kaftanie. W samym Golieth (czy jakkolwiek się to pisze) bohaterowie zaczynają ubierać się w przewiewne stroje, które przywodzą na myśl kulturę Środkowej Azji, ale nie ma absolutnie żadnej podstawy, dlaczego mieliby je nosić w środku lasu. Warto wspomnieć o strażniku, który wymagał glejtu (dlaczego był potrzebny) i jednocześnie sam miał uprawnienia do wpisywania glejtu (zwykły strażnik?). Zresztą podczas akcji w Golieth ujęcia pokazują pewien kryształ w taki sposób, który sugerował, że jest istotny. Ostatecznie okazało się to niczym ważnym, było efektem nieumiejętności kadrowania przez twórcę. Takich rzeczy można, by wymieniać więcej, ale to nie do końca moja rola.

Żeby nie być tak do końca negatywnym, to nadszedł czas na wymienienie plusów. Za taki możemy uznać kameralną obsadę, postaci jest jedynie trzech i dodatkowo zapychacze przestrzeni w formie strażników i im podobnych. Niestety autor nie wykorzystał potencjału tego rozwiązania. Nie opowiedział nam nam o nich więcej, nie wszedł w iimch psychologię. A szkoda. Czego jednak można oczekiwać od filmu, którego sceny możemy policzyć na palcach jednej ręki? Pod względem technicznym widać progres w stosunku do poprzedniego filmu, choć i tu daleko droga do ideału. Muzyka momentami była zbyt natarczywa, wspomniane wcześniej kadrowanie również nie należało do najlepszych (przez co film tracił potencjał wizualny), była conajmniej jedna sceny kiedy na jedno ujęcie składały się dwa klipy – podobne, ale nie takie same – przez co wywołały efekt podskoczenia bohatera. Aktorzy za wiele tu do grania nie mieli, słychać było, że Kubacz bawił się głosem.

Podsumowując, film jest lepszy od poprzedniego filmu Sanda (tj. Próba Argosa), lecz zbyt wiele rzeczy w nim zawiodło, bym mógł wyrazić o nim pozytywną opinię. Niestety film należał do kategorii tak złe, że aż nudne, a nie do kategorii tak złe, że aż śmieszne.

Cykl książkowy #7 – Nakręcana pomarańcza

Nakręcana pomarańcza to książka, które cię zadziwi, zaszokuje, doprowadzi do mdłości, a na koniec spełni. Najpierw parę słów wstępu. “Nakręcana…” to wersja A książki napisanej przez Anthony’ego Burgessa i przetłumaczona przez Roberta Stillera. A – czyli amerykańska/angielska, z przeciwieństwie do wersji oryginalnej (Mechaniczna pomarańcza) rusycyzmy zostały zastąpione anglikanizmami. Sama powieść bywała cenzurowana, a wielką sławę przyniosła jej ekranizacja (Stanley Kubrick, 1971). Niestety ekranizacja, podobnie jak amerykańskie wydanie książki są pozbawione ostatniego rozdziału, który znacznie zmienia postrzeganie treści.

Motywem przewodnim książki jest przede wszystkim wolność. Autor dywaguje czy dobro i zło może istnieć jeżeli człowiek zostanie pozbawiony wyboru, i czy wtedy można taką osobę nazwać człowiekiem. W ramach tej myśli autor porusza też inne tematy, takie jak: wpływ kultury na destrukcyjne działania ludzi, “przeprogramowanie” społeczeństw przez polityków, egocentryzm, kontrola zachowań, dążenia do władzy nad innymi czy też dorastanie.

Sama akcja powieści osadzona jest w niesprecyzowanej przyszłości, i słabo określonej przestrzeni przez co możemy ją umieścić gdziekolwiek zechcemy. Historia opowiada o grupie młodzieży, której przewodzi Alex, piętnastoletni chłopiec. Razem dokonują różnych bezeceństw oscylujących wokół przemocy, morderstw czy gwałtów.

Na szczególną pochwałę zasługuje tłumacz, który potrafił wytworzyć nowy język (między językiem rosyjskim a angielskim jest sporo różnic) i czyta się to niezwykle ciekawie – już ze względu na sam język! Oczywiście, czasami trzeba się zatrzymać, pomyśleć co znaczą dane słowa, co prawda jest słowniczek, ale radziłbym nie korzystać z niego o ile nie jest to potrzebne.