Raport nt. towarzysza Bolverka

Samotnia, 23 Ostatni Siew, 4E766

Podjąłem wiele działań, by wyjaśnić dzieje towarzysza Bolverka. Niestety…zawiodłem. Wszystkie informacje, jakie zdołaliśmy pozyskać, wydają się przynajmniej w części fałszywe. Każdy człowiek czy elf twierdzi co innego. Ich zeznania są wzajemnie sprzeczne. W poszczególnych wersjach Bolverk ubiera się w inny sposób, nie mówiąc o różnych wersjach wydarzeń. Starałem się jednak oddzielić prawdę od fałszu, mity od rzeczywistości i doszedłem do poniższych wniosków.

Matka Bolverka zginęła w połogu, ojciec 12 lat później. Źródła wspominają o pijatyce, a historia wydaje się po stronie gigantycznego Norda. To jego ojciec, Vikar Hundisson miał zacząć bójkę i polec z ręki własnego syna. Nie ma dowodów, że było inaczej. Natomiast kilka relacji wspomina o nienawiści i pogardzie Bolverka wobec ojca. Czy mógł go sprowokować i zabić? Nie mogę tego wykluczyć. Gdzie leży prawda?

Po tych wydarzeniach został wyrzucony z domu w Rzecznej Puszczy, rozpoczął życie w podróży niczym nomada, razem z innymi sierotami i dezerterami. O tym okresie niewiele wiem, ci „łachmaniarze” rzadko odwiedzali wioski, większość życia spędzali na rozdrożach. Jedynym świadectwem są relacje o incydentach na obrzeżach wiosek, w ich pobliżu znajdowane odcięte palce, dłonie, a czasami nawet ciała.

Wiele lat później, kiedy ruch łachmaniarski zaczął słabnąć, zaczęły docierać bardziej szczegółowe. Łachmaniarze zostali ponownie włączeni w krąg cywilizacji. Podczas tego powolnego procesu część ludzi zaczęła opowiadać o nieznanych dotychczas informacjach. Co ważne, kilkunastu z nich miało do czynienia z Bolverkiem. Zrobił na nich nieprzyjemne wrażenie. Był zimny, obmierzły i skory do brutalności. A przy okazji użyteczny. Miał zmysł do polowania.

Z tych wszystkich opowieści na czoło wysuwa się jedna. Mimo swej natury Bolverk nawiązał zażyłe stosunki z grupą pięciu ludzi. Były wśród nich dwie kobiety: Jytte Iorundottir ze Smoczymostu i Lysabeth Bellamont z Alcaire; oraz trzech mężczyzn: Hararik Jobjornsson z Morthal, Jarnot Lirrian z Dunlain i Tels Veleth z Pelagiad. Przez niemal rok cała szóstka była przyjaciółmi, wspierali się.

Niestety, w pewnym momencie historie się urywają, z relacji późniejszych towarzyszy doli Bolverka wynika, że postanowili go upokorzyć, doprowadzić do wychłodzenia jego organizmu i w konsekwencji śmierci. Z jakich powodów? Tego nie wiem. Już ich nie zapytamy. Dawno temu zostali pochowani w bezimiennej mogile. Sama opowieść o ich zdradzie pochodzi z ust Bolverka, może coś ukrywa?

Kolejne wydarzenia podaje w wątpliwość. Szczególnie historię o niedźwiedziu. Wykracza ona poza zrozumienie. Nie jest możliwa. Lud ją wymyślił, by usprawiedliwić jego niezwykłą, lecz naturalną „podróż-walkę” – fizyczną i duchową — z „potworem zimy”.

Przez następne 6 lat o samym Bolverku słychać niewiele. Można utożsamiać go z tzw. Rzeźnikiem z Lasu — bandycie napadającym na zbłąkanych wędrowców i osłabione karawany. Wbrew obiegowej opinii nie poddał się on dobrowolnie, został złapany, uwięziony i poddany procesowi. Wyrokiem było 20 lat w rygorystycznym więzieniu w Falkreath. Odbył jedynie trzy.

Po trzech latach wybuchła Wojna Dwóch Królów. Bolverk został włączony do armii i szybko mianowano dowódcą komanda Gjalda. Komanda typu Gjalda są formacją odwetową, silną i szybką — stworzoną do potyczek, nie bitew. Odniósł wiele sukcesów, mówią o tym źródła z jednej, i z drugiej strony. Jego zwycięstwom towarzyszyła nieposkromiona brutalność. Zarówno jego, jak i jego towarzyszy.

Ważnym wydarzeniem w wojnie było nadanie dowództwa Bolverkowi. Przebywał on w Bieli, razem z innymi szeregowymi żołnierzami. Odbywało się tu zebranie norskich dowódców i poradzenie się u Wiedźmy Wojny. Przewidziała im zwycięstwo za wielką cenę i tylko jeśli Bolverk zostanie oficerem. Jakkolwiek ocenisz tę historię, jakkolwiek oceniasz wizje i przepowiednie, to tak się właśnie stało. Sama o tym wiesz. Bolverk stanął po stronie Nordów i Nordowie wygrali.

Wiele osób zginęło z ręki jego i jego ludzi. Elfy, ludzie, khajici, a nawet argonianie. Z tego okresu pochodzą relacje, które znacząco zmieniają obraz Bolverka. Mimo że dowodził swoimi ludźmi to w kompanii wszyscy byli równi. Często z nimi rozmawiał i ucztował. Udokumentowane są jego ekscesy z kuflami. Miał w zwyczaju rozbijać go na głowach swoich towarzyszy. Robił to z taką siłą, że niektórzy z nich tracili przytomność. Jest możliwe, że chwile, które przeżywał w komandzie Gjalda były pierwszym przeżyciem gdzie był prawdziwie szczęśliwy. Poniżej zamieszczam listę dziesięciu jego najlepszych przyjaciół z tego okresu. Wierzę, że część z nich już złożyła akces do twojej organizacji. Zważ na to, że trzech ostatnich było kiedyś kapitanami innych komand — kolejno Mein, Skrípi i Auðigr.

Przyjaciele Bolverka:

  • Bersi Runolfsson
  • Ingmar Jensen
  • Fjolvar Carstensen
  • Rugga Losnedahl
  • Bracia Thorvald i Tumi Lager
  • Skjor Asketillsson
  • Ivar Nikolajsen
  • Sibbi Mårdh
  • Narfi Øster

Jeśli mianowanie Bolverka dowódcą poczytujesz za wydarzenie ważne to musisz przyjrzeć się bitwie o Dushnikh Yal. Do tej pory Bolverk już zyskał szacunek pośród żołnierzy spoza komanda, wygrał niezliczoną ilość potyczek, tracił niewielu ludzi, ale ta bitwa zdecydowała o jego sławie pośród ludu. Siły Nordów zostały okrążone w pobliżu orkowej twierdzy. Orkowie udzielili im schronienia w zamian za ustępstwa dla ich enklawy. Walczyli razem, ramie w ramię, ludzie i orkowie. Przeciwko innym ludziom. Bretonom. Tego dnia zginął król Harald, przeszyty strzałą. Rada Wojenna przyznała Bolverkowi tymczasowe dowództwo, na czas bitwy. Wyprowadził on część sił z fortecy tylnym wyjściem. Chciał uderzyć ich tyły. Obronę twierdzy i odpowiednie przyjęcie głównej siły ataku wroga powierzył Sibbiemu Mårdh. Manewr Bolverka się udał, kiedy Bretoni byli zajęciem szturmowaniem muru nasz obiekt zainteresowania jednocześnie podpalił ich namioty i zaatakował siły wroga. Wpadł w berserkerski szał, nikt nie był w stanie go powstrzymać. Kiedy bitwa się skończyła, znaleźli go, ociekającego krwią, wydawał dziwne dźwięki. Śmiał się i płakał. Ogłosili go bohaterem.

Kiedy działania wojenne ucichły, w starym forcie, niedaleko Hrothgaru, znaleziono pięć zmasakrowanych ciał. Po wojnie Skyrim było w chaosie, dopiero wyłaniał się nowy rząd, jednak znalazła się ekipa śledcza, która zdołała zająć się tą sprawą i rozpoznać ofiary. Były tam dwie kobiety i trzech mężczyzn. Jytte, Lysabeth, Hararik, Jarnot i Tels. Pięć osób, pięciu dawnych przyjaciół Bolverka. Według znanych mi źródeł Bolverk porwał ich, jednego po drugim, i zaciągnął do fortu. Opiekę nad nimi powierzył Ivarowi Nikolajsenowi. Oficjalnie zaginęli na polach bitewnych. Nikt ich nie szukał, nie mieli rodzin, a przyjaciółmi byli dla samych siebie. Zebrawszy wszystkich, odesłał Ivara do rodziny, a on sam urządził miejsce kaźni. Torturował ich, łamał im palce, wyłamywał zęby, wypalał znamiona rozżarzonym do białości prętem, Jytte oskórował. Co zrobiła mu biedna Jytte? Za zbrodnie nie odpowiedział, nie miał kto go osądzić i pozyskał ochronę wdzięcznego mu społeczeństwa.

Po wojnie Bolverk zyskał dużą sławę i uwielbienie ludu. Pewnie i w tej chwili w karczmach piją jego zdrowie. On sam nie poprzestał wpływać na Skyrim po wojnie. Stworzył sektę, tzw. Synów Bolverka, istnieją również jego Córy, lecz są znacznie mniej liczne. Jego akolici szkolą się w koncentracji, zespoleniu z naturą i wyciszeniu. To ruch filozoficzny. Członków można rozpoznać po charakterystycznych hełmach z jelenimi rogami.

Prowadzę dalsze badania nad losami Bolverka, tak jak sobie życzysz. Dokument wysyłam do twierdzy i liczę na odpowiedź. Niech szczęście sprzyja ci w bitwie i poza nią, Lady Oskario.

Z poważaniem Lorenz Dyne

Advertisements

Cykl książkowy #1 Dzień tryfidów

Tekst został pierwotnie opublikowany 22.02.2017r.

Dzień tryfidów jest dla mnie miłą niespodzianką. Z zewnątrz odstręczająca – okładka tandetna, a i nie mająca wiele wspólnego a akcją książki. Z tyłu mamy opis epatujący przesłaniem: “Aaaaa, mordercze rośliny atakują!”. Brzmi to tanio, jak kiepski horror klasy B. Nic bardziej mylnego.

John Wydham zabiera nas do Londynu czasu zimnej wojny (książka została napisana w 1951r.), nad ziemię nadleciała kometa i rozbłysnęła zielonym światłem, widzieli ją niemal wszyscy, i wskutek tego stracili wzrok. Głównego bohatera ominął ten los, ponieważ akurat zdarzyło mu się leżeć w szpitalu, gdzie wypoczywał po zabiegu na narządzie wzroku. Szybko orientuje się w sprawie i próbuje odnaleźć się  w nowym świecie.

Czytelnik szybko orientuje się, że nie jest to w żaden sposób opowieść o morderczych i krwiożerczych roślinach czających się na ślepców, a studium ludzkiej moralności w momencie kiedy opadają okowy cywilizacji, zasady rządzące naszym światem. Nieustępliwość tryfidów jest niczym wobec zachowań ludzkich. Gdzie one są jedynie chwastem, my jesteśmy zgnilizną toczącą ludzkie serce.

To, co robimy gdy nie ma stanowionych i umownych praw jest godne pożałowanie. wykorzystywanie ludzie, by samemu przetrwać. Podróż po trupach do celu. Chęć zyskania władzy nad innymi w quasi-feudalnym społeczeństwie dla samej istoty władzy. Tratowanie innych niczym niewolników i szeroko rozumiany brak sprawiedliwości i przyzwoitości. Czytelnika ogarnia strach, a w końcowych tematach i odraza.

Gdzieś w tle są też tryfidy, niezwykle enigmatyczne rośliny stworzone przez człowieka, nie przypominaj one jednak roślin, ich inteligencja wygląda jak coś pomiędzy zwierzęciem i człowiekiem. Jest nam na tyle obca, jak byłaby hipotetyczna rasa z innej planety. Nie można ich zrozumieć, jedynie zwalczać. Są nieustępliwe, niczym chwasty i dążą do całkowitej władzy nad światem. Jakkolwiek kiczowato to brzmi.

Przerażenie, smutek i nostalgia (za utraconym światem) – w tych trzech słowach opisałbym tę powieść.