Jak napisać scenariusz/dobrą historię? Część pierwsza: Dziwny atraktor

Uwaga: Wpisy należące do tej serii będą podejmowały tematykę pisania scenariusza filmowego. Nie uważam się za guru w tej kwestii, mam jednak pewną wiedzę, która może pomóc tym, którzy jej nie posiadają. Wykorzystam swoją wiedzę i umiejętności, by pomóc innym, choćby w małym stopniu. Ta seria poradników przeznaczona jest głównie dla machinimerów (osób tworzących filmy fabularne z wykorzystaniem silnika gier komputerowych), ale mogą z nich korzystać dowolne osoby, które zajmują się bądź chcą się zająć aktywnościami, gdzie wykorzystają umiejętności tworzenia historii.

W pierwszej części miałem zająć prezentacją edytorów tekstowych, wyszło inaczej. Przedstawię pewne narzędzi, nazywane dziwnym atraktorem. Owy wpis aż tak bardzo nie zrujnuje mi zakładanej chronologii, ponieważ stworzenia dziwnego atraktora dokonuje się jeszcze przed właściwym pisaniem skryptu. Owy wpis, jest w dużej części jedynie tłumaczeniem eseju autorstwa Terry’ego Rossio, aczkolwiek na samym końcu zawarty zostanie mój krótki komentarz. Poniżej tłumaczenie, które znajduje się w nawiasie kwadratowym.

[Dobrze. Bierzmy się do roboty.

Jako, że jestem scenarzystą i początkującym producentem filmowym, ludzie wysyłają mi scenariusze. Jak wszyscy inni w mieście, chciałbym znaleźć kolejny świetny scenariusz, odkryć kolejny wielki talent. Po przeczytaniu i skomentowaniu kilkuset skryptów, powiem wam co było ich najczęstszym problemem – brak dobrej koncepcji.

Bardzo często scenarzyści od samego początku obierają koncepcję, która nawet w najlepszej formie nie jest typem historii, która sprzeda się w Hollywood. Jest to frustrujące. Siedziałem czytając scenariusze, w którym struktura, postacie, dialogi i opisy były zadowalające…a nawet, w niektórych przypadkach – bardzo dobre. A jednak w głębi duszy wiedziałem, że w zasadzie nie ma mowy o tym, by scenariusz kiedykolwiek się sprzedał, nie mówiąc już o jego realizacji. To było podwójnie frustrujące, ponieważ trudno było dokładnie wyjaśnić, dlaczego by się nie sprzedały. Wszystko, co mogłem powiedzieć, to to, że koncepcji czegoś brakowało. Czego? Nawet nie potrafiłem tego nazwać. Teraz potrafię. Pożyczyłem termin z geometrii fraktalnej. Ta tajemnicza “rzecz”, której wymaga większość scenariuszy to…DZIWNY ATRAKTOR.

Co to jest – i dlaczego tego potrzebujesz

Wiem, brzmi trochę głupkowato, ale poza nazwą nie ma wiele wspólnego z matmą.  Słówko “dziwny” rozum jako “wyjątkowy”, a atraktor skojarz z atrakcyjnością (synonimem będzie “fascynujący”), wtedy “dziwny atraktor” okaże się “czymś wyjątkowym, co jest również fascynujące”. Jest to jedynie szybki sposób na powiedzenie, że ​​koncepcja filmu powinna być wyjątkowa – być czymś czego wcześniej nie robiono – a jednocześnie musi “przyciągać” do siebie odbiorców. Musi to być coś, co jest fascynujące, kuszące i intrygujące. Jakiś element, który jest tak pomysłowy, tak pociągający, że ludzie w Hollywood biją się w pierś, że nie pomyśleli o tym wcześniej. Tak bardzo biją się w pierś, że są gotowi dać ci dużo pieniędzy, ponieważ ty pierwszy o tym pomyślałeś.

Możesz to nazwać haczykiem, sztuczką lub zwrotem akcji. Hollywood czasami nazywa to “wysoką koncepcją” – pomysłem na film, który można wyrazić w jednym lub dwóch zdaniach. Możesz zastąpić “wysoką koncepcję” “dziwnym atraktorem”, ale myślę, że dziwny atraktor jest nieco bardziej precyzyjny. Co jest dobrym, krótkim i prostym pomysłem na film, który przyciągnie również widzów? Poniżej przykład:

Człowiek niesłusznie skazany za morderstwo prowadzi śledztwo z wnętrza sali więziennej. Dobrze, to jest nieznacznie intrygujące.

Możesz użyć tej “wysokiej koncepcji”, aby napisać scenariusz. Może się okazać, że jest to trampolina na dobry film – ale wiele zależy od wykonania. Nawet jeśli film został ostatecznie zrobiony i został zrobiony dobrze, to nadal może być trudny do sprzedania dla publiczności.

Zatem z perspektywy studia lub “rozwoju”, ta “wysoka koncepcja” prawdopodobnie nie wywoła wielu emocji … ani nie wprowadzi do branży początkującego scenarzysty.
Pomysł, który jest nieznacznie lepszy (w kontekście czysto komercyjnym, sprzedaży do Hollywood) to:

Człowiek, który został niesłusznie skazany za morderstwo, uczy się astralnej projekcji i w tej formie “wyrzuca się” z więzienia, dalej musi zlokalizować prawdziwego zabójcę, aby oczyścić swoje imię.

Hej, nie sądziłeś, że mogę sobie pozwolić na publikowanie moich najlepszych pomysłów na historię tutaj, prawda? Mimo, że brzmi to jak hokey (tak bardzo nie do uwierzenia, że aż staje się śmieszne), przynajmniej ma on rozpoznawalny “dziwny atraktor” – sztuczkę opuszczania więzienia poprzez projekcję astralną. Być może można to zrobić jako komedię, z ładnymi tematycznymi stwierdzeniami na temat wolności i pokonywania ograniczeń.

Być może już wpadłeś na pomysł, nawet z powyższym, prawdopodobnie złym przykładem. Oto kilka lepszych:

  • Nastolatek zostaje przypadkowo wysłany w przeszłość, gdzie musi upewnić się, że jego matka i ojciec spotkają się i zakochają w sobie, a następnie musi wrócić do czasów mu teraźniejszych
  • Grupa metapsychików eks-śledczych rozpoczyna komercyjną działalność zajmującą się eksterminacją duchów w Nowym Jorku.
  • Obrońca-prawnik zakochuje się w swojej klientce, a kiedy proces się rozwija, ona nie wie, czy śpi z niewinnym mężczyzną, czy  z mordercą.
  • Zepsute dziecko chwyta potwora spod łóżka, zostaje uwięzione w mrocznym podziemnym świecie, do tego stopnia, że ​​niemal samo staje się potworem.
  • Facet pisze list, w którym zrywa ze swoją dziewczyną, wysyła go “ekspresową pocztą”, potem zmienia zdanie, goni list po kraju i podczas drogi się zakochuje.

Istnieje pewne “aha”, która towarzyszy tym ostatnim ideom. Masz wrażenie, że ich zbadanie doprowadzi do interesujących sytuacji i wciągającego dramatu.

Dobry koncept właśnie to robi – intryguje ludzi, przemawia do nich. Te najlepsze eksplorują ludzką kondycję, częściej jednostkową niż w kontekście uniwersalnym.

Dobrze. Być może zastanawiasz się – czy jest to, aby naprawdę konieczne? I kiedy ten facet zacznie mówić o pisaniu scenariuszy? Muszę podkreślić raz jeszcze – JEST TO KONIECZNE. Szczególnie dla początkującego pisarza. Rozważ co próbujesz osiągnąć.

Potrzebujesz:

– producenta, który spędzi do trzech lat swojego życia, wykonując twój projekt

ludzi, którzy polubią twój pomysł i wybiorą go spośród tysięcy scenariuszy, które otrzymują każdego roku

– reżysera, który uważa, że ​​twój scenariusz okaże się jednym z niewielu filmów, które będzie reżyserował w swojej karierze

– studio wykonawcze, który ryzykuje milionami dolarów, kręcąc ten film, a następnie wydaje miliony promując go

– krytyków uważających, że jest to dobra rzecz w porównaniu do innych filmów wyprodukowanych w tym roku, i wszystkich innych filmów, które kiedykolwiek powstały

– milionów ludzi na całym świecie, którzy wydadzą pieniądze na obejrzenie filmu, może nawet więcej niż raz. I powiedzą znajomym, jaki on wspaniały. I wypożyczą go na wideo i będę oglądać w telewizji.

Aby to wszystko zrobić, stwórz atraktor do swojego filmu. Musisz dokładnie wiedzieć, co to jest. Powinieneś być w stanie wskazać i mówić o tym w ten sam sposób, w jaki mówisz o postaciach, temacie i fabule. Dziwny atraktor. Nie zaczynaj pisać skryptu bez niego.]

Jako, że tutaj tłumaczenie się kończy to czuje się zobowiązany do powiedzenia paru kwestii, skomentowania eseju pod względem rzeczy, które mnie interesują. Z naszej perspektywy można wyrzucić wszystko, co było mocno związane z kinematografią i Hollywoodem, szczególnie samą końcówkę. W gruncie rzeczy interesuje mnie jedynie jedna rzecz, odpowiedź na pytanie: Czy dziwny atraktor jest konieczny w użyciu? W mojej opinii nie, acz jest  to na pewno interesująca rzecz. Trzeba pamiętać, że owy atraktor jest narzędziem do przebicia się przez początkującego scenarzystę przez wszelkie przeszkody do wydania filmu w Hollywood. My tak ostrymi wymaganiami nie będziemy się przejmować, mamy inną rolę. Stworzenie dobrej fabuły, czy dobrego filmu machinimowego wcale nie wymaga takiego atraktora, zresztą te atraktory mogą być zbyt skomplikowane i zbytnio przechodzić na stronę absurdu, który sam w sobie oczywiście zły nie jest, ale nie tworzenie absurdalnych sytuacji stoi za większością filmów – w sumie zahaczki tu przedstawione mi osobiście niezbyt podchodzą, może poza ostatnią (ta z listem), która i tak zahacza o pewne dość, nieprzyjemne tropy, ale ma w sobie przyjemny sentymentalizm. Inna sprawą jest fakt, że posiadając taką koncepcję, która będzie we właściwy sposób zaimplementowana to odbiorcy raczej szybko nie zapomną tej historii. Nie jest ona jednak najważniejsza w całej historii, ponieważ to bohaterowie najbardziej błyszczą w dobrze zrealizowanej historii. Mimo wszystko zachęcam chociażby do prób tworzenia owych atraktów, choćby jako ćwiczenie intelektualne.
Advertisements

Jak napisać scenariusz? Część zerowa: jak przygotować się do pisania fabuły? Metoda siedmiu kroków

Uwaga: Wpisy należące do tej serii będą podejmowały tematykę pisania scenariusza filmowego. Nie uważam się za guru w tej kwestii, mam jednak pewną wiedzę, która może pomóc tym, którzy jej nie posiadają. Wykorzystam swoją wiedzę i umiejętności, by pomóc innym, choćby w małym stopniu. Ta seria poradników przeznaczona jest głównie dla machinimerów (osób tworzących filmy fabularne z wykorzystaniem silnika gier komputerowych), ale mogą z nich korzystać dowolne osoby, które zajmują się bądź chcą się zająć aktywnościami, gdzie wykorzystają umiejętności tworzenia historii.

Jeśli ktoś z was kiedykolwiek przyglądał się procesowi twórczemu, obecnego w pracach profesjonalistów to bez trudu zauważy, że opierają się oni na tzw. strukturze – pierwsze robi się rzeczy podstawowe, ogólne, które z czasem się rozwija i ulepsza. Posiadanie struktury i organizacji pracy pozwala również po części uniknąć “bloku” – sytuacji kiedy to twórca nie jest w stanie popchać swojego dzieła naprzód.

Dziś zaprezentuję technikę, która pomaga ową strukturą stworzyć. Jest to tzw. metoda siedmiu kroków, i jest przeznaczona do pisania opowiadań, jednakże bez trudu można ją przenieść na scenariopisarstwo, szczególnie jeśli idzie o krótkie filmy.

Dokonałem w niej dwóch korekt, po pierwsze usunąłem krok siódmy, który mówił o publikowaniu dzieła i był zbędny. Po drugie przed krokami dodałem inny, który będzie na pozycji pierwszej.

1. Burza mózgów – a więc wpadłeś na jakiś pomysł, może obejrzałeś/przeczytałeś coś co cię zainspirowało, a może od początku chciałeś napisać na jakiś temat? Tak czy inaczej, w tej chwili prawdopodobnie luźne pomysły kołatają ci się pod kopułą czaszki. Weź kartkę i zapisz te pomysły. Lub zapisz na komputerze, jeśli tak wolisz. Choć tutaj polecam robić to na kartce, żeby sprzęt elektroniczny cię nie rozpraszał. Pomyśl co może zdarzyć się w filmie, zapisuj pomysły – dobre i złe, pozwól przepłynąć pomysłom przez twoje ciało. Najlepiej jeśli pomysły będziesz zapisywał jako ciąg kilku słów, maksymalnie jedno zdanie. Jeśli poszczególne pomysły są ze sobą powiązane, np. dotyczą jednego wątku czy postaci, to połącz je za pomocą mapy myśli. Ciekawym sposobem na tworzenie owej sieci pomysłów jest korzystanie z fiszek i tablicy korkowej – na fiszkach zapisujesz pomysły i przypinasz je do tablicy korkowej odpowiednio je sortując.

2. Podstawa historii – drugi etap wymaga większej koncentracji, choć w mojej opinii jest łatwiejszy. Musisz przysiąść nad kartką (lub też komputerem) i napisać szkic historii podczas “jednego posiedzenia”. Korzystając z pomysłów, które wcześniej zapisałeś napisz co się dzieje w filmie (bez dialogów), do czego zmierza fabuła, jaki jest cel powstania historii. Właśnie w tym momencie powinieneś zadać sobie dwa pytania: 1. Co chcesz zyskać na pokazaniu historii? Dlaczego robisz to, co robisz? 2. Co jest aspektem historii, przez którego odbiorca poczuje się emocjonalnie zaangażowany? Owy zapis najlepiej zrobić w formie konspektu (synopsis), nie dłuższego niż jedna strona A4 (choć lepiej, żeby nie był dłuższy niż jedna strona A5). W takiej formie, jeśli opisujesz bohaterów, to opisuje się ich imieniem, rzeczownikiem (zawód, co robią w życiu – kształtuje to sposób myślenia bohatera i jego postrzegania świata) oraz przymiotnikiem (najbardziej wyróżniająca się cecha charakteru). Rada dotycząca tego etapu: napiszcie całość podczas jednego posiedzenia, nie powinno to wam zająć więcej niż 1-2 godziny, nie róbcie żadnych poprawek, po prostu piszcie, nawet jeśli uważacie, że gdzieś użyliście złego rozwiązania fabularnego to niech ono tam zostanie i nie rozstrajajcie rytmu swojej pracy, przez powrót do tych błędów. Na poprawki jeszcze przyjdzie czas. Waszym zadaniem nie jest skonstruowanie fabuły w “ostatecznej formie”, a jedynie bryły, z której ta fabuła się wyłoni.

3. Znajdź swojego protagonistę – żeby była jasność, fabuła danej historii to nie do końca to samo co “losy bohaterów obecnych w tejże historii”. Możliwe, że tworząc konspekt już macie jasne wyklarowane kto będzie owym protagonistą, jest to przejrzyste, szczególnie jeśli wasza historia jest historią typu “pewien ciąg wydarzeń widziany z perspektywy danej osoby”, czasami jednak nie jest to takie łatwe. Jak rozpoznać kto jest protagonistą? Stephen Koch powiedział kiedyś, że protagonista to postać, której losy są najważniejsze dla fabuły. Spójrzcie na postacie, które już posiadacie, porównajcie je ze sobą i konspektem i zdecydujcie, która z nich jest najważniejsza i ciągnie fabułę do przodu. Ona jest waszą kotwicą.

4. Rozpisz pierwszą scenę – w przypadku opowiadania czy powieści najczęściej mówi się o pierwszym zdaniu. W przypadku filmów oczywiście musi to być pierwsza scena. Funkcja jednak jest taka sama – ma zachęcić widzów do oglądania, ustalić ton historii i zaintrygować odbiorców. Do dziś za jedną z takich najlepszych pierwszych scen-zdań uważam zdanie otwierające Neuromancera – Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na martwy kanał.

5. Stwórz listę scen – standardowo stworzona lista scen przyjmuje formę tabeli. W tabeli powinny się znaleźć:

I. Numery scen – by lepiej orientować się w chronologii fabuły
II. Krótkie streszczenia – streszczenie poszczególnych scen na 1-2 zdania
III. Postacie występujące w scenie
IV. Typ sceny – bardziej nastawione na akcję czy na dialog?
V. Notatki do scen
VI. Postrzeganie sceny przez kolejnych bohaterów (tzw. PoV – Point of View, jakie są ich motywacje, co chcą osiągnąć w danym momencie?

Kiedy kończy się scena? Albo kiedy zmienia się czas (np. z dnia na wieczór) lub miejsce akcji. Po co robić listę scen? Zwiększa to kontrolę nad tym co już napisaliście, i łatwiej zorientować się, które fragmenty wymagają dopracowania.

6. Badania – Ten krok jest bardzo ważny, kiedy mamy już dobrze rozplanowaną fabułę, rozpracowany motyw i ton historii, wiemy do czego zmierza scenariusz – to możemy w końcu zająć się badaniami. Jest to rzecz skomplikowana – można badać różne aspekty dotyczące akcji (jak np. konflikt – będzie o tym więcej w późniejszych wpisach), szczegółów dopadających kolorytowi historii (czy też wzmacniających jego spójność wewnętrzną, poczucie realności świata, w wielkich skrócie to wszelka informacja/wiedza – pamiętajmy, że praca nad tworzeniem historii to w dużej części praca intelektualna) czy też studia nad postaciami (w, których bada się stworzone postacie i się je dopracowuje). Na ten krok warto poświęcić sporo czasu a jego efektów nie pożałujecie. Mała rada: za żadne skarby nie podejmujcie badań przed pozostałymi krokami, zaburzy to naturalny proces tworzenia historia i bardziej będziecie się przejmować szczegółami niż podstawami dzięki, którym fabuła może stać się dobra

7. Pisarstwo – w końcu docieramy do ostatniego kroku. To tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Macie już pierwszą scenę, protagonistę, listę scen, grono pomysłów i informacji z badań. Bazując na tym wszystkim możecie zacząć pisać scenariusz, i oczywiście po napisaniu go – wielokrotnie poprawiać 😉 Poprzednie sześć kroków zagwarantuje wam, że prawdopodobieństwo “bloku” będzie dużo mniejsze, nawet jeśli wasza technika pisarska opiera się na “mocnych, acz rzadkich wybuchach twórczości”. Mając odpowiednią strukturę będzie ruszać przez kolejne strony scenariusza niczym burza a energia temu towarzysząca powinna być u góry skali. Więcej na temat tego etapu będzie już w następnym odcinku, gdzie zdecydujemy jaki program warto wybrać do pisania scenariusza!

Herezja na zamku Monteforte

Ostatni raz, kiedy spotkaliśmy się mówiąc o herezji, omawialiśmy tzw. herezję orleańską – pierwszy średniowieczny przypadek herezji w Europie. Dziś ruszamy dalej, do drugiego przypadku, który miał miejsce w roku 1028, tym razem stos zapłonął w północnych Włoszech, w Mediolanie.

Całą historię można opisać jednym zdaniem. Arcybiskup Mediolanu, Aribert, podczas objazdu po diecezji turyńskiej dostał informacje o rzekomej herezji  w pobliskim zamku Monteforte, udał się tam wraz z capitanei (oddziałem rycerzy), przepytał podejrzanego o herezję Gerarda i na podstawie dysputy o dogmatach uznał go winnego herezji, na końcu spalił jego i podobnych mu odstępców na stosie w Mediolanie. Cechą charakterystyczną dla tej herezji jest fakt, że dotyczyła ona głównie ludzi świeckich – od chłopów do hrabiny.

Podobnie jak w przypadku herezji orleańskiej, i tu odstępców charakteryzował intelektualizm oraz iluminizm. Nadzwyczajnym sytuacją jest jednak to, że Gerard nigdy nie próbował kryć swoich poglądów na wiarę, co więcej był wielce zadowolony z rozmowy z arcybiskupem. Stanowił on kwintesencję niezrozumiałych odstępców, którzy byli wyedukowani i mieli dostęp do różnych interpretacji Pisma Świętego, i na tej podstawie tworzyli własną wizję – w przypadku Gerarda były to pisma Dunsa Szkota Eriugeny, czerpał również inspirację z radykalnego ascetyzmu monastycyzmu zachodniego czy herezji mesaliańskiej związanej z monastycyzmem bizantyńskim.

Jak wyglądała wewnętrzna dyscyplina owej grupy? Spółkowanie traktowano jako zło i zostało zabronione. Dziewice miały pozostać dziewicami do końca życia, żonaci mężczyźni mieli traktować swoje żony jak, gdyby były ich matkami lub siostrami. Przestrzegali surowych postów, nie spożywali mięsa, a własność prywatna została przez nich całkowicie odrzucona. Osobna grupa, zwana starszyzną modliła się w dzień i w nocy (zmieniali się), i pilnowali by nikt nie złamał ślubów czystości. Gerard opisał filozofię sekty następująco: Wierzymy i wyznajemy Ojca, Syna i Ducha Świętego. Wierzymy prawdziwie, że zostajemy zobowiązani i zwolnieni ze zobowiązań przez tych, w których mocy jest zobowiązać i zwolnić ze zobowiązania. Trwamy zarówno przy Starym, jak i Nowym Testamencie oraz świętych kanonach i codziennie je czytamy. Dodał jednak słowa: Żaden z nas nie kończy żywota bez męczarni, tak abyśmy mogli uniknąć wiecznych męczarni. Tajemnicze męczarnie, narzucanie celibatu i surowej ascezy ogółowi. Te elementy spowodowały, że Aribert chciał dowiedzieć się więcej co Gerard sądzi o poszczególnych prawdach wiary.

Arcybiskup zapytał podejrzanego o cztery rzeczy: o Trójcę Świętą, O Chrystusa i jego fakt zrodzenia z Dziewicy, o poglądy na małżeństwo i na końcu o owe męki.

Na pytaniu o Trójcy Świętej wyszła jego znajomość neoplatońskich tekstów Eriugeny, których treść Aribert uznał za heretycką: Ojciec to wieczny Bóg, który stworzył wszystko na początku i w którym wszystko istnieje. Syn to duch człowieka (animus bominis), ukochany przez Boga. Duch Święty to zrozumienie boskich praw (intellectus divinarum scientiarum), przez które rządzone są jednostkowe rzeczy.

Zapytany o Chrystusa odpowiedział: Jezus, o którym mówisz, jest duchem urodzonym zmysłowo {sensualiter) z Dziewicy, takie jest rozumienie świętych pism. Według historyka Malcolma Lamberta arcybiskup uznał to za zaprzeczenie istnienia Chrystusa jako postaci historycznej i negację ortodoksyjnej doktryny.

Dalej padło pytanie o rolę małżeństwa i tu ostatecznie Gerard poległ. Całkowicie zanegował pozytywną rolę małżeństwa, widząc w nim zło, jako, że opierało się ono na spółkowaniu, które było dla sekty zepsuciem, widział alternatywę w odrzuceniu małżeństwa i pożycia seksualnego, co miało skutkować, że ludzie zaczną rozmnażać się  niczym pszczoły – symbol czystości. Po dalszej części przesłuchania Aribert dowiedział się, że heretycy mają własnego kapłana, odrębnego od hierarchii Kościoła. Zanegowany został autorytet papieża i sakrament kapłaństwa.

Odpowiedź na ostatnie pytanie było dość wymijające – Jeśli umieramy w mękach zadanych nam przez niegodziwców, przyjmujemy to z radością, lecz jeśli natura kiedykolwiek przybliża nas do śmierci, ten, który jest w pobliżu, zabija nas w jakiś sposób (quoquo modo), zanim wyzioniemy ducha – sugeruje jednak, że w grę wchodziło morderstwo.

Jeśli wierzyć słowom Landulfowi Starszemu, kronikarzowi opisującemu owe dzieje, Aribert posłał silny oddział rycerzy by uwięzili heretyków, ale ci wbrew woli kapłana postawili heretyków przed wyborem krzyża lub stosu. Część z nich wyparła się dawnych wierzeń, inna część zostając przy wierze z chęcią skakała w płomienie. Sekta została wyeliminowana z powodów praktycznych – zagrażała stabilności władzy w tamtejszym contado (gminie).

Następnego wpisu z serii o herezjach można oczekiwać w sierpniu. Powrócimy do Francji.

Co za dużo, to niezdrowo – recenzja filmu Portal autorstwa Dextrona27

Powracam z następną recenzją machinimy! Kto się cieszy, ten się cieszy, a kto się nie cieszy, ten się nie cieszy. Podczas pisania ostatniej recenzji (która była dobrze przyjęta przez kilka osób, choć nie przez twórcę recenzowanego utworu) powiedziałem sobie – nie będę tworzył recenzji utworów, które nie mają zamkniętej fabuły lub są zbyt krótkie, dolnym limitem miało być 15 minut. I nagle piszę recenzję niespełna 8-minutowego filmu? Czuję, że muszę to wyjaśnić. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze jestem fanem horroru, choć bardziej literackiego, z zakresu weird fiction i horroru filozoficznego, ale Portal nie jest pierwszą próbą stworzenia horroru przez Dextrona, a nie było wielu rozbudowanych opinii na temat tych prób. Z tym wiążę się też druga rzecz, czyli chęć przekazania szerszej opinii dla ludzi z potencjałem, a Dextrona uważam za takiego człowieka. Oczywiście tym sposobem narażam się na atak na własną osobę, jak było w przypadku GPO czy Sanda, acz jestem w stanie to przeżyć.

Risen – Portal

Dziś krótko, bo i film krótki. Portal jest filmem osadzonym na szczątkowej fabule. Nie powinno to dziwić w przypadku tego gatunku. Bohater znajduje się na statku, który zaginął pośród mgły i protagonista przeżywa tam różne zaskakujące sytuacje, wypija napój, które sprowadza na niego koszmary. I tak to się toczy. Jedyne czego jesteśmy pewni, to fakt, że w pewnym momencie bohater spożywa napój, który sprowadził na niego szereg snów, które oglądamy w toku całego filmu. Reszta pozostaje domysłem. Jednak i tutaj mam pewne wątpliwości odnośnie tego co widać na ekranie. Nic nie zdaje się być takim, jakim jest przedstawiane.

Największym zarzutem dla tego filmu jest próba wrzucenia do niego rozmaitego typu “straszaków” i oczekiwanie, że na tak krótkiej przestrzeni czasowej wszystkie zadziałają. Więc mamy tu popularne w kinach jump scare’y, troszkę grozy opartej na przerażających potworach, nieco gęstej atmosfery osamotnienia i nadciągającej śmierci, a jeszcze inne elementy przypominają tzw. ghost story. Kiedy próbuje się używać tak wielu technik w tak zbitej formie to nie może wyjść z tego coś dobrego. Film upada pod własnym ciężarem. W połączeniu z mało przejrzystą fabuła, która do niczego nie zmierza i jest niezrozumiała oraz pozbawiona kontekstu powoduje, że widz odczuwa głównie zdezorientowanie – od początku aż do samego końca.

Film nie przypomina zamkniętej historii, a pewien misz-masz zupełnie nie powiązanych ze sobą elementów. Zupełnie jakby autor wpadł na kilka pomysłów, które uznał za dobre i postanowił je ze sobą połączyć. Poszczególne elementy nie zostały jednak poddane krytycznej analizie, tak samo jak i owej analizie nie został poddany film jako całość, przez co został pozbawiony unikalnego charakteru. Kwestia tempa czy impetu nie została zauważona przez twórcę. Owe elementy mocno tutaj kulały.

Mimo tych uchybień film nadal oglądało się całkiem dobrze. Muzyka była dobrze dobrana, budowała odpowiednią atmosferę, dubbing był na tyle przyzwoity, że nie przeszkadzał. I tutaj chciałbym się skoncentrować na jednej dodatkowej rzeczy. Widziałem, że autorowi zarzucało się, że nie ma korelacji między słowami bohatera, a akcją na ekranie. Przykładowo w pewnym momencie filmu bohater przechodzi przez pomieszczenie pełne tusz mięsnych, a dwie minuty później stwierdza, że na statku nie ma żadnego pożywienia. Pierwsza myśl? Błąd reżysera. Jednak może jest z tego inne wyjście! Jak wcześniej wspominałem autor zmienia bardzo szybko techniki prowadzenia historii i wprowadzania elementów grozy, co jak rozumiem jest efektem tego, że nie mamy do czynienia z jednym snem, a z wieloma – wypijanie napoju jest również snem. Wszystko jest snem. To lepiej tłumaczy zmiany w stylu, które jednak nadal są zbyt gwałtowne i zbyt częste. W przypadku takiego rozwiązania wynika, że ze scenariusza wypadło co najmniej kilka stron, a widz musi błąkać się po omacku. Po seansie nie wyjdzie ani zadowolony, ani przestraszony, ani oczyszczony.

Dextronowi życzę, by nadal kierował swoją twórczość w tę stronę. Niewiele mamy horrorów w polskiej machinimie, tym mniej dobrze zrealizowanych. Potrzebne  będzie lepsze wyważenie, zadbanie o odpowiednio tempo utworu, tak by widz mógł poczuć się zainteresowany jego filmem.

Braterskie więzi czy więzi krwi? Recenzja filmu machinimowego autorstwa Sanda

Jakiś czas temu powiedziałem sobie: „W najbliższym czasie nie będzie tekstów na temat filmów machinimowych!” Powód był prosty, owe filmy są bardzo miałkie, uproszczone, ciężko rozwinąć swe myśli na ich temat. Nieważne czy będziemy mówić o kwestii audiowizualnej czy scenariuszowej. Stwierdziłem jednak, że teksty na temat machinimy mogą być dla mnie odskocznią, nie wysforowaną wysoko merytorycznie a jednocześnie, za pomocą konstruktywniej krytyki, pomagającą twórcom w naprawieniu części mankamentów.

Na pierwszy ogień poszedł film Sanda pt. Braterska więź”. Przyczyny takiego wyboru były trzy. Primo – w pewnych kręgach machinimowych, w których przebywam zapowiedzi tego filmu wywołały pewne zamieszanie – niestety w główniej mierze negatywne. Secundo – film był robiony przez długi czas i był wielokrotnie poprawiany. Tertio – Sand wyrobił sobie już pewną opinię, i byłem ciekaw jak sobie poradził, i czy za pomocą filmu udało mu się zrzucić z siebie część oskarżeń.

I tak, napisałem ten wstęp przed kilkoma dniami, ale czuje się w obowiązku powiedzieć jeszcze jedną rzecz, by nie zostać niewłaściwie odebrany. Nie oczekuje po machinimie wysokiego poziomu z racji jej charakteru, i dlatego na wiele rzeczy jest skłonny przymknąć oko. Niestety, w przypadku Braterskich Więzi nawet pobłażliwe traktowanie na niewiele się zda.

W zamyśle fabularnym historia opowiada o dwóch braciach – jeden fajtłapa (Vincent), drugi potrafi radzić sobie w życiu (Taz). Ten pierwszy przez brak pomyślunku w swoich działaniach wpada kłopoty i prosi drugiego o pomoc. Natomiast ten drugi chce pomóc, bo jest dobrym bratem, a wcześniej trzymał się z dala od rodziny. Ciśnie się na usta zdanie – to już było przedstawiane tak wiele razy, czy to w książkach, czy to w filmach. Wręcz można powiedzieć, że jest to odtwórcze, ale ze względu na dostępność materiałów, które można porównywać ze swoją koncepcją, można uznać to za bardzo bezpieczny film. Przy odrobinie chęci może wyjść z tego coś lepszego niż na co pierwotnie się zapowiada. W tym filmie jednak zabrakło albo chęci, albo umiejętności. Prawdopodobnie obu. Na dodatek twórca, który był zarówno reżyserem, montażystą, jak i scenarzystą, dobitnie pokazał, że nie posiadał absolutnie żadnej kontroli nad swoją pracą.

Kolejna rzecz na, którą warto zwrócić uwagę to dialogi, i sposób prowadzenia historii. Są one prowadzone w bardzo sztywny sposób, nie są z żadnej strony ciekawe, wręcz wymuszone, brakuje im polotu, czasami w dialogach występują zaraz po sobie te same informacje. Dlaczego są powtarzane? Dlaczego tracić na to cenne sekundy? Widz wie o co chodzi już po pierwszej informacji, nie jest mu potrzebna druga. To nie jest gra z serii Metal Gear Solid, gdzie protagonista zawsze musi zadawać durne pytania i powtarzać informacje. Występują niepotrzebne sceny – pierwszą scenę, która jest retrospektywą można spokojnie usunąć i film nie straci na tym, w absolutnie żaden sposób.

Owa pierwsza scena, kiedy bracia polują na ścierwojada posłuży mi jednak na zwrócenie uwagi na coś całkowicie innego. Twórca w pewnym momencie stwierdza, że historia dzieje się w nakreślonym przez niego uniwersum, i za pomocą argumentu moje uniwersum, moje zasady próbuje uzasadniać błędy logiczne. Zapomina jednak, że jakiekolwiek zasady działają w jego uniwersum, to primo – muszą być wewnętrznie spójne, a secundo – jeśli wprowadza się nowe zasady, to należy je wytłumaczyć. Oczywiście w kwestii budowania świata ten film leży i kwiczy – są wprowadzane motywy dotyczące ludzi czy organizacji, nigdy jednak nie dowiemy się np. jak nazywa się lord miasta, czy jakichkolwiek szczegółów o organizacji, z którą zadarli protagoniści (jej nazwy czy celów). Żeby tego było mało, to autor postanawia dodawać rzeczy stricte wyjęte z Gothica – ścierwojady czy świątynia Innosa. To w końcu jest to uniwersum Gothica czy jakieś osobne?

Punktem centralnym całej historii jest zdobycie księgi, i choć będzie tu mowa nieco o spojlerach, to muszę o tym napisać, z racji prymitywizmu wykorzystanych środków. Bohaterowie chcą spłacić swój dług wobec tajemniczej organizacji (ot, której przypomnę, nie wiemy prawie nic – no, może poza faktem, że lubią latem zakrywać twarz szalikiem w ciągu dnia), antagonista (u, którego ciężko zauważyć jakiekolwiek motywy) zleca im kradzież księgi z domu lorda miasta, czy też zarządcy. I tu zaczyna się najlepsze. Kiedy protagonista próbuje się dowiedzieć coś więcej na jej temat, jego adwersarz go jedynie zbywa – wskutek tego widz nie wie o co chodzi (czym jest księga, dlaczego jest ważna, czy ma związek ze skarbnikiem, o którym była mowa wcześniej – to jedynie domysły, nie ma żadnego solidnego argumentu przemawiającego za tym), ale nie wie i Taz (nie wie gdzie znaleźć księgę [poza ogólną lokalizacją], nie wie jak się nazywa, jak wygląda okładka, nie wie nic, co mogłoby nakierować go na księgę, żeby mógł ją znaleźć). Następuje tu wprost gigantyczna przepaść między wiedzą scenarzysty, a wiedzą bohaterów w filmie oraz samych widzów. Ale to nie koniec, o nie, nie, nie! Sama księga jest McGuffinem par excellence. Prowadzi fabułę do przodu, definiuje motywację bohaterów (choć głównie jednego z protagonistów), i sam z takimi rozwiązaniami nie mam absolutnie żadnego problemu, pod warunkiem, że jest on odpowiednio zamaskowany, zaowalowany. Tutaj niczego takiego nie ma, jest ukazany bezpośrednio, w sposób prymitywny. Podobnie jest w zakończeniu gdzie jednak pojawia się deus ex machina, która rozwiązuje wszystko w sposób, którego widz nie mógł przewidzieć, bo nie ma on oparcia w poprzednich scenach.

W samym filmie pada sporo nielogoczności, które z łatwością można było wyeliminować. Autor nie ma pojęcia o ekonomii i stwierdza nagle, że 2000 sztuk złota to niewielka ilość. O ile nie były to monety o niskiej zawartości kruszcu, to taka ilość byłaby MAJĄTKIEM. W karczmie możemy spotkać ludzi, którzy nawet do piwa wybierają się w kolczudze i pikowanym kaftanie. W samym Golieth (czy jakkolwiek się to pisze) bohaterowie zaczynają ubierać się w przewiewne stroje, które przywodzą na myśl kulturę Środkowej Azji, ale nie ma absolutnie żadnej podstawy, dlaczego mieliby je nosić w środku lasu. Warto wspomnieć o strażniku, który wymagał glejtu (dlaczego był potrzebny) i jednocześnie sam miał uprawnienia do wpisywania glejtu (zwykły strażnik?). Zresztą podczas akcji w Golieth ujęcia pokazują pewien kryształ w taki sposób, który sugerował, że jest istotny. Ostatecznie okazało się to niczym ważnym, było efektem nieumiejętności kadrowania przez twórcę. Takich rzeczy można, by wymieniać więcej, ale to nie do końca moja rola.

Żeby nie być tak do końca negatywnym, to nadszedł czas na wymienienie plusów. Za taki możemy uznać kameralną obsadę, postaci jest jedynie trzech i dodatkowo zapychacze przestrzeni w formie strażników i im podobnych. Niestety autor nie wykorzystał potencjału tego rozwiązania. Nie opowiedział nam nam o nich więcej, nie wszedł w iimch psychologię. A szkoda. Czego jednak można oczekiwać od filmu, którego sceny możemy policzyć na palcach jednej ręki? Pod względem technicznym widać progres w stosunku do poprzedniego filmu, choć i tu daleko droga do ideału. Muzyka momentami była zbyt natarczywa, wspomniane wcześniej kadrowanie również nie należało do najlepszych (przez co film tracił potencjał wizualny), była conajmniej jedna sceny kiedy na jedno ujęcie składały się dwa klipy – podobne, ale nie takie same – przez co wywołały efekt podskoczenia bohatera. Aktorzy za wiele tu do grania nie mieli, słychać było, że Kubacz bawił się głosem.

Podsumowując, film jest lepszy od poprzedniego filmu Sanda (tj. Próba Argosa), lecz zbyt wiele rzeczy w nim zawiodło, bym mógł wyrazić o nim pozytywną opinię. Niestety film należał do kategorii tak złe, że aż nudne, a nie do kategorii tak złe, że aż śmieszne.

Cykl machinimowy #10 – Cały tydzień czekałem na deszcz

Tekst został pierwotnie opublikowany 29.03.2017r.

O Deszczowym tygodniu warto rozmawiać. Czymże jest? To krótki thriller machinimowy autorstwa Lestera561, umieszczony w uniwersum Gothica i rzekomo oparty na prawdziwych faktach. W to ostatnie jednak, bardzo ciężko uwierzyć.

Gothic – Deszczowy tydzień

Fabuła prezentuje się następująco:  seryjny morderca kobiet zostaje uniewinniony, bohater, który wrzucił go za kratki niemożebnie się wkurwia, w nocy ma koszmary, zaczyna padać deszcz, a  na następny dzień rozpoczynają się morderstwa, które maja nas doprowadzić do Niesamowitej Rewelacji. Niestety, jak to zwykle bywa, przyzwoity pomysł szybko pada “na glebę”, scenariusz łamie się pod własnym ciężarem, szybo pojawiają się sprzeczności i zagadkowe decyzje scenarzysty, a samo wykonanie nie jest na tyle dobry by to przysłonić. Prawdę mówiąc to ono jest najwyżej przeciętne, z kiepskimi momentami.

Bohaterów mamy niewielu, historia głównie opiera wokół kapitana Straży i jego pomocnika. Mamy też parę pobocznych postaci. Kapitan Straży Miejskiej, Walter – to figura buca i wiecznie wydzierającego się agresora do którego w żaden sposób nie można pałać sympatią. Pomocnik czy też jego podwładny to jakiś młodzieniec (Młody), który nie potrafi się postawić, i przez cały okres filmu jest mocno nijaki. Tak naprawdę nie ma powodu byśmy się zainteresowali tą historią. Nie ma tu ciekawych bohaterów ani dogłębnej analizy psychologicznej.

Film jest niemal przeciwnością realizmu. Kapitan Straży podczas śledztwa podpala miasto, grozi obywatelom bronią, okrada z ich dobytku, a w późniejszej części filmu rzuca się z pięściami na swojego podwładnego nieomal go zabijając. Oczywiście (jakżeby inaczej) nie czekają go żadne reperkusje ze strony swoich przełożonych. A to oczywiście nie wszystko. Problemy szczególnie ma końcowa faza filmu, lecz o tym nieco później.

Reżyser zamiast pokazać nam spiralę wydarzeń, która doprowadziła do szaleństwa bohatera pokazuje nam, że był on zawsze taki sam – spłaszcza jego charakter i dodaje krzyki. A to wielka szkoda. Zapadanie w szaleństwo może być interesującym motywem o ile dobrze wykonane. Tutaj jednak zostało tak uproszczone by zmieściło się już  w i tak bardzo ograniczone ramy czasowe filmu. Brakuje też ukazania motywacji pierwszego mordercy.

Montażowo nie było najlepiej – zwróciłbym jednak uwagę na dwie sceny. Pierwsza: scena snu – moment ukrzyżowanymi kobietami i rzeźnikiem. Druga: scena pościgu po dachach w drugiej połowie filmu. Obie sceny mają wspólny mianownik – zostały zmontowano w ten sposób, że sceny na pozór dramatyczne nie powodują żadnych innych emocji jak tylko śmiech, a to duży problem. Odczuwam pewien dysonans przy jakości dialogów: są dobre,  są i złe. Dodatkowo postać Waltera – mimo, że Walter miał dubbingera, który ma niezłą jakość mikrofonu i jakieś tam umiejętności aktorskie to ciągłe darcie mordy zepsuło tę postać.

“Ciekawym” aspektem jest również postać żony (Matylda), jest to najprawdopodobniej najbardziej irracjonalny wątek. Poznajemy ją zrzędzącą, że małżonek będzie jadł wychłodzoną zupę, i z każdym kolejnym dialogiem narzeka, a widza irytuje coraz bardziej. Aż w końcu trafia do aresztu za to, że jest czarna, yyyy, znaczy dlatego, żeby była bezpieczna. W celi spotyka ją los który pozwoli jej rozmyślać nad sprawami ostatecznymi, i ostatecznie będzie mogła pogodzić się ze śmiercią za pomocą noża lub innego podobnego narzędzia. I mam z tym wątkiem dwa problemy. Po pierwsze – skąd kobieta miała nóż w celi, przed wprowadzeniem do celi powinny istnieć stosowne procedury – rewizja, która udaremniłaby wszelkie próby zrobienia sobie krzywdy. Niczego takiego nie ma. Druga kwestia to rzekome znęcanie się nad jej osobą przez męża – czy w jej pierwszej scenie czasem nie widzimy jak ona go do tego podjudza? Niezły masochizm.

Prawda jest taka że największe rozczarowanie miałem przy finale. Rozumiem mechanizmy Wielkiej Rewelacji i jak działa Zwrot Akcji Którego Się Nie Spodziewaliście, i tak, często może doprowadzić ono do racjonalnego “mindfucka” u widza, tutaj to jednak nie następuję. Widz dostaje porcję informacji, której nie był w stanie odczytać wcześniej. Albo jej nie było, albo została źle przedstawiona. Dlatego nie mógł się tego spodziewać, a nie do końca o to chodzi w takich zwrotach akcji. Jest to wymuszone i nielogiczne. Były to sceny z kategorii “powiedz, nie pokazuj”.  I nawet jeśli przyjmiemy że faktycznie tak mogło być, to i tak, jeśli cofniemy się do wcześniejszej połowy filmu to odkryjemy, że teraz zachowanie podwładnego jest zupełnie pozbawione sensu. Potencjał symboliki ciągłej ulewy również nie został należycie wykorzystany.

Na koniec dwa słowa o epilogu. Młody nie przyprowadził kapitana przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, a dokonał z kumplami samosądu. I za to dostał awans na kapitana? Lekko nietypowe. I to zakończenie. Historia się powtarza? Ironia losu? Nie możemy też zapomnieć o symbolice pustej butelki po winie.

Podsumowując, dostajemy toporny i nieprzemyślany film. Zbyt krótki i jednocześnie o zbyt wysokim tempie akcji. Do samego dzieła wrzucona jest masa rzeczy, która nie została nigdzie wytłumaczona. Kolejne sekwencje wydarzeń są sprzeczne wobec siebie. Zbyt wiele tutaj nie współgrało ze sobą by można było to nazwać dobrym czy też przyzwoitym filmem.

Cykl machinimowy #9 – Ziemia Niczyja

Tekst został pierwotnie opublikowany 31.08.2016r.

Powracam po niedługim okresie czasu, i myślę, że można proces pisania recenzji przyśpieszyć. Powinno się więc pojawiać więcej wpisów.

W miniony weekend obejrzałem film, a raczej pierwszy odcinek serialu Ziemia Niczyja, autorstwa Billy Machinima. Z tym reżyserem machinimy miałem do czynienia wcześniej, a raczej miałem zamiar mieć z do czynienia podczas teoretycznej recenzji serialu Dynastia. Niestety, po krótkim śledztwie,  dowiedziałem się, że brakuje odcinków, więc nie mogę poznać rozmaitych procesów, wątków przyczyno-skutkowych, skutkiem więc była rezygnacja.

Ziemia Niczyja Epizod I

Sam serial Ziemia Niczyja “wpadł w me oczy” z polecenia. Zwykle nie oceniam serialów jeśli nie są one ukończone, ponieważ nie widzą ich ostatecznej formy. W perspektywie całego serialu wątki mogą być czymś innym niż w jednym odcinku, nie sposób ocenić tematu filmu, schematów czy tropów.

Jednakże stwierdziłem, że podejmę pewną próbę. Został wydany zaledwie jeden odcinek, więc o recenzji czy rzetelnej ocenie nie ma tu absolutnie żadnej mowy. Pokrótce opisze jedynie moje wrażenie, moje nadzieje na to co się może z tymże serialem stać. Zamykając wstęp powiem, że machinima oparta jest na silniku gry Gothic II.

Reżyser serialu przenosi nas w nieznany setting, nie znamy miejsca ani czasu akcji. Lecz wydaje się on być podobny do Gothica, nieco brutalniejszy – czasami niepotrzebnie.

Stwierdzenie, że “technicznie film nie stoi na wysokim poziomie” to duże niedopowiedzenie. Ujęcia nie są zachwycające, zdarzają się nietypowe i “drżące” ruchy kamerą, aktorzy często mieli kiepskie mikrofony i kilku momentach solidnie zawalili przedstawianie roli i emocji. To właśnie dubbing jest najgorszą warstwą i stanowi spory rozbrat z innymi elementami filmu. Muzyka też jest nieco za głośna i próbuje nad wyraz natarczywie stworzyć sobą klimat poszczególnych scen.

Akcja filmu przenosi nas na wyspę, lub miasteczko portowe, gdzie poznamy kilku bohaterów, których losy się wzajemnie przeplatają. Są bracia – ambitny urzędnik, który zabiera farmerowi ziemie z racji tego, że ten nie płaci od roku podatków oraz wyważony i doświadczony kapitan lokalnej straży.  Jest skazaniec, morderca, który czeka na wyrok. I rodzina farmerów z nadpobudliwym synem, którzy po utracie majątku ziemskiego, szukają sposobu na rozpoczęcie nowego życia.

Urzędnik – figura ambitnego gościa, który zrobi wszystko by piąć się wyżej, podstępny i śliski typ, na dodatek tchórz

Kapitan – brat urzędnika, ćwiczy swoich żołnierzy, i przy okazji traktuje ich (a przynajmniej jednego z nich) bardzo nieuprzejmie, jak rozumiem stanowi również swego rodzaju eskortę więźnia, ciężko go polubić

Morderca – prawdopodobnie najnudniejsza z postaci. Z tego co pamiętam zabił dwie osoby, i wiozą go  gdzieś , by wymierzyć mu karę. Płaski i wykłada ekspozycję swojego charakteru i historii w ordynarny sposób.

Farmerzy – małżeństwo jest spoko, po utracie farmy podejmują decyzję o wyjeździe w kierunku lepszego życia, gorzej z ich synem, jest irytujący i bardziej dziecinny niż Kylo Ren w Przebudzeniu Mocy (patrz: wybuchy złości)

Wiarygodnym przedstawieniu charakterów postaci nie pomagają dialogi, które mogłyby zostać znacznie poprawione. Natomiast to, co chciałem pochwalić, i chciałbym by było kontynuowane w przyszłości – relacje między bohaterami, które się rozwijają oraz zacieśnianie wątków miedzy nimi. Jeśli autor pójdzie w tę stronę, poprawi dialogi i technikalia to może wyjść z tego niezłe filmidło, czego mu życzę.

Jest tu potencjał, ale czy zostanie on choć w części wykorzystany? Zobaczymy.