Braterskie więzi czy więzi krwi? Recenzja filmu machinimowego autorstwa Sanda

Jakiś czas temu powiedziałem sobie: „W najbliższym czasie nie będzie tekstów na temat filmów machinimowych!” Powód był prosty, owe filmy są bardzo miałkie, uproszczone, ciężko rozwinąć swe myśli na ich temat. Nieważne czy będziemy mówić o kwestii audiowizualnej czy scenariuszowej. Stwierdziłem jednak, że teksty na temat machinimy mogą być dla mnie odskocznią, nie wysforowaną wysoko merytorycznie a jednocześnie, za pomocą konstruktywniej krytyki, pomagającą twórcom w naprawieniu części mankamentów.

Na pierwszy ogień poszedł film Sanda pt. Braterska więź”. Przyczyny takiego wyboru były trzy. Primo – w pewnych kręgach machinimowych, w których przebywam zapowiedzi tego filmu wywołały pewne zamieszanie – niestety w główniej mierze negatywne. Secundo – film był robiony przez długi czas i był wielokrotnie poprawiany. Tertio – Sand wyrobił sobie już pewną opinię, i byłem ciekaw jak sobie poradził, i czy za pomocą filmu udało mu się zrzucić z siebie część oskarżeń.

I tak, napisałem ten wstęp przed kilkoma dniami, ale czuje się w obowiązku powiedzieć jeszcze jedną rzecz, by nie zostać niewłaściwie odebrany. Nie oczekuje po machinimie wysokiego poziomu z racji jej charakteru, i dlatego na wiele rzeczy jest skłonny przymknąć oko. Niestety, w przypadku Braterskich Więzi nawet pobłażliwe traktowanie na niewiele się zda.

W zamyśle fabularnym historia opowiada o dwóch braciach – jeden fajtłapa (Vincent), drugi potrafi radzić sobie w życiu (Taz). Ten pierwszy przez brak pomyślunku w swoich działaniach wpada kłopoty i prosi drugiego o pomoc. Natomiast ten drugi chce pomóc, bo jest dobrym bratem, a wcześniej trzymał się z dala od rodziny. Ciśnie się na usta zdanie – to już było przedstawiane tak wiele razy, czy to w książkach, czy to w filmach. Wręcz można powiedzieć, że jest to odtwórcze, ale ze względu na dostępność materiałów, które można porównywać ze swoją koncepcją, można uznać to za bardzo bezpieczny film. Przy odrobinie chęci może wyjść z tego coś lepszego niż na co pierwotnie się zapowiada. W tym filmie jednak zabrakło albo chęci, albo umiejętności. Prawdopodobnie obu. Na dodatek twórca, który był zarówno reżyserem, montażystą, jak i scenarzystą, dobitnie pokazał, że nie posiadał absolutnie żadnej kontroli nad swoją pracą.

Kolejna rzecz na, którą warto zwrócić uwagę to dialogi, i sposób prowadzenia historii. Są one prowadzone w bardzo sztywny sposób, nie są z żadnej strony ciekawe, wręcz wymuszone, brakuje im polotu, czasami w dialogach występują zaraz po sobie te same informacje. Dlaczego są powtarzane? Dlaczego tracić na to cenne sekundy? Widz wie o co chodzi już po pierwszej informacji, nie jest mu potrzebna druga. To nie jest gra z serii Metal Gear Solid, gdzie protagonista zawsze musi zadawać durne pytania i powtarzać informacje. Występują niepotrzebne sceny – pierwszą scenę, która jest retrospektywą można spokojnie usunąć i film nie straci na tym, w absolutnie żaden sposób.

Owa pierwsza scena, kiedy bracia polują na ścierwojada posłuży mi jednak na zwrócenie uwagi na coś całkowicie innego. Twórca w pewnym momencie stwierdza, że historia dzieje się w nakreślonym przez niego uniwersum, i za pomocą argumentu moje uniwersum, moje zasady próbuje uzasadniać błędy logiczne. Zapomina jednak, że jakiekolwiek zasady działają w jego uniwersum, to primo – muszą być wewnętrznie spójne, a secundo – jeśli wprowadza się nowe zasady, to należy je wytłumaczyć. Oczywiście w kwestii budowania świata ten film leży i kwiczy – są wprowadzane motywy dotyczące ludzi czy organizacji, nigdy jednak nie dowiemy się np. jak nazywa się lord miasta, czy jakichkolwiek szczegółów o organizacji, z którą zadarli protagoniści (jej nazwy czy celów). Żeby tego było mało, to autor postanawia dodawać rzeczy stricte wyjęte z Gothica – ścierwojady czy świątynia Innosa. To w końcu jest to uniwersum Gothica czy jakieś osobne?

Punktem centralnym całej historii jest zdobycie księgi, i choć będzie tu mowa nieco o spojlerach, to muszę o tym napisać, z racji prymitywizmu wykorzystanych środków. Bohaterowie chcą spłacić swój dług wobec tajemniczej organizacji (ot, której przypomnę, nie wiemy prawie nic – no, może poza faktem, że lubią latem zakrywać twarz szalikiem w ciągu dnia), antagonista (u, którego ciężko zauważyć jakiekolwiek motywy) zleca im kradzież księgi z domu lorda miasta, czy też zarządcy. I tu zaczyna się najlepsze. Kiedy protagonista próbuje się dowiedzieć coś więcej na jej temat, jego adwersarz go jedynie zbywa – wskutek tego widz nie wie o co chodzi (czym jest księga, dlaczego jest ważna, czy ma związek ze skarbnikiem, o którym była mowa wcześniej – to jedynie domysły, nie ma żadnego solidnego argumentu przemawiającego za tym), ale nie wie i Taz (nie wie gdzie znaleźć księgę [poza ogólną lokalizacją], nie wie jak się nazywa, jak wygląda okładka, nie wie nic, co mogłoby nakierować go na księgę, żeby mógł ją znaleźć). Następuje tu wprost gigantyczna przepaść między wiedzą scenarzysty, a wiedzą bohaterów w filmie oraz samych widzów. Ale to nie koniec, o nie, nie, nie! Sama księga jest McGuffinem par excellence. Prowadzi fabułę do przodu, definiuje motywację bohaterów (choć głównie jednego z protagonistów), i sam z takimi rozwiązaniami nie mam absolutnie żadnego problemu, pod warunkiem, że jest on odpowiednio zamaskowany, zaowalowany. Tutaj niczego takiego nie ma, jest ukazany bezpośrednio, w sposób prymitywny. Podobnie jest w zakończeniu gdzie jednak pojawia się deus ex machina, która rozwiązuje wszystko w sposób, którego widz nie mógł przewidzieć, bo nie ma on oparcia w poprzednich scenach.

W samym filmie pada sporo nielogoczności, które z łatwością można było wyeliminować. Autor nie ma pojęcia o ekonomii i stwierdza nagle, że 2000 sztuk złota to niewielka ilość. O ile nie były to monety o niskiej zawartości kruszcu, to taka ilość byłaby MAJĄTKIEM. W karczmie możemy spotkać ludzi, którzy nawet do piwa wybierają się w kolczudze i pikowanym kaftanie. W samym Golieth (czy jakkolwiek się to pisze) bohaterowie zaczynają ubierać się w przewiewne stroje, które przywodzą na myśl kulturę Środkowej Azji, ale nie ma absolutnie żadnej podstawy, dlaczego mieliby je nosić w środku lasu. Warto wspomnieć o strażniku, który wymagał glejtu (dlaczego był potrzebny) i jednocześnie sam miał uprawnienia do wpisywania glejtu (zwykły strażnik?). Zresztą podczas akcji w Golieth ujęcia pokazują pewien kryształ w taki sposób, który sugerował, że jest istotny. Ostatecznie okazało się to niczym ważnym, było efektem nieumiejętności kadrowania przez twórcę. Takich rzeczy można, by wymieniać więcej, ale to nie do końca moja rola.

Żeby nie być tak do końca negatywnym, to nadszedł czas na wymienienie plusów. Za taki możemy uznać kameralną obsadę, postaci jest jedynie trzech i dodatkowo zapychacze przestrzeni w formie strażników i im podobnych. Niestety autor nie wykorzystał potencjału tego rozwiązania. Nie opowiedział nam nam o nich więcej, nie wszedł w iimch psychologię. A szkoda. Czego jednak można oczekiwać od filmu, którego sceny możemy policzyć na palcach jednej ręki? Pod względem technicznym widać progres w stosunku do poprzedniego filmu, choć i tu daleko droga do ideału. Muzyka momentami była zbyt natarczywa, wspomniane wcześniej kadrowanie również nie należało do najlepszych (przez co film tracił potencjał wizualny), była conajmniej jedna sceny kiedy na jedno ujęcie składały się dwa klipy – podobne, ale nie takie same – przez co wywołały efekt podskoczenia bohatera. Aktorzy za wiele tu do grania nie mieli, słychać było, że Kubacz bawił się głosem.

Podsumowując, film jest lepszy od poprzedniego filmu Sanda (tj. Próba Argosa), lecz zbyt wiele rzeczy w nim zawiodło, bym mógł wyrazić o nim pozytywną opinię. Niestety film należał do kategorii tak złe, że aż nudne, a nie do kategorii tak złe, że aż śmieszne.

Advertisements

Cykl machinimowy #10 – Cały tydzień czekałem na deszcz

Tekst został pierwotnie opublikowany 29.03.2017r.

O Deszczowym tygodniu warto rozmawiać. Czymże jest? To krótki thriller machinimowy autorstwa Lestera561, umieszczony w uniwersum Gothica i rzekomo oparty na prawdziwych faktach. W to ostatnie jednak, bardzo ciężko uwierzyć.

Gothic – Deszczowy tydzień

Fabuła prezentuje się następująco:  seryjny morderca kobiet zostaje uniewinniony, bohater, który wrzucił go za kratki niemożebnie się wkurwia, w nocy ma koszmary, zaczyna padać deszcz, a  na następny dzień rozpoczynają się morderstwa, które maja nas doprowadzić do Niesamowitej Rewelacji. Niestety, jak to zwykle bywa, przyzwoity pomysł szybko pada “na glebę”, scenariusz łamie się pod własnym ciężarem, szybo pojawiają się sprzeczności i zagadkowe decyzje scenarzysty, a samo wykonanie nie jest na tyle dobry by to przysłonić. Prawdę mówiąc to ono jest najwyżej przeciętne, z kiepskimi momentami.

Bohaterów mamy niewielu, historia głównie opiera wokół kapitana Straży i jego pomocnika. Mamy też parę pobocznych postaci. Kapitan Straży Miejskiej, Walter – to figura buca i wiecznie wydzierającego się agresora do którego w żaden sposób nie można pałać sympatią. Pomocnik czy też jego podwładny to jakiś młodzieniec (Młody), który nie potrafi się postawić, i przez cały okres filmu jest mocno nijaki. Tak naprawdę nie ma powodu byśmy się zainteresowali tą historią. Nie ma tu ciekawych bohaterów ani dogłębnej analizy psychologicznej.

Film jest niemal przeciwnością realizmu. Kapitan Straży podczas śledztwa podpala miasto, grozi obywatelom bronią, okrada z ich dobytku, a w późniejszej części filmu rzuca się z pięściami na swojego podwładnego nieomal go zabijając. Oczywiście (jakżeby inaczej) nie czekają go żadne reperkusje ze strony swoich przełożonych. A to oczywiście nie wszystko. Problemy szczególnie ma końcowa faza filmu, lecz o tym nieco później.

Reżyser zamiast pokazać nam spiralę wydarzeń, która doprowadziła do szaleństwa bohatera pokazuje nam, że był on zawsze taki sam – spłaszcza jego charakter i dodaje krzyki. A to wielka szkoda. Zapadanie w szaleństwo może być interesującym motywem o ile dobrze wykonane. Tutaj jednak zostało tak uproszczone by zmieściło się już  w i tak bardzo ograniczone ramy czasowe filmu. Brakuje też ukazania motywacji pierwszego mordercy.

Montażowo nie było najlepiej – zwróciłbym jednak uwagę na dwie sceny. Pierwsza: scena snu – moment ukrzyżowanymi kobietami i rzeźnikiem. Druga: scena pościgu po dachach w drugiej połowie filmu. Obie sceny mają wspólny mianownik – zostały zmontowano w ten sposób, że sceny na pozór dramatyczne nie powodują żadnych innych emocji jak tylko śmiech, a to duży problem. Odczuwam pewien dysonans przy jakości dialogów: są dobre,  są i złe. Dodatkowo postać Waltera – mimo, że Walter miał dubbingera, który ma niezłą jakość mikrofonu i jakieś tam umiejętności aktorskie to ciągłe darcie mordy zepsuło tę postać.

“Ciekawym” aspektem jest również postać żony (Matylda), jest to najprawdopodobniej najbardziej irracjonalny wątek. Poznajemy ją zrzędzącą, że małżonek będzie jadł wychłodzoną zupę, i z każdym kolejnym dialogiem narzeka, a widza irytuje coraz bardziej. Aż w końcu trafia do aresztu za to, że jest czarna, yyyy, znaczy dlatego, żeby była bezpieczna. W celi spotyka ją los który pozwoli jej rozmyślać nad sprawami ostatecznymi, i ostatecznie będzie mogła pogodzić się ze śmiercią za pomocą noża lub innego podobnego narzędzia. I mam z tym wątkiem dwa problemy. Po pierwsze – skąd kobieta miała nóż w celi, przed wprowadzeniem do celi powinny istnieć stosowne procedury – rewizja, która udaremniłaby wszelkie próby zrobienia sobie krzywdy. Niczego takiego nie ma. Druga kwestia to rzekome znęcanie się nad jej osobą przez męża – czy w jej pierwszej scenie czasem nie widzimy jak ona go do tego podjudza? Niezły masochizm.

Prawda jest taka że największe rozczarowanie miałem przy finale. Rozumiem mechanizmy Wielkiej Rewelacji i jak działa Zwrot Akcji Którego Się Nie Spodziewaliście, i tak, często może doprowadzić ono do racjonalnego “mindfucka” u widza, tutaj to jednak nie następuję. Widz dostaje porcję informacji, której nie był w stanie odczytać wcześniej. Albo jej nie było, albo została źle przedstawiona. Dlatego nie mógł się tego spodziewać, a nie do końca o to chodzi w takich zwrotach akcji. Jest to wymuszone i nielogiczne. Były to sceny z kategorii “powiedz, nie pokazuj”.  I nawet jeśli przyjmiemy że faktycznie tak mogło być, to i tak, jeśli cofniemy się do wcześniejszej połowy filmu to odkryjemy, że teraz zachowanie podwładnego jest zupełnie pozbawione sensu. Potencjał symboliki ciągłej ulewy również nie został należycie wykorzystany.

Na koniec dwa słowa o epilogu. Młody nie przyprowadził kapitana przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, a dokonał z kumplami samosądu. I za to dostał awans na kapitana? Lekko nietypowe. I to zakończenie. Historia się powtarza? Ironia losu? Nie możemy też zapomnieć o symbolice pustej butelki po winie.

Podsumowując, dostajemy toporny i nieprzemyślany film. Zbyt krótki i jednocześnie o zbyt wysokim tempie akcji. Do samego dzieła wrzucona jest masa rzeczy, która nie została nigdzie wytłumaczona. Kolejne sekwencje wydarzeń są sprzeczne wobec siebie. Zbyt wiele tutaj nie współgrało ze sobą by można było to nazwać dobrym czy też przyzwoitym filmem.

Cykl machinimowy #9 – Ziemia Niczyja

Tekst został pierwotnie opublikowany 31.08.2016r.

Powracam po niedługim okresie czasu, i myślę, że można proces pisania recenzji przyśpieszyć. Powinno się więc pojawiać więcej wpisów.

W miniony weekend obejrzałem film, a raczej pierwszy odcinek serialu Ziemia Niczyja, autorstwa Billy Machinima. Z tym reżyserem machinimy miałem do czynienia wcześniej, a raczej miałem zamiar mieć z do czynienia podczas teoretycznej recenzji serialu Dynastia. Niestety, po krótkim śledztwie,  dowiedziałem się, że brakuje odcinków, więc nie mogę poznać rozmaitych procesów, wątków przyczyno-skutkowych, skutkiem więc była rezygnacja.

Ziemia Niczyja Epizod I

Sam serial Ziemia Niczyja “wpadł w me oczy” z polecenia. Zwykle nie oceniam serialów jeśli nie są one ukończone, ponieważ nie widzą ich ostatecznej formy. W perspektywie całego serialu wątki mogą być czymś innym niż w jednym odcinku, nie sposób ocenić tematu filmu, schematów czy tropów.

Jednakże stwierdziłem, że podejmę pewną próbę. Został wydany zaledwie jeden odcinek, więc o recenzji czy rzetelnej ocenie nie ma tu absolutnie żadnej mowy. Pokrótce opisze jedynie moje wrażenie, moje nadzieje na to co się może z tymże serialem stać. Zamykając wstęp powiem, że machinima oparta jest na silniku gry Gothic II.

Reżyser serialu przenosi nas w nieznany setting, nie znamy miejsca ani czasu akcji. Lecz wydaje się on być podobny do Gothica, nieco brutalniejszy – czasami niepotrzebnie.

Stwierdzenie, że “technicznie film nie stoi na wysokim poziomie” to duże niedopowiedzenie. Ujęcia nie są zachwycające, zdarzają się nietypowe i “drżące” ruchy kamerą, aktorzy często mieli kiepskie mikrofony i kilku momentach solidnie zawalili przedstawianie roli i emocji. To właśnie dubbing jest najgorszą warstwą i stanowi spory rozbrat z innymi elementami filmu. Muzyka też jest nieco za głośna i próbuje nad wyraz natarczywie stworzyć sobą klimat poszczególnych scen.

Akcja filmu przenosi nas na wyspę, lub miasteczko portowe, gdzie poznamy kilku bohaterów, których losy się wzajemnie przeplatają. Są bracia – ambitny urzędnik, który zabiera farmerowi ziemie z racji tego, że ten nie płaci od roku podatków oraz wyważony i doświadczony kapitan lokalnej straży.  Jest skazaniec, morderca, który czeka na wyrok. I rodzina farmerów z nadpobudliwym synem, którzy po utracie majątku ziemskiego, szukają sposobu na rozpoczęcie nowego życia.

Urzędnik – figura ambitnego gościa, który zrobi wszystko by piąć się wyżej, podstępny i śliski typ, na dodatek tchórz

Kapitan – brat urzędnika, ćwiczy swoich żołnierzy, i przy okazji traktuje ich (a przynajmniej jednego z nich) bardzo nieuprzejmie, jak rozumiem stanowi również swego rodzaju eskortę więźnia, ciężko go polubić

Morderca – prawdopodobnie najnudniejsza z postaci. Z tego co pamiętam zabił dwie osoby, i wiozą go  gdzieś , by wymierzyć mu karę. Płaski i wykłada ekspozycję swojego charakteru i historii w ordynarny sposób.

Farmerzy – małżeństwo jest spoko, po utracie farmy podejmują decyzję o wyjeździe w kierunku lepszego życia, gorzej z ich synem, jest irytujący i bardziej dziecinny niż Kylo Ren w Przebudzeniu Mocy (patrz: wybuchy złości)

Wiarygodnym przedstawieniu charakterów postaci nie pomagają dialogi, które mogłyby zostać znacznie poprawione. Natomiast to, co chciałem pochwalić, i chciałbym by było kontynuowane w przyszłości – relacje między bohaterami, które się rozwijają oraz zacieśnianie wątków miedzy nimi. Jeśli autor pójdzie w tę stronę, poprawi dialogi i technikalia to może wyjść z tego niezłe filmidło, czego mu życzę.

Jest tu potencjał, ale czy zostanie on choć w części wykorzystany? Zobaczymy.

Cykl machinimowy #7 – Czas pogardy? (dodać link i miniaturę)

Tekst został pierwotne opublikowany 29.12.2015r.

Gothic – Czas pogardy Odcinek 1

Gothic – Czas pogardy Odcinek 2

Gothic – Czas pogardy Odcinek 3

Na mój warsztat dzisiaj wezmę poważny film machinimowy “Czas pogardy”. Film został stworzony przez XardasFilmStudio i stanowi niemal półgodzinną historię. Słowami wstępu wspomnę tylko, że film mnie zaskoczył, przekroczył pewne granicę, muszę przyznać tak złej ekspozycji fabularnej nie widziałem od dawien dawna.

Przez większość filmu mój umysł zaprzątało pytanie “Co tu się kurwa dzieje?”, momentami również “Kim Ty kurwa jesteś, pajacu?”.Choć plan Xardasa na temat historii nie był zły – oto mamy alternatywną historię, gdzie orkowie okupują Khorinis, a później najemnicy ich obalają. W takiej formie historia nie mogła stanowić zatrważająco ciekawej historii, dało się jednak stworzyć z tego względnie przyzwoitą historię. Co poszło źle?

Przede wszystkim wprowadzenie. Nie tylko wprowadzenie w historię, ale również zapoznanie z bohaterami. Większość informacji pozostaje w sferze daleko posuniętych domysłów. Ot mamy jakąś grupkę żołnierzy królewskich, którzy przedostają się do miasta, by od środka rozwalić tę rebelię. Co ciekawe, od początku zaczynają oni polować na zdrajców, nie organizują jakiegoś wewnętrznej sieci ludzi, którzy mogliby im pomagać przygotowywać powstanie. Nieeee, nic takiego nie ma miejsca. Ci goście tylko otrzymują list od jakiegoś lorda (nigdy nie dowiadujemy się kim on jest) ze zleceniem zabójstwa, idą pod wskazane miejsce, zabijają cel i zmykają. I tutaj chciałbym się zatrzymać na chwilę, ponieważ dwie rzeczy nadzwyczaj mocno przykuły moją uwagę.

Jeden. Grupa żołnierzy zostaje wysłana, by odbić miasto strategiczne Khorinis. Ok. Dostają dokumenty, które zapewniają im drugą tożsamość, tym samym umożliwiając im przejście przez bramy miasta. Ok. I tu lista “ok” się kończy. Bohaterowie nie przechodzą przez żadną bramę, a opływają wyspę i do Khorinis docierają kanałami. Po co im były dokumenty? Nie wiem. W kanałach wita ich jakiś typ. Kim jest? Nigdy się tego nie dowiemy. Jak ich poznał? Nie pytajcie mnie o to, bo nie wiem. I tak jest przez cały film. Dezorientacja jest tu na porządku dziennym.

Dwa. Okazuje się, że typ z kanałów jest jakiś łącznikiem ze światem zewnętrznym, a przynajmniej tyle się domyślam. Bohaterowie otrzymują zlecenie od nieznajomego lorda. To kolejna postać o, której nic nie wiemy. Lecimy dalej. Chodzi o to, że w określonym miejscu ma być ich cel, który mają wyeliminować. Wszystko byłoby w porządku, tyle że gość stoi pod murkiem. Co on tam robi? Czekał na nich? Biorąc pod uwagę fakt że od napisania listu do dotarcia naszych protagonistów na miejsce musiało minąć trochę czasu to jakim po cholerę on tam tak długo stoi? Inna sprawa, że gra go Moras i kiedy swoim panikarskim głosem się wydrze to kobieta stojąca 10m od nich powinna się zorientować lub chociaż zaniepokoić.

Z breakiem reaktywności jest tu większy problem. Nie ma sceny by jakakolwiek zareagowała na cokolwiek. Kiedy zostaje wybita obstawa orkowego szamana tego to zupełnie nie obchodzi. Ba, innych członków obstawy nie obchodzi nic, a nic, że po kolei są wybijani.Brak reakcji, brak emocji, brak komentarza. Nic. Całkowite null. To wszystko boli. Może warto też zwrócić uwagę na antagonistę?

Jest i takowy. Szalony dowódca najemników, którzy chce przejąć władzę nad miastem i nad orkami. Jego plan? Zabić szamana – dziwne, że to szaman dowodzi orkami, a nie herszt czy inny wódz. Kiedy plan się powodzi gość ma już absolutną władzę nad orkami, żaden się nawet nie odezwie. Między protagonistami a antagonistą nie ma żadnego związku. Każdy robi coś co nie ma reperkusji po drugiej stronie barykady. Żaden z nich nie ma ani motywacji, ani charakteru. Jeszcze do antagonisty można przypiąć łatkę charakteru, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że autor scenariusza poszedł na łatwiznę i nie uzasadnił szaleństwa tegoż bohatera. Wobec braku tych elementów film staje się bezkształtną breją. Jest to jedno z najgorszych doświadczeń pod względem budowania fabuły, ma jednak jedną zaletę, której nie mogę pominąć. Nie męczyłem się przy nim, często chwytałem się za głowę z niedowierzania, ale czas przeleciał względnie szybko. Film był tak zły, że aż śmieszny. Rozśmieszył mnie. I wcale nie to nie był szyderczy śmiech tylko szczere parskania i uśmiechy.

I tak właśnie prezentuje się cały film Czas Pogardy. Jeden z kandydatów do tegorocznych Złotych Innosów. Przed końcem stycznia prawdopodobnie powstanie jeszcze jedna recenzja odnosząca się również do filmu, który bierze udział w tym plebiscycie.

Cykl machinimowy #6 – Diamentowa Kompania – Jesteśmy dumnymi kliszami

Pierwotny tekst został opublikowany 14.11.2015r.

Gothic 3 – Diamentowa Kompania

Na początek kilka słów wstępu. Moje wpisy począwszy od tego będą skupiały na ogólnym wrażeniu z obejrzanych filmów machinimowych. Na podstawie tych dzieł będę dochodził do konkretnych wniosków, nie będę znacząc rozwodził się nad poszczególnymi elementami filmu. Poniższe recki mają również prowokować powstawanie dyskusji na temat rzeczonych filmów. Tak więc zaczynamy.

Filmem o, którym chciałbym dziś porozmawiać jest Diamentowa Kompania autorstwa Raelaga2510. Jest to film wobec, którego mam bardzo ambiwalentną opinię. Z jednej strony do wielu rzeczy mógłbym się przyczepić. Z drugiej natomiast oglądało mi się ten film nadzwyczaj przyjemnie. Jest to film krótki więc nie bardzo się bardzo rozpisywał.

Zacznijmy od tego, że sam film został nakręcony w grze Gothic 3. Odważne posunięcie biorąc pod uwagę trudności jakie sprawia sama gra w kreowaniu filmów. Mała ilość machinim w tej grze wcale nie jest spowodowana faktem, że ludzie nie chcą kręcić w tej grze, a trudnością kręcenia. Jest ona dużo mniej przystosowana do tworzenia filmów niż druga część serii Gothic. W samym filmie też mamy dość częste przenikanie tekstur co po pewnym czasie zaczyna irytować, mimo, iż nie jest to błąd twórcy.

O czym natomiast opowiada sam film? Właśnie o tytułowej Diamentowej Kompanii, skromnej grupie nadzwyczajnych wojaków, najemników szwendających się od bitwy do bitwy…oraz od karczmy do karczmy. I powiecie: nic nadzwyczajnego. Jest gość umiejący przetapiać rudę z basowym głosem, super-szybki i super-zwinny gość posługujący się sztyletami czy dowódca kompanii, “rycerz” o szlachetnym obliczu posługujący się mieczem i tarczą. Wszystkie chłopy lubią chodzić na panienki i chlać. Krótko mówiąc chodzące klisze. Wielce ubolewam na dwoma faktami związanymi z tymi wojakami.

Pierwszy: są mało różnorodni, kiedy tworzymy już taką galerię klisz to niech każdy czymś się rożni, nie tylko bronią jaką się posługuję. Ciekawym eksperymentem byłoby dodanie kobiety do kompanii, kogoś na wzór Milvy czy Angouleme z uniwersum Wiedźmina. Takie zapożyczenie nie byłoby złe, szczególnie, że gadka w karczmie znacząco przypomina pewne dialogi z Wiedźmina 2.

Druga sprawa: nic o tych wojakach nie wiemy,  ani o grupie (poza historią z Dodo), ani o poszczególnych osobach. Nawet nie trzeba by znacząco rozwijać ich motywacji – napierdalanie dla samego napierdalania to nie jest zła myśl w tego rodzaju filmach. Wystarczyło, by powiedzieli coś o sobie. Od razu zrobiło by się ciekawej. Był na to czas i miejsce.

Kolejna rzecz na, którą zwrócę uwagę. Nie traktowałem tego filmu zupełnie poważnie. Wiele wskazywało tutaj na pójście w kierunku filmu akcji z bardzo rozrywkową i nieco głupawą fabułą – co ostatecznie miało miejsce. Wystarczy tutaj fakt ostatecznego rozwiązania wątpliwości dowódcy oddziału. Dzielni wojacy przywracają mu wiarę w dobre, i takie tam. Moralizowanie. Kto oglądał zdaje sobie sprawę, że to było niesamowicie banalne, i w wielu przypadkach byłby to bardzo duży błąd. Tutaj to jednak zadziałało ze względu na wszechobecną radość i uproszczenia. Jakie to uproszczenia? Wojna i wojaczka to nic strasznego, wszelkie złe aspekty zostały wyrzucone. Dzięki temu film się uchował w przyzwoitej formie.

W takim razie zapytacie co z królem? Taka ważna postać, et cetera, et cetera. Nie powinniście o niego pytać, bo nie powinniście go pamiętać. To całkiem okropny plot device, który swoimi dialogami ma uzasadnić obecność Diamentowej Kompanii. Widza nie obchodzi jego los, pełni bardzo marginalną rolę w fabule, na koniec zyskuje przydomek Święty, bo postawił kapliczkę. Hmmm…trochę irracjonalne. Swoją drogą ma wielki łeb, nie proporcjonalny do reszty ciała, w pewnym momencie zastanawiałem dlaczego został włączony kod na duże głowy. Plus dopasowanie aktora było tu dość kiepskie.

Nieco rozumiem, że mało czasu zostało poświęcone antagonistom, jako, iż głównym celem było pokazanie zajebistej Kompanii. Rozwinięcie wątku antagonistów musiałoby też się wiązać z rozwinięciem innych wątków, szczególnie króla lub jednego z najemników. Postać Xinusa nawet mnie zaciekawiła, chociaż koniec – obvious cliffhanger is obvious. Całość jednak pasowała do konwencji. Zawiodła mnie natomiast bitwa.

Jeśli miałbym ocenić film to ocena byłaby gdzieś w granicach 6/10

Obejrzeć film? Warto.

Ocena pod filmem. Łapa w górę.

Cykl machinimowy #4 – Historia Alternatywna, czyli Ostatnia Linia Obrony (dodać link i miniaturę)

Tekst został pierwotnie opublikowany 06.01.2015r.

Witam po dłuższej przerwie. Dziś zaprezentuję swoją opinię na temat gothicowej machinimy “Ostatnia Linia Obrony”. Film ten jest alternatywną historią dziejącą się po zakończeniu drugiej części Gothica. Mimo, że film trwa niemal godzinę, to ta recka będzie należała do krótszych. Dlaczego? Bo jeśli wykluczyć bitwę podczas, której pada mało dialogów to z filmu wiele nie pozostanie. Poniżej zamieszczam linki do filmu:

 

Bardzo ubolewam nad tym, że scenariusz jest najsłabszym punktem tej produkcji. Temat był dość wdzięczny. Kontynuacja osi fabuły zawartej w grze zostawia spore pole do manewru. Bez większego problemu można tam zawrzeć subtelne nawiązania, postacie wcześniej mają już zarysowane rysy charakteru co ułatwia pisanie. Ale zacznijmy od początku co się dzieje w filmie?

Początki. Początkowe sceny dają nadzieję na dobry film. Słychać głosy oryginalne postacie z gry, postać Smoka Ożywieńca brzmi dobrze, zaciekawia, wyczuwalny jest podstęp i uczucie większego zagrożenia. Niestety to najlepszy moment filmu, rozumiem, że pierwsze 10 minut filmu musi być perfekcyjne, ale również powinno to za sobą pociągać coś więcej. Dalej mamy poczynania naszych bohaterów i ta cała drużyna dość mocno przypomina Drużynę Pierścienia, tylko taką gorszą. W pierwszym odcinku nie pojawia się bitwa o, której wcześniej mówiłem co działa na korzyść odcinka. Jednak już tutaj pada pewna niekonsekwencja w wątkach. Otóż Diego i Gorn kradną magiczną broń, która później nie będzie spełniała żadnej roli, powróci tylko na jedną chwilę, na jeden krótki dialog, który bez problemu można by było wyciąć i film nic na tym by nie stracił. Bezużyteczny wątek. Ach, zapomniałbym. Pojawia się jeszcze drugi plan, pewne wydarzenia o, których nie mamy pojęcia (choć łatwo wywnioskować, że to przyszłość), sam pomysł niegłupi, ale jego realizacja gorsza. Takie retrospekcje powinny mieć jakiś związek z pierwszym planem, by nie wyglądało to na włożenie tej sceny w całkowicie losowym momencie. Rażą również przejścia przy zmianach planów, które wyglądają infantylnie. Xardas rozpoczyna swoją operację, a Pyrokar ostrzega resztę, rozpoczyna się “epicka bitwa”.

Trochę tu źle. Tutaj zaczynają narastać problemy. Pojawia się dość ciekawy wątek zakapturzonych postaci, armii zła, które zaczynają pustoszyć cała wyspę i, które prawdopodobnie nie są sługami Xardasa – tak wnioskuje, bo nic na to nie wskazuje. Magowie próbują zniszczyć Xardasa rzucając w niego tym samym zaklęciem. Swoją drogą, tak się zastanawiam, nie można by go mieczem ciachnąć? Tak czy inaczej nie udaje im się go powstrzymać, a on staje się wielgaśnym golemem. Zaraz, taki był jego plan? Na moje, nieco bezsensowny. Rozpoczyna się destrukcja miasta, i trwa ona dobre 20 minut. Bitwa to największa zadra tego filmu. Nie rozumiem idei tworzenia tak długiej bitwy na tym etapie fabuły. Jaki jest jej cel? Wyrżnięcie wszystkich? Można było to zrobić w ciekawszy i subtelniejszy sposób (np.stworzyć jakąś katastrofę związaną z ciemnością, ograniczyć armię ciemności – mówię o tym co się dzieje w mieście, wsie czy farma Onara były nieźle wykonane), szczególnie, że podczas bitwy Gorn próbował dołożyć wiele efektów specjalnych. Były i dobre, ale sporo z nich wyglądało komicznie, jak powstawanie pęknięć na murach. Wszystko wydaje się takie typowe, oczywiste, nieangażujące. Za scenariusz Gorn dostaje mnie czerwoną kartkę.

Sprawy techniczne. A jak ma się sytuacja z pozostałymi elementami filmu? Lepiej, ale nie idealnie. Dubbing przy niektórych postaciach był dobrze dopasowany, jednak przy niektórych już nie. Do tych źle dopasowanych mogę zaliczyć Gorna czy nauczyciela z planu teraźniejszego (głos mkkuc jest na tyle osobliwy, że nie łatwo go do czegoś dopasować). Jakość nagrania niektórych osób też była niezbyt dobra, kilka razy musiałem przewinąć. Głosy otoczenia zostały wykorzystane z gry co zdecydowanie na plus, nawet ich nie zarejestrowałem, były naturalne. Co do muzyki, przepompowana. Bardzo ciężko stworzyć taki film, by taka muzyka była adekwatna do takiej “epickości” na początku filmu to się tu nie udało.

Plusy. Jak widać, powyżej wymieniłem sporo minusów, ale czy ten film naprawdę jest taki zły? Otóż nie. Pomysł był dobry, ale zabrakło w nim precyzyjnej realizacji. Co uważam za plusy tego filmu? POstać Smoka Ożywieńca, Xardasa (nie został spłycony), parę scen było naprawdę niezłych (np.ta na farmie Lee), niektóre efekty, ta myśl “nawet jak nas pokonają to już nigdy się nie odbudują” – dawało to dużo miejsca na dodanie jakiegoś wątku postapokalityczno-społecznego.

Podsumowanie. Wiem, że ta recka jest dość topornie napisana, ale ciężko ocenia mi się ten film. Było kilka rzecz, które mi się w nim podobały, ale niestety było więcej tych złych, które przyćmiły to co pozytywne. Nie mogę dać pracy Gorna. Doceniam jego pracę, oceniam jednak efekt końcowy, który ma wiele wad. Moja końcowa ocena to 4,5/10. Dobra rada do Gorna, przeanalizuj scenariusz tego filmu, by nie popełniać już tak kardynalnych błędów.

Warto obejrzeć? Na własną odpowiedzialność.

Ocena pod filmem? Łapa w dół.

Cykl machinimowy #2 – Wyrok

Tekst został pierwotnie opublikowany 03.12.2014r.

Poniżej zamieszczam link. Wyrok jest pierwszym odcinkiem serii o tejże nazwie autorstwa GothicPowerOfficial. Słowem wstępu zaznaczę, że film otrzymał 179 łapek w górę przy 5 łapkach w dół. Z moich skomplikowanych wyliczeń wynika, że film ten spodobał się czy zadowolił ponad 97% ludzi go oglądających. Spieszę naprostować czemu mnie nie zadowolił i czemu ta ocena nie jest właściwa.

Wyrok – Epizod I

Autor zarzeka się, że tak naprawdę epizod podzielono na pół więc nie wszystko powinno się wyjaśnić, ale zaraz, epizod trwa 30 minut, czyli połowa odcinka serialu dramatycznego, mam więc prawo spodziewać się wiele. Na moje nieszczęście od początku jestem bombardowany różnymi rodzajami napisami, adnotacjami. Nie daje to dobrego wrażenia.

Scenariusz. Naprawdę mam oceniać ten film pod tym kątem? Momentami było nudno, ale przede wszystkim słysząc dialogi czułem zażenowanie. Główna bohaterka jest naprawdę kiepsko napisana, co chwila się nad sobą użala, jest niesamowicie naiwna (i głupia, nie zaprzeczam, zresztą z pozostałymi postaciami jest podobnie). Szczytem jej logiki jest moment kiedy gada ze swoim szefem kogo by tu zabić stojąc w tłumie ludzi. Przecież nikt nie uzna tego za podejrzane, nie? Cały film najeżony jest takimi sytuacjami. Jak zauważyłem wcześniej jest parę momentów gdzie odczuwałem zażenowanie (właśnie to uczucie wywołał we mnie ten film), głównie przez dialogi. Wszystko to upstrzone totalnie niepotrzebnymi zwrotami akcji, które są po prostu sztampowe, nie zaskakują niczym. Film jest cholernie przewidywalny. A, zapomniałbym, jest jeszcze moralizatorstwo, na dodatek bardziej irytujące niż w Nekromancie. Rzeczy oczywiste wykładane tu są jako niesamowita idea, Wyrok podchodzi do widza jak do debila. Naprawdę jest tyle sposób na inteligentny dialog z widzem, który dla twórcy powinien być najważniejszy. Po raz kolejny dostajemy “macoszą” fabułę.

Montaż. Nie mam większych zastrzeżeń co do wizualiów, warstwa dźwiękowa to trochę inna sprawa, ale o tym za chwilę. Wykluczając efekty specjalne i różnego rodzaju flary było przyzwoicie, nie kłuło to w oczy, oglądało się względnie przyjemnie. Natomiast muzyka? W paru miejscach nie pasowało, mastering momentami nie był odpowiedni, niektóre ścieżki dźwiękowe zdradzały co się zaraz stanie oraz ponownie to muzyka definiowała scenę, a nie odwrotnie.


Efekty specjalne. Olaboga. Sztucznie, sztucznie i jeszcze raz sztucznie! Nie powinno się takich rzeczy robić. Począwszy od dziwnego ognia, przez dziwne plamy krwi, a kończąc na dziwny efektach flary. Każdy z tych efektów był wycięty z klimatu film i wyróżniał się (niezbyt pozytywnie) na przestarzałej już grafice. Warto było wprowadzić zasadę podobną do decorum, dotyczącą efektów. Dodatkowo istniały też dziwne plansze, całkowicie niezgodnie z rzeczywistością na przedzie, których stały postacie.

Ocena końcowa. Aktorzy próbowali ratować sytuację, ale brzmieli sztucznie, jednak nie winię ich za to. Determinowała to sytuacja. Poziom realizacyjny pod względem wizualnym nieco ratuje ten film, dlatego nie jest totalną kaszaną. To jednak nie wystarcza. Film jest po prostu słaby. Ostateczny werdykt to 3/10

Obejrzeć film? Nie warto. Mnie osobiście jako widza ten film obraził.

Ocena pod filmem? Łapa w dół.