Wobec morderczych potęg – Prolog

Uwaga! To moja własne opowiadanie należące o uniwersum The Elder Scrolls Steampunk. Jest to również moje pierwsze opowiadanie, a raczej prolog do niego, więc proszę o wyrozumiałość.

Mężczyzna dyszał, jego kolana zachwiały się i on sam upadł, dłonie opadły na brukowaną nawierzchnię. Deszcz wzbierał na sile kiedy coraz rozpaczliwiej pragnął zgubić pościg.
– Szybko! Tam jest! – z drugiego końca uliczki dobiegły chrapliwe wrzaski. W głowie mężczyzny zakotłowały myśli, adrenalina po raz ostatni uderzyła mu do głowy. Wstał i pobiegł. Jego ostatnią szansą było dostanie się do pobliskich domów. Niestety upadek  zatrzymał go w połowie drogi. Po kilku krokach ponownie się przewrócił, tym razem przy akompaniamencie wrzasków bólu i trzasku łamanych kości. Przewrócił się i w powietrzu obrócił na bok. Kolejne próby wstania skończyły się fiaskiem. Odtoczył się pod ścianę. W tym czasie dobiegł do niego postawny mężczyzna.
– To było efektowne, ha ha – zaśmiał się gardłowo. – Nie waż się wstawać – mężczyzna oparł nogę na roztrzaskanej stopie uciekiniera.
– Aaargh! Przestań – powiedział cicho.
– No już się nie maż. Za moment zjawi się tu Gidave.
Na rzekomego Gidave’a nie trzeba było długo czekać. Zjawił się w pustej uliczce w towarzystwie dwóch rosłych oprychów. Jego szara twarz elfa była pokryta bliznami, a jedno oko zasłaniała czarna opaska. Z jego płaszcza, kołatającego się u nóg, spadały krople deszcze.
– Dlaczego uciekałeś? Wiesz, że z tego miasta nie ma ucieczki – mężczyzna rzekł życzliwie. – Wszystkie drogi prowadzą do mnie, Godrelu. Gdzie są pieniądze?
Godrel milczał. Nie dał po sobie nic poznać. na jego twarzy nie było widać żadnego uczucia. Żadnego. Krople deszczu spływały po twarzach obecnych.
– Postanowiłeś milczeć? – kontynuował Gidave. – Dobrze więc. Masz jeszcze ostatnią szansę, nie zmarnuj jej.
Mówiąc to elf wyciągnął sztylet zza pazuchy. Był to sztylet o krótkiej rękojeści owiniętej czerwonym jedwabiem, piekielnie ostry. Zbliżył go do ust i przejechał nim po własnym języku. Krople krwi spadły na bruk i momentalnie rozmyły się w strugach wody.
– Narobiłeś sobie długów i chciałeś uciec. Teraz nie chcesz współpracować. Chłopcy, powiedzcie, co mam z nim zrobić? – mężczyzna rozejrzał się po swoich ludziach. – Będę musiał cie zabić.
– Nie…nie musisz tego robić. Spłacę wszystko – wydyszał uciekinier.
– Wszystko albo nic. Teraz albo nigdy.
Ranny mężczyzna stawał się coraz bardziej nerwowy. – Gidave…proszę… daj mi więcej czasu. Spłacę wszystko…z nawiązka. Dwa dni, o nic więcej nie proszę… – bełkotał.
– Nie. Twój termin minął. Był dwukrotnie przekładany, to za wiele. Pytam po raz ostatni. Masz pieniądze?
– Nie mam…- Godrel był wyraźnie skruszony.
Mężczyzna w opasce westchnął, wytarł swój sztylet o spodnie i skierował się do swoich ludzi – Postawcie go i przytrzymajcie.
Powoli poszedł do drugiego mężczyzny z bronią przygotowaną do ataku.
– Błagam, nie! Miejże litość! – żałośnie kwilił.
Mężczyźni stanęli ze sobą twarzą w twarz, nie zastanawiając się długo Gidave zadał cios w serce i przejechał sztyletem w kierunku podbrzusza. Struga krwi opadła na bruk na zawsze oznaczając miejsce zbrodni. Ciało zaczęło spadać, a morderca zatrzymał je i nachylił się nad uchem ofiary – Chcę, byś w ostatniej chwili życia pamiętał, że zgodnie z naszą umową, dług przechodzi na twojego syna – powiedział z wyraźnym zadowoleniem. Truchło spadło na ziemię. Godrel umarł. Gidave, który był Dunmerem, mrocznym elfem, schował sztylet do pazuchy. – Idziemy dalej, noc jeszcze młoda, a to nie koniec naszej pracy.

Grupa mężczyzn wyszła z uliczki, czerń nocy była nieprzenikniona, w oddali było słychać wycie wilków. Pęknina to cudowne i niebezpieczne – pełne skrytobójców, kupców, kultystów i kapłanów. A to dopiero początek naszej historii.

 

Advertisements