Czerwona Sonja, Diablica z mieczem – Zeszyty od #00 do #06

There was a storm… A storm with red winds… Fire and blades were in it.

Na koncept postaci znanej jako Czerwona Sonja trafiłem jakiś czas temu. Niewiele czasu zajęło mi dojście do tego, że Czerwona Sonja inspirowana jest postacią z dzieł Roberta E. Howarda – Czerwoną Sonyą. Z Howardem wiele styczności nie miałem – w gruncie rzeczy, kontakty były dwa. Po pierwsze, oglądałem adaptacje jego powieści o Conanie Barbarzyńcy, które były dość…interesujące i epatowały nagością, acz mam przeczucie, że nie w pełni oddają obraz wizji autora pierwowzoru. Po drugie, czytałem kilka listów, które Howard wymieniał z H.P. Lovecraftem, i  z tych listów wyłania się obraz Howarda jako człowieka wielce inteligentnego. Tym bardziej byłem zainteresowany. Obie postacie są do siebie podobne – wojowniczki o czerwonych włosach, które odmówiły zostania żoną króla i w odwecie go zabiły. Można wręcz powiedzieć, że Czerwona Sonja jest rozwinięciem Czerwonej Sonyi, choć ta pierwsze rozwijana jest głównie przez komiksy (wydawane do dnia dzisiejszego), które jeśli czas powoli, będę recenzował. Trzeba przyznać, że po pierwszej historii, opisanej w zeszytach #01-#06, jestem więcej niż zadowolony.

Koncept Czerwonej Sonji jest wielce sugestywny. Muskularna wojowniczka, o rudych włosach sięgających poniżej ramion…a przepraszam, o włosach koloru ognia – kwestia ognia i koloru czerwonego jest tu więcej niż tylko prostym opisem wyglądu postaci, owe dwie rzeczy definiują również jej charakter i przeznaczenie. Najbardziej rozpoznawalnym elementem Czerwonej Sonji jest jednak jej ubiór, otóż nosi się ona w… kolczugowym bikini. Moja pierwsza myśl była taka: Ale dlaczego? Czy koncept powstał w wyniku jakiejś taniej fantazji? Wrażenie pogłębia fakt, że trzy pierwsze panele w zeszycie zerowym to dość bezczelne (bo zasłaniające niemal cały panel) ujęcia na tyłek głównej bohaterki. Rodzi się myśl: Seksizm? Uprzedmiotowienie kobiety? Otóż nic bardziej mylnego. Szybko się okazuje, że strój bohaterki to jedynie jej sposób na odwrócenie uwagi mężczyzn (już w zeszycie #01 Sonja stwierdza, że walczący z nią mężczyźni nawet nie zauważają jej miecza zanim ta zetnie im łeb), a sami mężczyźni dużo częściej dostają po głowie – czy to dosłownie czy metaforycznie. Szybko też okazuje się, że Sonja jest uosobieniem wolności i godności  (i poniekąd anarchii) – na wielu płaszczyznach.

Zacząłem od serii Diablica z mieczem (She-Devil with a sword), która w sumie ma 80 zeszytów, po 20-30 stron. Czyta się to w zabójczym tempie. Zeszyt zerowy to wprowadzenie do historii, nakreślenie postaci, głównie w formie narracji. Poznajemy Sonję, która przychodzi utopić smutki  w barze, dowiadujemy się, że w przeszłości skrzywdzili ją mężczyźni, po raz pierwszy widzimy ją w akcji (i faktycznie jest diablicą), po raz pierwszy pojawia się jako Nieustępliwy Sędzia, Czerwona Burza i Czerwony (krwawy) Deszcz.

Kolejne sześć zeszytów stanowią zamkniętą całość, która jednak podejmują wątki, które prawdopodobnie będę rozwijane w kolejnych zeszytach. To historia o rejonie Gathii, który jest niezwykły z jednego względu – panuje w nim niezmącony niczym spokój, co jest niesamowicie dziwne w tym świecie. Sonja ratuje posłańca, który przynosił wiadomość o pokoju do pobliskiego plemiona Zedda, ratuje go od *zbójców* (w rzeczywistości atakują go Zeddowie, którzy bardziej przypominają zwierzęta niż ludzi), ale później on i tak ginie, a sama kobieta decyduje się zwrócić jego wiadomość i ciało do Gathii, a gdy dociera do miasta spotyka ją szereg dość nieprzyjemnych rzeczy. Cała fabuła opiera się na tajemniczym Niebiańskim (The Celestial One), który przywrócił Gathii pokój i wszelkie dobro za cenę bezwzględnego posłuszeństwa, czystości, odebrania wolności (ludziom zależy jedynie na ubóstwianiu Niebiańskiego, aż zapominają nawet o własnej rodzinie) i krwawych ofiar z ludzi. Sonja powoli odkrywa prawdziwą twarz “boga” – jak to on sam jest agentem Mrocznego Boga, któremu sama prawdopodobnie kiedyś służyła. Odkrywa ruch oporu, i mimo jej niechęci do mężczyzn zaprzyjaźnia się z jednym, imieniem Osin (który na marginesie wygląda jak wariacja Conana o blond włosach). W ciągu całej historii następuje znaczny rozwój bohaterki – poznajemy jej przeszłość – jak to mężczyźni spalili jej rodzinę i dom, jak zabiła króla i została skazana na najgorsza karę (pogrzebanie żywcem) czy jej śluby czystości (odda się jedynie mężczyźnie, który pokona ją w walce – życzę powodzenia). Mimo bardzo poważnej historii jest tu również parę zabawnych momentów, miło też widzieć dynamikę relacji między Sonją a Osinem, który nawet próbuje doprowadzić do tego, by ognistowłosa złamała śluby czystości, acz kończy się to dla niego w dość żałosny sposób. Fabuła podejmuje też troszkę poważniejsze aspekty, których osią jest konflikt między tyranią pokoju (a raczej reżimem totalitarnym pod przykrywką pokoju) a sytuacją gdzie każdy może decydować o własnym losie – może być on albo dobry, albo zły. Mimo pozytywnego zakończenia (po części) Sonję nawiedzają wątpliwości co do słuszności jej działań co jedynie pogłębia jej postać i zachęca do zapoznania się z dalszymi historiami. Staje się ona silną bohaterką przez duże S.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to okładki, które co prawdą są bardzo miłe dla oka, ale nie mają wiele wspólnego z akcją poszczególnych zeszytów. Wygląda to tak jakby artyści okładek zrobili kilka-kilkanaście projektów, a później wydawcy wykorzystywali wszystkie po kolei. Dla przykładu, w czwartym zeszycie pojawia się Sonja walcząca z krokodylowatym stworem, owo monstrum nie pojawia się ani w ciągu akcji tego zeszytu, ani w ciągu całej pierwszej historii.

Na koniec zachęcam do zapoznania się z poniższym artem, który przedstawia ognistowłosą:

Red Sonja

Twórcą jest użytkownik SparkStudios ze strony DeviantArt

SparkStudios

To by było wszystko, jak na teraz. I widzimy się za parę dni!

Advertisements

Podróże po świecie Warhammera Fantasy, odcinek I

Dziś witam was w nowej serii, która ma na celu przybliżyć różne materiały ze świata popularnego “Młotka”. Omówienie owych materiałów będzie często skrótowe, jeśli będę chciał szerzej wypowiedzieć się na dany temat to będzie na to osobny wpis. Pośród nich znajdą się podręczniki do RPGów, przygody, kampanie, podręczniki armii do bitewniaków, powieści, opowiadania, zbiory opowiadań, magazyny, czy tzw. background books. Pojawiać się tu będą zarówno rzeczy oficjalne, jak i te wypuszczane drogą nieoficjalną, nieraz pisane przez amatorów.

Na początek jeszcze jedna rzecz. Wcześniej miałem do czynienia z częścią materiałów dostępny do Warhammera Fantasy Roleplay w drugiej edycji, mianowicie: Podręcznik do 2. Edycji Roleplaya, Dzieci Rogatego Szczura, Dziedzictwo Sigmara, Almanach Mistrza Gry, Niezbędnik Gracza, Splądrowane krypty, Bestiariusz Starego Świata, Księga Spaczenia. Póki co pominę je, pojawią się one  odcinku specjalnym, kiedy przeczytam je jeszcze raz – żal byłoby nie powiedzieć paru zdań o Księdze Spaczenia czy Dzieciach Rogatego Szczura. Przed właściwą treścią, ostatnia rzecz – bardziej interesuje mnie tzw. fluff (wszystko co związane, z fabułą, historią świata przedstawionego; reguły to rzecz drugorzędna, rzadko będę je wspominał, a i to jedynie w przypadku Roleplaya).

 

I. Background Books:

Tzw. background books to ani powieści, ani przygody, ani podręczniki. Mają na celu pokazanie szerszego tła uniwersum bez wdawania się w skomplikowane historie. Ich głównym odbiorcą są albo osoby, które są zainteresowane w ogólny kształt uniwersum, albo Mistrzowie Gry, jako że owe książki często zawierają krótkie historyjki, które z powodzeniem mogą służyć jako zaczepki przy tworzeniu różnorodnych przygód.

The Life of Sigmar: Being the Epic Tale of the Warrior-God Sigmar, and the Founding of The Empire; Matt Ralphs

Zacznę od rzeczy subiektywnie najgorszej, lecz nie pozbawionej potencjału. Żywot Sigmara to szereg historyjek z różnego kresu życia Sigmara – twórcy Imperium. Są tu opowieści o jego narodzinach, polowaniu, walkach z orkami, pojedynku z Nagashem, czy ostatecznym tajemniczym odejściu Cesarza Ludzi. Jako obiektywne źródło informacji nie sprawdza się zbyt dobrze – obecna jest propaganda. Nie jest również napisany najlepszym językiem.

Z racji tego, że jest to książka in-universe, czyli stylizowana jakby powstała wewnątrz uniwersum, napisana przez istotę z tego uniwersum, to można jej użyć w specyficzny sposób. Księga opisuje Sigmara jako nieskazitelnego człowieka – nawet przebiegłość jest u niego dobra. Z innych prac in-universe możemy dowiedzieć się, że faktycznie owa księga występuje w uniwersum. Jej ustępy mogą cytować kapłani Sigmara, czy różnego rodzaju fanatycy czy biczownicy. Mistrz Gry może również umiejętnie stworzyć nowe wydarzenia z życia Sigmara tak, by stylem odpowiadały owym. Lub legendy. Półprawdy. Dla dodania kolorytu.

Darkness Rising: A Complete History of the Storm of ChaosAnthony Reynolds, Phil Kelly 

W wielkim skrócie, książka jest nowelizacją istotnego eventu, który odbył się w Warhammerze Fantasy – Burzy Chaosu. Było z tym sporo zamieszania. O Burzy Chaosu będzie osobny wpis – o tym jak jest infantylna i ma badziewne zakończenie. Teraz jedynie przypomnę, że twórcy (GW) mają w ostatniej dekadzie talent do rozczarowywania fanów. Burza Chaosu nie zyskała wielu fanów (słusznie), ostatecznie została zretconowana i zastąpiona eventem znanym jako End Times (który podobnie nie zyskał sobie wielu fanów), a w konsekwencji powstało nowe uniwersum – Age of Sigmar, a Warhammer Fantasy został ostatecznie porzucony. Age of Sigmar również nie został najcieplej powitany.

Nowelizacja powstała już po evencie i próbowała naprawić niektóre dziury pierwotnej kampanii dodając więcej szczegółów. Jest pisana w formie dziennika badacza, który spisuje dzieje Burzy Chaosu i dzieje wydarzeń sprzed jej rozpoczęcia (autor był świadkiem chociażby Konklawe Światła czy wizji demona Be’lakora sprowadzonych na Ślepego Jaspera – byłego sigmarytę), oprócz formy dziennika mamy tuż wymianę listów między nim a jego synem Stefanem (który walczył wraz z wybrańcem Sigmara – Valtenem – przeciwko Archaonowi). Wszystko to napisane z nierówna jakością. O ile wydarzenia, które opisuję główny bohater Friederich trzymają się kupy, dają ciekawy pogląd na nastrój na terenie Imperium, którego wojna nie dotknęła, o tyle kwestia przygód Stefana i Valtena już tak dobra nie jest. Jedynie przypomnę, że to nie wina tych autorów, a bardziej Gavina Thorpe – osoby odpowiedzialnej za kampanię Burza Chaosu. Wszystko to uzupełnione jest licznymi ilustracjami, których część była już opubulikowana (choć w podręczniku do WFRP2), w klimat jednak wprowadzają wyśmienicie.

Blood on the Reik: A Journey Through the Old WorldMatthew Ralphs 

Jeśli Żywot Sigmar był najgorszą rzeczą, to Krew na Reiku jest rzeczą najlepszą. Nie mam za wiele do powiedzenia o tej pozycji.  Jest w niej mało tekstu, ale to nie tekst nie jest w niej najważniejszy. W książce zawarte są trzy rzeczy: 1) krótkie opisy mieszkańców, zawodów, profesji, ras, czy kultów; 2) Rysunki węglem typowych mieszkańców Imperium lub potworów zamieszkujących pobliskie rejony, tudzież obrazy przedstawiające albo legendy folkloru albo nadzwyczajne osobowości, które spotkał autor książki (in-universe); 3) krótkie notatki napisane przy rysunkach węglowych dotyczące wyglądu lub ubioru danych istot

Siła tej pozycji tkwi właśnie w tych grafikach, które jak przystało na Warhammera są mocno groteskowe i im dłużej się na nie patrzy tym bardziej ma się wrażenie, że mieszkańcy Imperium są nie w pełni zdrowi zmysłów. Wystarczy wspomnieć rybaków przechadzających się w rekinich skórach, Magistrów Magii przyodzianych w świecznik na głowie czy zakonnice Sigmare – dziewice odziane w kolce, łańcuchy i pas z czaszek. Przy obrazach legend zawsze mamy ciekawą, i często tragiczną historią. Wszystko otoczone czarnym humorem. Nie mogę nie polecić.

Liber Necris: The Book of Death in the Old WorldMarijan von Staufer

Liber Necris to natomiast pozycja, która nie jest zła, ale po przeczytaniu Krwi na Reiku spodziewałem się czegoś lepszego – i wcale nie chodzi tu obrazki (które są w tej książce dość…przerażające). Sądziłem, że w Księdze Śmierci znajdą się jakieś historyjki o mało znanych nekromantach, tudzież wampirach. W praktyce dostajemy traktat historyczny autorstwa Manfreda von Carsteina (in-universe), najbardziej ambitnego wampira w przededniu End Times, który opisuje historię Nehekhary, Nagasha, nekromancji i na końcu wampirów.

Temat raczej mniej znany więc można się tu sporo dowiedzieć. To historia walki ze śmiercią (poniekąd zwycięskiej), jednym z ciekawszy ustępów jest fragment gdzie Manfred zaczyna schodzić na tematy filozoficzno-egzystencjalne i wręcz śmieje się z ludzi z Imperium, z ich ignorancji względem natury śmierci i natury bogów. Stwierdza wprost, że ludzie traktują te rzeczy zbyt…idealistycznie i sprzecznie z naturą wszechświata. Jest też lepszym źródłem informacji od Żywotu Sigmara, jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej na temat walk Nagasha z Sigmarem. Godne polecenia.

II. Seria End Times:

Sigmar’s Blood; Phil Kelly

W teorii ta książka jest kampanią bitewną (są cztery bitwy), służy jednak też dodatkowo jako wstęp do End Times. W poprzednim tekście była mowa o Manfredzie von Carsteinie, tutaj jest głównym antagonistą. O ile w przypadku wersji z Burzą Chaosu Manfred w ostatniej chwili ratuje Imperium (lub przynajmniej tak jest to przedstawiane), to już w End Times prowadzi zakrojoną na szeroką skalę intrygę, której celem jest wskrzeszenie Nagasha (po raz kolejny).

Krew Sigmara opisuje jedynie pierwszą część intrygi, która na dodatek była prawie nieudana. Wysłany do Sylvanii Łowca Czarownic – Alberich von Korden – zaczyna mieć problemy z odróżnieniem dobra od zła, na miejscu odkrywa, że źle się dzieje w pastwie sylvańskim i podejrzewa, że Manfred powrócił (po jego rzekomej śmierci),  w międzyczasie agenci Manfreda wykradają Koronę Czarnoksięstwa z Altdorfu. Przywódca kultu Sigmara – Volkmar Ponury – wyrusza do Sylvani z krucjatą przeciwko Manfredowi i w celu odzyskania Korony. Nie miejscu wpada w pułapkę Manfreda. Co prawda von Kordenowi udaje się pokonać nekromantę Ghorsta wraz z jego Ścierwowozem, a sam Volkmar z pomocą  armii cesarstwa, sylvańskich ochotników, i magów Kolegium Światła udaje mu się wygrać parę bitew, acz ostatecznie przegrywa i zostaje porwany przez Manfreda i tym samym wampir włącza Czasy Ostateczne.

Całkiem nieźle napisane, przystępnym językiem i daje na więcej czegoś dobrego. Szkoda jedynie, że Volkmara zawsze musi spotkać zły los.

 

W następnym odcinku: kampania Ścieżki Przeklętych i pierwsza część kampanii Wróg Wewnętrzny!

Cykl książkowy #11 – Jad Lorda Foula

Z Jadem Lorda Foula miałem już do czynienia wcześniej. Pierwsze sporo rzeczy o nim słyszałem – część z nich była dobra, a część zła. Drugie, początkowo przeczytałem pierwsze 100 stron, musiałem jednak przerwać z powodu natłoku obowiązków. Ostatecznie książka okazała się interesująca, warta uwagi, i nie pozbawiona błędów.

Powieść opowiada historię Thomasa Covenanta, wyrzutka i osoby chorej na trąd, która ostatkami sił próbuje zachować człowieczeństwo wobec nieprzyjaznego mu świata zewnętrznego. Wszystko się zmienia kiedy zostaje potrącony przez radiowóz i w tajemniczych okolicznościach zostaje przeniesiony do Krainy – miejsca pełnego groteski i piękna, gdzie magia nie jest niczym nadzwyczajnym, a ludzie żyją zgodnie z naturą. Jakby tego było mało, w owej Krainie nikt nie zwraca uwagę na jego trąd, ludzie nagle stają się dla niego mili, a poprzez jego ułomność w postaci braku dwóch palców traktują jako wcielenie Bereka Półrękiego (bohatera Krainy) i w konsekwencji ich zbawcy przed tajemniczym bytem zwanym Lordem Foulem – uosobieniem Wzgardy.

Wątek psychologiczny to element, na którym owa książka się opiera. Bohater cały czas boryka się z samym sobą, traktują Krainę jako sen, stara się jedynie przetrwać pozbawiając się w procesie i własnej godności. Doświadczenie „trędowatości powodują, że nikomu nie ufa, nie pozwala sobie na żadne zbędne emocje (głównie widzimy jego wściekłość i chłód emocjonalny), jego tarczą obronną są drwiny. Główny bohater to klasyczny przypadek klasycznego łamania tropów dotyczących stereotypowego bohatera. Zamiast bycia odważnym i pewnym siebie jest tchórzliwy i ma niskie mniemanie o sobie.

Żeby i czytelnikowi nie było zbyt łatwo autor postanowił regularnie sporządzać mu potężne kopniaki w żołądek, kiedy Covenant znajduje się na „naszej Ziemi” pada ofiarą sugestii, że lepiej popełnić samobójstwo niż żyć w sposób w jaki on żyje”, natomiast w Krainie jego tchórzostwo i nieumiejętność podjęcia decyzji (nieważne czy byłaby ona dobra, czy też zła) prowadzą do frustracji i myślenia „podejmij w końcu tę decyzję do cholery!”. Zdecydowanie nie jest to książka dla ludzi, którzy oczekują lekkiej historyjki oraz eskapizmu.

Jak wspominałem na początku powieść nie jest pozbawiona błędów, skoncentrowanie się na psychologicznym aspekcie głównego bohatera spowodowało, że pozostałe elementy, głównie budowanie świata przedstawionego, zostały zaniedbane. Zostajemy zasypani szeregiem opisów, które powodują głównie skonsternowanie, część z nich (szczególnie nazwy geograficzne) nie zostały rozwinięte i pozostały puste. Fabuła sama w sobie również nie zaskakuje. Dialogami momentami są zbyt pretensjonalne.

Podsumowując, książka jest pozycją niezmiernie interesująca, ale i niedopracowaną. To powieść-droga opowiadająca o człowieku z mocno pogruchotaną psychiką, która milimetry dzielą od roztrzaskania na milion kawałeczków. Jeśli czytelnik jest w stanie przymknąć oko na jej wady, drastyczne sceny czy wręcz obrzydzenie względem protagonisty to nie widzę przeciwskazań by jej nie przeczytać. Trzeba pamiętać, że to książka niedoświadczonego jeszcze pisarza, z wszystkim konsekwencjami tego stanu rzeczy.

Cykl książkowy #5 – Drobna przysługa

Jeśli miałbym w dwóch słowach ocenić tę powieść, to powiedziałbym „wyśmienita rozrywka” lub też „rollercoaster emocji”.

To już dziesiąty tom cyklu o magu detektywie i od dawna powinien już nużyć, szczególnie że autor ciągle korzysta z tych samym schematów nieznacznie je tylko modyfikując, tak się jednak nie dzieje — ponownie Harry Dresden niechętnie przyjmuje zlecenie, dostaje oklep od „złych gości”, ale dzięki odpowiedniej dozie szczęścia i znajomości udaje mu się z tego wyjść cało.

Warto zwrócić uwagę na twórcze wykorzystanie baśni „O trzech koziołkach spryciołkach i trollu”, o której sam wcześniej nie słyszałem. Oprócz tego mamy tutaj naprawę dużo humoru i nie mniej akcji. Powraca większość znanych postaci, przyjaciół Harry’ego, a sami antagoniści fanom serii są już znani, a przynajmniej część z nich. W porównaniu do poprzednich części jest tu też więcej intryg, aż momentami często za nimi nadążyć. To na plus. Odkrywanych jest również więcej kart ze spisku, który dzieje się w czasie akcji cyklu, ale za kulisami książek i wygląda to coraz bardziej interesująco. Dodatkowo standardowy worldbuilding już nam dobrze znany, czyli dodawanie do każdej kolejnej powieści parę istot i idei wzbogacających świat przedstawiony.

Nie ma jednak róży bez kolców. Nie wszystko było tak dobre, jakie być powinno. Pierwsze 100-150 stron nie było takie dobre — wręcz przeciwnie, nudnawe i źle napisane. Zadawałem sobie wtedy pytanie. Czy to ten sam Jim Butcher? Czy to może nagły spadek formy? Ostatecznie pozostałe 450 stron dało radę. Autor oplótł czytelnika siecią emocji, od radości przez ekscytację a na smutku kończąc. Drugim elementem na minus były wątki romansowe, które nie zadziałały, tak jak powinny i przez to wydawały się dodane na siłę. Jest to chyba najpoważniejsza, najbardziej drastyczna, a przy okazji najlepsza część cyklu. Polecam, jeśli ktoś chce się dobrze bawić.

I na koniec pytanie, ile mamy czekać na kolejną część?

Raport nt. towarzysza Bolverka

Samotnia, 23 Ostatni Siew, 4E766

Podjąłem wiele działań, by wyjaśnić dzieje towarzysza Bolverka. Niestety…zawiodłem. Wszystkie informacje, jakie zdołaliśmy pozyskać, wydają się przynajmniej w części fałszywe. Każdy człowiek czy elf twierdzi co innego. Ich zeznania są wzajemnie sprzeczne. W poszczególnych wersjach Bolverk ubiera się w inny sposób, nie mówiąc o różnych wersjach wydarzeń. Starałem się jednak oddzielić prawdę od fałszu, mity od rzeczywistości i doszedłem do poniższych wniosków.

Matka Bolverka zginęła w połogu, ojciec 12 lat później. Źródła wspominają o pijatyce, a historia wydaje się po stronie gigantycznego Norda. To jego ojciec, Vikar Hundisson miał zacząć bójkę i polec z ręki własnego syna. Nie ma dowodów, że było inaczej. Natomiast kilka relacji wspomina o nienawiści i pogardzie Bolverka wobec ojca. Czy mógł go sprowokować i zabić? Nie mogę tego wykluczyć. Gdzie leży prawda?

Po tych wydarzeniach został wyrzucony z domu w Rzecznej Puszczy, rozpoczął życie w podróży niczym nomada, razem z innymi sierotami i dezerterami. O tym okresie niewiele wiem, ci „łachmaniarze” rzadko odwiedzali wioski, większość życia spędzali na rozdrożach. Jedynym świadectwem są relacje o incydentach na obrzeżach wiosek, w ich pobliżu znajdowane odcięte palce, dłonie, a czasami nawet ciała.

Wiele lat później, kiedy ruch łachmaniarski zaczął słabnąć, zaczęły docierać bardziej szczegółowe. Łachmaniarze zostali ponownie włączeni w krąg cywilizacji. Podczas tego powolnego procesu część ludzi zaczęła opowiadać o nieznanych dotychczas informacjach. Co ważne, kilkunastu z nich miało do czynienia z Bolverkiem. Zrobił na nich nieprzyjemne wrażenie. Był zimny, obmierzły i skory do brutalności. A przy okazji użyteczny. Miał zmysł do polowania.

Z tych wszystkich opowieści na czoło wysuwa się jedna. Mimo swej natury Bolverk nawiązał zażyłe stosunki z grupą pięciu ludzi. Były wśród nich dwie kobiety: Jytte Iorundottir ze Smoczymostu i Lysabeth Bellamont z Alcaire; oraz trzech mężczyzn: Hararik Jobjornsson z Morthal, Jarnot Lirrian z Dunlain i Tels Veleth z Pelagiad. Przez niemal rok cała szóstka była przyjaciółmi, wspierali się.

Niestety, w pewnym momencie historie się urywają, z relacji późniejszych towarzyszy doli Bolverka wynika, że postanowili go upokorzyć, doprowadzić do wychłodzenia jego organizmu i w konsekwencji śmierci. Z jakich powodów? Tego nie wiem. Już ich nie zapytamy. Dawno temu zostali pochowani w bezimiennej mogile. Sama opowieść o ich zdradzie pochodzi z ust Bolverka, może coś ukrywa?

Kolejne wydarzenia podaje w wątpliwość. Szczególnie historię o niedźwiedziu. Wykracza ona poza zrozumienie. Nie jest możliwa. Lud ją wymyślił, by usprawiedliwić jego niezwykłą, lecz naturalną „podróż-walkę” – fizyczną i duchową — z „potworem zimy”.

Przez następne 6 lat o samym Bolverku słychać niewiele. Można utożsamiać go z tzw. Rzeźnikiem z Lasu — bandycie napadającym na zbłąkanych wędrowców i osłabione karawany. Wbrew obiegowej opinii nie poddał się on dobrowolnie, został złapany, uwięziony i poddany procesowi. Wyrokiem było 20 lat w rygorystycznym więzieniu w Falkreath. Odbył jedynie trzy.

Po trzech latach wybuchła Wojna Dwóch Królów. Bolverk został włączony do armii i szybko mianowano dowódcą komanda Gjalda. Komanda typu Gjalda są formacją odwetową, silną i szybką — stworzoną do potyczek, nie bitew. Odniósł wiele sukcesów, mówią o tym źródła z jednej, i z drugiej strony. Jego zwycięstwom towarzyszyła nieposkromiona brutalność. Zarówno jego, jak i jego towarzyszy.

Ważnym wydarzeniem w wojnie było nadanie dowództwa Bolverkowi. Przebywał on w Bieli, razem z innymi szeregowymi żołnierzami. Odbywało się tu zebranie norskich dowódców i poradzenie się u Wiedźmy Wojny. Przewidziała im zwycięstwo za wielką cenę i tylko jeśli Bolverk zostanie oficerem. Jakkolwiek ocenisz tę historię, jakkolwiek oceniasz wizje i przepowiednie, to tak się właśnie stało. Sama o tym wiesz. Bolverk stanął po stronie Nordów i Nordowie wygrali.

Wiele osób zginęło z ręki jego i jego ludzi. Elfy, ludzie, khajici, a nawet argonianie. Z tego okresu pochodzą relacje, które znacząco zmieniają obraz Bolverka. Mimo że dowodził swoimi ludźmi to w kompanii wszyscy byli równi. Często z nimi rozmawiał i ucztował. Udokumentowane są jego ekscesy z kuflami. Miał w zwyczaju rozbijać go na głowach swoich towarzyszy. Robił to z taką siłą, że niektórzy z nich tracili przytomność. Jest możliwe, że chwile, które przeżywał w komandzie Gjalda były pierwszym przeżyciem gdzie był prawdziwie szczęśliwy. Poniżej zamieszczam listę dziesięciu jego najlepszych przyjaciół z tego okresu. Wierzę, że część z nich już złożyła akces do twojej organizacji. Zważ na to, że trzech ostatnich było kiedyś kapitanami innych komand — kolejno Mein, Skrípi i Auðigr.

Przyjaciele Bolverka:

  • Bersi Runolfsson
  • Ingmar Jensen
  • Fjolvar Carstensen
  • Rugga Losnedahl
  • Bracia Thorvald i Tumi Lager
  • Skjor Asketillsson
  • Ivar Nikolajsen
  • Sibbi Mårdh
  • Narfi Øster

Jeśli mianowanie Bolverka dowódcą poczytujesz za wydarzenie ważne to musisz przyjrzeć się bitwie o Dushnikh Yal. Do tej pory Bolverk już zyskał szacunek pośród żołnierzy spoza komanda, wygrał niezliczoną ilość potyczek, tracił niewielu ludzi, ale ta bitwa zdecydowała o jego sławie pośród ludu. Siły Nordów zostały okrążone w pobliżu orkowej twierdzy. Orkowie udzielili im schronienia w zamian za ustępstwa dla ich enklawy. Walczyli razem, ramie w ramię, ludzie i orkowie. Przeciwko innym ludziom. Bretonom. Tego dnia zginął król Harald, przeszyty strzałą. Rada Wojenna przyznała Bolverkowi tymczasowe dowództwo, na czas bitwy. Wyprowadził on część sił z fortecy tylnym wyjściem. Chciał uderzyć ich tyły. Obronę twierdzy i odpowiednie przyjęcie głównej siły ataku wroga powierzył Sibbiemu Mårdh. Manewr Bolverka się udał, kiedy Bretoni byli zajęciem szturmowaniem muru nasz obiekt zainteresowania jednocześnie podpalił ich namioty i zaatakował siły wroga. Wpadł w berserkerski szał, nikt nie był w stanie go powstrzymać. Kiedy bitwa się skończyła, znaleźli go, ociekającego krwią, wydawał dziwne dźwięki. Śmiał się i płakał. Ogłosili go bohaterem.

Kiedy działania wojenne ucichły, w starym forcie, niedaleko Hrothgaru, znaleziono pięć zmasakrowanych ciał. Po wojnie Skyrim było w chaosie, dopiero wyłaniał się nowy rząd, jednak znalazła się ekipa śledcza, która zdołała zająć się tą sprawą i rozpoznać ofiary. Były tam dwie kobiety i trzech mężczyzn. Jytte, Lysabeth, Hararik, Jarnot i Tels. Pięć osób, pięciu dawnych przyjaciół Bolverka. Według znanych mi źródeł Bolverk porwał ich, jednego po drugim, i zaciągnął do fortu. Opiekę nad nimi powierzył Ivarowi Nikolajsenowi. Oficjalnie zaginęli na polach bitewnych. Nikt ich nie szukał, nie mieli rodzin, a przyjaciółmi byli dla samych siebie. Zebrawszy wszystkich, odesłał Ivara do rodziny, a on sam urządził miejsce kaźni. Torturował ich, łamał im palce, wyłamywał zęby, wypalał znamiona rozżarzonym do białości prętem, Jytte oskórował. Co zrobiła mu biedna Jytte? Za zbrodnie nie odpowiedział, nie miał kto go osądzić i pozyskał ochronę wdzięcznego mu społeczeństwa.

Po wojnie Bolverk zyskał dużą sławę i uwielbienie ludu. Pewnie i w tej chwili w karczmach piją jego zdrowie. On sam nie poprzestał wpływać na Skyrim po wojnie. Stworzył sektę, tzw. Synów Bolverka, istnieją również jego Córy, lecz są znacznie mniej liczne. Jego akolici szkolą się w koncentracji, zespoleniu z naturą i wyciszeniu. To ruch filozoficzny. Członków można rozpoznać po charakterystycznych hełmach z jelenimi rogami.

Prowadzę dalsze badania nad losami Bolverka, tak jak sobie życzysz. Dokument wysyłam do twierdzy i liczę na odpowiedź. Niech szczęście sprzyja ci w bitwie i poza nią, Lady Oskario.

Z poważaniem Lorenz Dyne

Cykl książkowy #4 – Na glinianych nogach

Tekst został pierwotnie opublikowany 12.04.2017r.

To rzeczy w które wierzysz czynią cię człowiekiem.

Powieść Na glinianych nogach to trzecia część cyklu o Straży Miejskiej osadzonej w Świecie Dysku (konkretnie miasto Ankh-Morpork) napisanej przez śp. Terry’ego Pratchetta. Sama książka nieco różni się od poprzednich części, nie jest aż tak śmieszna (mamy tu mniej żartów sytuacyjnych) natomiast posiada więcej treści, a sama intryga jest mniej oczywista.

W mieście szaleje morderca, ginie dwóch staruszków, ktoś próbuje otruć Patrycjusza, a Samuel Vimes, teraz już Sir Samuel Vimes, uczy się jak obywać wśród wyższych elit, natomiast do Straży Miejskiej dołącza nowy rekrut.

Po raz kolejny i trzeci z rzędu mamy do czynienia z kryminałem fantasy, tym razem jednak tajemnica jest utrzymywana dłużej. Poszczególni członkowie naszej niezwyciężonej i jakże majestatycznej Straży Miejskiej rozwiązuje poszczególne elementy układanki lecz cały sens intrygi utrzymywany jest w cieniu do samego końca. poznajemy przeszłość Vimesa, która z części na cześć staje się coraz bardziej skomplikowanym przypadkiem.

Ponownie powraca problem władzy, wątki arystokracji i gildii są szerzej rozwijane, a w ich intrygi zostają wplatani zarówno Komendant Straży, jak i jego “mniejsi”podkomendni. Będąc przy podkomendnych, nadmienię, że do Straży dołączą nowy rekrut – krasnolud Cudo Tyłeczek, który jest dobrą zabawą (chociaż występuje tu głównie humor słowny) z tropami dotyczącymi płciowości tych właśnie małych istot oraz pewien ateista który wygłasza całkiem dobre argumenty natury teologicznej.

W tej części humor nie jest już tak wszechobecny jak w dwóch pozostałych, opiera się w znacznej mierze na dialogach i humorze słownym, mniej jest tu humoru sytuacyjnego. W tej części ważniejsza była intryga co nie znaczy, że nie było co najmniej kilku sytuacji gdzie można było się śmiać szczerym śmiechem.

Podsumowując, warto przeczytać. Jeśli lubisz książki Pratchetta to się nie zawiedziesz.

Cykl książkowy #3 – Zbrojni

Pierwotny tekst został opublikowany 01.04.2017r.

Jednak patrycjusz dosyć lubił ogrody — na swój spokojny sposób. Miał pewne poglądy na temat umysłowości większej części rodzaju ludzkiego i ogrody sprawiały, że uznawał je za w pełni uzasadnione.

Powieść Zbrojni to druga część cyklu o Straży Miejskiej osadzonej w Świecie Dysku (konkretnie miasto Ankh-Morpork) napisanej przez śp. Terry’ego Pratchetta. W mojej opinii znacznie lepsza od części pierwszej.

Z okładki bije mocno kiczowaty klimat fantasy, i akurat do tej serii pasuje to idealnie, i nie powoduje “złego” śmiechu.

Obecny Kapitan Straży (Samuel Vimes) ma w ciągu dwóch dni odejść na emeryturę i zacząć życie w cywilu wraz ze swoją nową wybranką, Straż Miejska ma za zadanie pozyskać nowych rekrutów, którzy będą reprezentowali różnorodne grupy etniczne, a przez miasto przechodzi fala nielicencjonowanych morderstw.

W Zbrojnych czytelnik ma okazję poznać szereg nowych postaci, oprócz antagonistów poznawanych w iście kryminalny sposób (podobnie jak poprzednio), poznajemy nowych funkcjonariuszy Straży: Cuddy’ego (rodowity krasnolud), Detrytusa (troll, czyli kupa kamieni) i Anguę (kobietę, która skrywa mroczny sekret). Szybko moim faworytem stał się Detrytus, który jest prowokatorem wielu śmiesznych sytuacji, sam często zachowuje się jak “głupi troll”, ale przy okazji może być też piekielnie inteligentny.

W powieści występuje lekkie przeniesienie narracji. Główny bohater poprzedniej części, Samuel Vimes występuje okazjonalnie, kiedy tylko to się zdarza zwraca na siebie sporą uwagę – jego słowno-moralne pojedynki z Patrycjuszem i alkoholowe przemyślenia mocno zapadają w pamięć. Narracja skupia na kapralu Marchewie (wyimaginowanym krasnoludzie), poznajemy go dokładniej, on sam wydoroślał i jest ofiarą wielu ciekawych wątków.

Humor ponownie nie zawodzi, problemy filozoficzne i etycznie ponownie zakute są w iście slapstickowy humor, którego nie sposób nie docenić. Dialogi zapadają w pamięć, mamy też całkiem sporo żartów sytuacyjnych, których jednak nie zdradzę, byście sami mogli je odkryć.

Na przestrzeni akcji Zbrojnych lepiej poznajemy miasto, mamy do czynienia z nieumarłymi, Gildią Błaznów, Gildią Skrytobójcy czy też Psią Gildią. Bohaterowie czasami zapuszczają się w czasy zamierzchłe, do czasów królów, jako iż Pratchett ponownie podejmuje motyw władzy i wychodzi z niego obronną ręką. Jest tu sporo akcji – mamy do czynienia z wydarzeniami, które znacząco wpływają na Miasto, ale też zadecydują o przyszłości Straży Miejskiej.

Jednakże głównym czynnikiem dla, którego ta część cyklu podoba mi się bardziej od poprzedniej to fakt, że jest bardziej dramatyczna. Niebezpieczeństwo realnie zagraża bohaterom (mimo, że jest one traktowane w bardzo lekki sposób), relacje między poszczególnymi bohaterami znacząco się rozwijają. Czytelnik jednocześnie może się śmiać i wzruszać.

Wszystkie te elementy składowe zbierają się na bardzo dobrą książkę, którą poleciłbym każdemu. Rozweseli ona nawet największego smutasa i ponuraka na Ziemi. Obok niej nie można przejść obojętnie. Na dodatek jest ona bardzo aktualna, gdyż parodiuje obecne zidiocenie dotyczące wszelkich parytetów i zarazem jest bardzo szczerze-tolerancyjna sama w sobie.