Co za dużo, to niezdrowo – recenzja filmu Portal autorstwa Dextrona27

Powracam z następną recenzją machinimy! Kto się cieszy, ten się cieszy, a kto się nie cieszy, ten się nie cieszy. Podczas pisania ostatniej recenzji (która była dobrze przyjęta przez kilka osób, choć nie przez twórcę recenzowanego utworu) powiedziałem sobie – nie będę tworzył recenzji utworów, które nie mają zamkniętej fabuły lub są zbyt krótkie, dolnym limitem miało być 15 minut. I nagle piszę recenzję niespełna 8-minutowego filmu? Czuję, że muszę to wyjaśnić. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze jestem fanem horroru, choć bardziej literackiego, z zakresu weird fiction i horroru filozoficznego, ale Portal nie jest pierwszą próbą stworzenia horroru przez Dextrona, a nie było wielu rozbudowanych opinii na temat tych prób. Z tym wiążę się też druga rzecz, czyli chęć przekazania szerszej opinii dla ludzi z potencjałem, a Dextrona uważam za takiego człowieka. Oczywiście tym sposobem narażam się na atak na własną osobę, jak było w przypadku GPO czy Sanda, acz jestem w stanie to przeżyć.

Risen – Portal

Dziś krótko, bo i film krótki. Portal jest filmem osadzonym na szczątkowej fabule. Nie powinno to dziwić w przypadku tego gatunku. Bohater znajduje się na statku, który zaginął pośród mgły i protagonista przeżywa tam różne zaskakujące sytuacje, wypija napój, które sprowadza na niego koszmary. I tak to się toczy. Jedyne czego jesteśmy pewni, to fakt, że w pewnym momencie bohater spożywa napój, który sprowadził na niego szereg snów, które oglądamy w toku całego filmu. Reszta pozostaje domysłem. Jednak i tutaj mam pewne wątpliwości odnośnie tego co widać na ekranie. Nic nie zdaje się być takim, jakim jest przedstawiane.

Największym zarzutem dla tego filmu jest próba wrzucenia do niego rozmaitego typu “straszaków” i oczekiwanie, że na tak krótkiej przestrzeni czasowej wszystkie zadziałają. Więc mamy tu popularne w kinach jump scare’y, troszkę grozy opartej na przerażających potworach, nieco gęstej atmosfery osamotnienia i nadciągającej śmierci, a jeszcze inne elementy przypominają tzw. ghost story. Kiedy próbuje się używać tak wielu technik w tak zbitej formie to nie może wyjść z tego coś dobrego. Film upada pod własnym ciężarem. W połączeniu z mało przejrzystą fabuła, która do niczego nie zmierza i jest niezrozumiała oraz pozbawiona kontekstu powoduje, że widz odczuwa głównie zdezorientowanie – od początku aż do samego końca.

Film nie przypomina zamkniętej historii, a pewien misz-masz zupełnie nie powiązanych ze sobą elementów. Zupełnie jakby autor wpadł na kilka pomysłów, które uznał za dobre i postanowił je ze sobą połączyć. Poszczególne elementy nie zostały jednak poddane krytycznej analizie, tak samo jak i owej analizie nie został poddany film jako całość, przez co został pozbawiony unikalnego charakteru. Kwestia tempa czy impetu nie została zauważona przez twórcę. Owe elementy mocno tutaj kulały.

Mimo tych uchybień film nadal oglądało się całkiem dobrze. Muzyka była dobrze dobrana, budowała odpowiednią atmosferę, dubbing był na tyle przyzwoity, że nie przeszkadzał. I tutaj chciałbym się skoncentrować na jednej dodatkowej rzeczy. Widziałem, że autorowi zarzucało się, że nie ma korelacji między słowami bohatera, a akcją na ekranie. Przykładowo w pewnym momencie filmu bohater przechodzi przez pomieszczenie pełne tusz mięsnych, a dwie minuty później stwierdza, że na statku nie ma żadnego pożywienia. Pierwsza myśl? Błąd reżysera. Jednak może jest z tego inne wyjście! Jak wcześniej wspominałem autor zmienia bardzo szybko techniki prowadzenia historii i wprowadzania elementów grozy, co jak rozumiem jest efektem tego, że nie mamy do czynienia z jednym snem, a z wieloma – wypijanie napoju jest również snem. Wszystko jest snem. To lepiej tłumaczy zmiany w stylu, które jednak nadal są zbyt gwałtowne i zbyt częste. W przypadku takiego rozwiązania wynika, że ze scenariusza wypadło co najmniej kilka stron, a widz musi błąkać się po omacku. Po seansie nie wyjdzie ani zadowolony, ani przestraszony, ani oczyszczony.

Dextronowi życzę, by nadal kierował swoją twórczość w tę stronę. Niewiele mamy horrorów w polskiej machinimie, tym mniej dobrze zrealizowanych. Potrzebne  będzie lepsze wyważenie, zadbanie o odpowiednio tempo utworu, tak by widz mógł poczuć się zainteresowany jego filmem.

Advertisements

Cykl machinimowy #10 – Cały tydzień czekałem na deszcz

Tekst został pierwotnie opublikowany 29.03.2017r.

O Deszczowym tygodniu warto rozmawiać. Czymże jest? To krótki thriller machinimowy autorstwa Lestera561, umieszczony w uniwersum Gothica i rzekomo oparty na prawdziwych faktach. W to ostatnie jednak, bardzo ciężko uwierzyć.

Gothic – Deszczowy tydzień

Fabuła prezentuje się następująco:  seryjny morderca kobiet zostaje uniewinniony, bohater, który wrzucił go za kratki niemożebnie się wkurwia, w nocy ma koszmary, zaczyna padać deszcz, a  na następny dzień rozpoczynają się morderstwa, które maja nas doprowadzić do Niesamowitej Rewelacji. Niestety, jak to zwykle bywa, przyzwoity pomysł szybko pada “na glebę”, scenariusz łamie się pod własnym ciężarem, szybo pojawiają się sprzeczności i zagadkowe decyzje scenarzysty, a samo wykonanie nie jest na tyle dobry by to przysłonić. Prawdę mówiąc to ono jest najwyżej przeciętne, z kiepskimi momentami.

Bohaterów mamy niewielu, historia głównie opiera wokół kapitana Straży i jego pomocnika. Mamy też parę pobocznych postaci. Kapitan Straży Miejskiej, Walter – to figura buca i wiecznie wydzierającego się agresora do którego w żaden sposób nie można pałać sympatią. Pomocnik czy też jego podwładny to jakiś młodzieniec (Młody), który nie potrafi się postawić, i przez cały okres filmu jest mocno nijaki. Tak naprawdę nie ma powodu byśmy się zainteresowali tą historią. Nie ma tu ciekawych bohaterów ani dogłębnej analizy psychologicznej.

Film jest niemal przeciwnością realizmu. Kapitan Straży podczas śledztwa podpala miasto, grozi obywatelom bronią, okrada z ich dobytku, a w późniejszej części filmu rzuca się z pięściami na swojego podwładnego nieomal go zabijając. Oczywiście (jakżeby inaczej) nie czekają go żadne reperkusje ze strony swoich przełożonych. A to oczywiście nie wszystko. Problemy szczególnie ma końcowa faza filmu, lecz o tym nieco później.

Reżyser zamiast pokazać nam spiralę wydarzeń, która doprowadziła do szaleństwa bohatera pokazuje nam, że był on zawsze taki sam – spłaszcza jego charakter i dodaje krzyki. A to wielka szkoda. Zapadanie w szaleństwo może być interesującym motywem o ile dobrze wykonane. Tutaj jednak zostało tak uproszczone by zmieściło się już  w i tak bardzo ograniczone ramy czasowe filmu. Brakuje też ukazania motywacji pierwszego mordercy.

Montażowo nie było najlepiej – zwróciłbym jednak uwagę na dwie sceny. Pierwsza: scena snu – moment ukrzyżowanymi kobietami i rzeźnikiem. Druga: scena pościgu po dachach w drugiej połowie filmu. Obie sceny mają wspólny mianownik – zostały zmontowano w ten sposób, że sceny na pozór dramatyczne nie powodują żadnych innych emocji jak tylko śmiech, a to duży problem. Odczuwam pewien dysonans przy jakości dialogów: są dobre,  są i złe. Dodatkowo postać Waltera – mimo, że Walter miał dubbingera, który ma niezłą jakość mikrofonu i jakieś tam umiejętności aktorskie to ciągłe darcie mordy zepsuło tę postać.

“Ciekawym” aspektem jest również postać żony (Matylda), jest to najprawdopodobniej najbardziej irracjonalny wątek. Poznajemy ją zrzędzącą, że małżonek będzie jadł wychłodzoną zupę, i z każdym kolejnym dialogiem narzeka, a widza irytuje coraz bardziej. Aż w końcu trafia do aresztu za to, że jest czarna, yyyy, znaczy dlatego, żeby była bezpieczna. W celi spotyka ją los który pozwoli jej rozmyślać nad sprawami ostatecznymi, i ostatecznie będzie mogła pogodzić się ze śmiercią za pomocą noża lub innego podobnego narzędzia. I mam z tym wątkiem dwa problemy. Po pierwsze – skąd kobieta miała nóż w celi, przed wprowadzeniem do celi powinny istnieć stosowne procedury – rewizja, która udaremniłaby wszelkie próby zrobienia sobie krzywdy. Niczego takiego nie ma. Druga kwestia to rzekome znęcanie się nad jej osobą przez męża – czy w jej pierwszej scenie czasem nie widzimy jak ona go do tego podjudza? Niezły masochizm.

Prawda jest taka że największe rozczarowanie miałem przy finale. Rozumiem mechanizmy Wielkiej Rewelacji i jak działa Zwrot Akcji Którego Się Nie Spodziewaliście, i tak, często może doprowadzić ono do racjonalnego “mindfucka” u widza, tutaj to jednak nie następuję. Widz dostaje porcję informacji, której nie był w stanie odczytać wcześniej. Albo jej nie było, albo została źle przedstawiona. Dlatego nie mógł się tego spodziewać, a nie do końca o to chodzi w takich zwrotach akcji. Jest to wymuszone i nielogiczne. Były to sceny z kategorii “powiedz, nie pokazuj”.  I nawet jeśli przyjmiemy że faktycznie tak mogło być, to i tak, jeśli cofniemy się do wcześniejszej połowy filmu to odkryjemy, że teraz zachowanie podwładnego jest zupełnie pozbawione sensu. Potencjał symboliki ciągłej ulewy również nie został należycie wykorzystany.

Na koniec dwa słowa o epilogu. Młody nie przyprowadził kapitana przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, a dokonał z kumplami samosądu. I za to dostał awans na kapitana? Lekko nietypowe. I to zakończenie. Historia się powtarza? Ironia losu? Nie możemy też zapomnieć o symbolice pustej butelki po winie.

Podsumowując, dostajemy toporny i nieprzemyślany film. Zbyt krótki i jednocześnie o zbyt wysokim tempie akcji. Do samego dzieła wrzucona jest masa rzeczy, która nie została nigdzie wytłumaczona. Kolejne sekwencje wydarzeń są sprzeczne wobec siebie. Zbyt wiele tutaj nie współgrało ze sobą by można było to nazwać dobrym czy też przyzwoitym filmem.

Cykl machinimowy #9 – Ziemia Niczyja

Tekst został pierwotnie opublikowany 31.08.2016r.

Powracam po niedługim okresie czasu, i myślę, że można proces pisania recenzji przyśpieszyć. Powinno się więc pojawiać więcej wpisów.

W miniony weekend obejrzałem film, a raczej pierwszy odcinek serialu Ziemia Niczyja, autorstwa Billy Machinima. Z tym reżyserem machinimy miałem do czynienia wcześniej, a raczej miałem zamiar mieć z do czynienia podczas teoretycznej recenzji serialu Dynastia. Niestety, po krótkim śledztwie,  dowiedziałem się, że brakuje odcinków, więc nie mogę poznać rozmaitych procesów, wątków przyczyno-skutkowych, skutkiem więc była rezygnacja.

Ziemia Niczyja Epizod I

Sam serial Ziemia Niczyja “wpadł w me oczy” z polecenia. Zwykle nie oceniam serialów jeśli nie są one ukończone, ponieważ nie widzą ich ostatecznej formy. W perspektywie całego serialu wątki mogą być czymś innym niż w jednym odcinku, nie sposób ocenić tematu filmu, schematów czy tropów.

Jednakże stwierdziłem, że podejmę pewną próbę. Został wydany zaledwie jeden odcinek, więc o recenzji czy rzetelnej ocenie nie ma tu absolutnie żadnej mowy. Pokrótce opisze jedynie moje wrażenie, moje nadzieje na to co się może z tymże serialem stać. Zamykając wstęp powiem, że machinima oparta jest na silniku gry Gothic II.

Reżyser serialu przenosi nas w nieznany setting, nie znamy miejsca ani czasu akcji. Lecz wydaje się on być podobny do Gothica, nieco brutalniejszy – czasami niepotrzebnie.

Stwierdzenie, że “technicznie film nie stoi na wysokim poziomie” to duże niedopowiedzenie. Ujęcia nie są zachwycające, zdarzają się nietypowe i “drżące” ruchy kamerą, aktorzy często mieli kiepskie mikrofony i kilku momentach solidnie zawalili przedstawianie roli i emocji. To właśnie dubbing jest najgorszą warstwą i stanowi spory rozbrat z innymi elementami filmu. Muzyka też jest nieco za głośna i próbuje nad wyraz natarczywie stworzyć sobą klimat poszczególnych scen.

Akcja filmu przenosi nas na wyspę, lub miasteczko portowe, gdzie poznamy kilku bohaterów, których losy się wzajemnie przeplatają. Są bracia – ambitny urzędnik, który zabiera farmerowi ziemie z racji tego, że ten nie płaci od roku podatków oraz wyważony i doświadczony kapitan lokalnej straży.  Jest skazaniec, morderca, który czeka na wyrok. I rodzina farmerów z nadpobudliwym synem, którzy po utracie majątku ziemskiego, szukają sposobu na rozpoczęcie nowego życia.

Urzędnik – figura ambitnego gościa, który zrobi wszystko by piąć się wyżej, podstępny i śliski typ, na dodatek tchórz

Kapitan – brat urzędnika, ćwiczy swoich żołnierzy, i przy okazji traktuje ich (a przynajmniej jednego z nich) bardzo nieuprzejmie, jak rozumiem stanowi również swego rodzaju eskortę więźnia, ciężko go polubić

Morderca – prawdopodobnie najnudniejsza z postaci. Z tego co pamiętam zabił dwie osoby, i wiozą go  gdzieś , by wymierzyć mu karę. Płaski i wykłada ekspozycję swojego charakteru i historii w ordynarny sposób.

Farmerzy – małżeństwo jest spoko, po utracie farmy podejmują decyzję o wyjeździe w kierunku lepszego życia, gorzej z ich synem, jest irytujący i bardziej dziecinny niż Kylo Ren w Przebudzeniu Mocy (patrz: wybuchy złości)

Wiarygodnym przedstawieniu charakterów postaci nie pomagają dialogi, które mogłyby zostać znacznie poprawione. Natomiast to, co chciałem pochwalić, i chciałbym by było kontynuowane w przyszłości – relacje między bohaterami, które się rozwijają oraz zacieśnianie wątków miedzy nimi. Jeśli autor pójdzie w tę stronę, poprawi dialogi i technikalia to może wyjść z tego niezłe filmidło, czego mu życzę.

Jest tu potencjał, ale czy zostanie on choć w części wykorzystany? Zobaczymy.

Cykl machinimowy #8 – Powrót Zwiadowcy

Tekst pierwotnie został opublikowany 18.08.2016r.

Na moim blogu od bardzo długiego czasu nie pojawiała się żadna “recka”, mówiąc ściślej od ośmiu miesięcy. Obecnie podejmuję działania, które mają na celu rozruszanie kanału i bloga, więc wracam do recenzji.

Dzisiaj lub wczoraj (w zależności od tego jak szybko ukończę pisać ten wpis) obejrzałem Powrót Zwiadowcy, film zrealizowany na silniku gry Oblivion przez Pgrusa i MrObekfula, wspólnymi siłami. Są to reżyserzy, jedyni w swoim rodzaju, którzy przedstawiają całkiem inny sposób przedstawiania historii (szczególnie MrObekful) i chwała im za to.

Oblivion(MACHINIMA): Powrót Zwiadowcy (Lektor PL)

Na początku jeszcze wspomnę o jednym. Nie będzie to długi wpis. Film nie jest przesadnie długi, a sporą jego część zajmują walki, co nie znaczy, że jest to nudny seans – nuży jedynie jeden fragment o, którym wspomnę później.

Sama historia opowiada o losów zwiadowcy, który musi dowiedzieć się gdzie zaatakuje despotyczne Imperium i wrócić ostrzec rebeliantów, by ci mieli szansę wygrać wojnę. Wydaje się proste i takie jest. W całym filmie zresztą niewiele zwraca się na wątek Imperium, nie ma tu żadnych zabiegów politycznych. Liczy się jedynie zwiadowca i jego misja. I tutaj się przejawia bardzo ważna kwestia. Coś co Fryderyk Nietzsche nazywał dionizyjskim żywiołem, żywioł artystyczny pozbawiony harmonii. Takiego żywiołu nie da się w żaden sposób zmierzyć, więc można się kłócić, że większość akcji nie ma sensu, ale to nieprawda. Fabuła idzie naturalnym torem, nie ma dziur, a jedynie jest irracjonalna. Twórcy filmu robią co chcą, bo to mogą. To właśnie irracjonalizm i wyobcowanie są głównymi cechami filmu.

Irracjonalizm – bo jak inaczej nazwać działania antagonisty, który w jednej scenie nasyła całą swoją ekipę na tytułowego zwiadowca, a ten walczy w samych dżinsach, ciska błyskawicami, zrzuca kamienne lawiny. W innej scenie antagonista przyzywa 3! razy stado goblinów, a kocurek (którym jest zwiadowcą) nawala się z nimi gołymi rękoma! Nie musimy jednak szukać daleko. Na początku filmu protagonista przelatuje przez portal, biegnie naprzód potyka się na skale i zsuwa w dół niemal nieprzytomny. o przeczy zwyczajności i zdrowemu rozsądkowi.

Wyobcowanie – myślę, że tutaj warto przywołać scenę kiedy zwiadowca spotyka swoją nimfę, syrenę, która pomaga mu się zrelaksować. Rzecz się dzieje po tym jak protagonista porządnie oberwał i być może to majaki. Relaks kończy się w nieprzyjemny sposób choć widz, nie wie co się stało a może się jedynie domyślać. Tak czy inaczej kot musi się wycofać do jaskini na brzegu, której jego wybranka zostaje poddana dziwnej transformacji. Temat nie zostaje już więcej podjęty. Nie wiemy czy to faktycznie halucynacje czy nie. Ten fragment mocno izoluje widza od akcji, jako, że ten nie wie co o tym myśleć.

W porównaniu do poprzednik filmów MrObekfula jest tu lepsze wykonanie techniczne, współpraca wyszła na dobre, ogląda się to przyjemnie, gdzie te starsze filmy były bardziej toporne. Wcześniej wspominałem, że jeden z fragmentów mnie nużył. I tak było. Główna bitwa. Wynikało to z tego, że nie za bardzo wiedziałem o co tam chodzi i mi to bardziej przypominało losowe “urywki bitewne”. Sam film jednak warto obejrzeć.

Cykl machinimowy #7 – Czas pogardy? (dodać link i miniaturę)

Tekst został pierwotne opublikowany 29.12.2015r.

Gothic – Czas pogardy Odcinek 1

Gothic – Czas pogardy Odcinek 2

Gothic – Czas pogardy Odcinek 3

Na mój warsztat dzisiaj wezmę poważny film machinimowy “Czas pogardy”. Film został stworzony przez XardasFilmStudio i stanowi niemal półgodzinną historię. Słowami wstępu wspomnę tylko, że film mnie zaskoczył, przekroczył pewne granicę, muszę przyznać tak złej ekspozycji fabularnej nie widziałem od dawien dawna.

Przez większość filmu mój umysł zaprzątało pytanie “Co tu się kurwa dzieje?”, momentami również “Kim Ty kurwa jesteś, pajacu?”.Choć plan Xardasa na temat historii nie był zły – oto mamy alternatywną historię, gdzie orkowie okupują Khorinis, a później najemnicy ich obalają. W takiej formie historia nie mogła stanowić zatrważająco ciekawej historii, dało się jednak stworzyć z tego względnie przyzwoitą historię. Co poszło źle?

Przede wszystkim wprowadzenie. Nie tylko wprowadzenie w historię, ale również zapoznanie z bohaterami. Większość informacji pozostaje w sferze daleko posuniętych domysłów. Ot mamy jakąś grupkę żołnierzy królewskich, którzy przedostają się do miasta, by od środka rozwalić tę rebelię. Co ciekawe, od początku zaczynają oni polować na zdrajców, nie organizują jakiegoś wewnętrznej sieci ludzi, którzy mogliby im pomagać przygotowywać powstanie. Nieeee, nic takiego nie ma miejsca. Ci goście tylko otrzymują list od jakiegoś lorda (nigdy nie dowiadujemy się kim on jest) ze zleceniem zabójstwa, idą pod wskazane miejsce, zabijają cel i zmykają. I tutaj chciałbym się zatrzymać na chwilę, ponieważ dwie rzeczy nadzwyczaj mocno przykuły moją uwagę.

Jeden. Grupa żołnierzy zostaje wysłana, by odbić miasto strategiczne Khorinis. Ok. Dostają dokumenty, które zapewniają im drugą tożsamość, tym samym umożliwiając im przejście przez bramy miasta. Ok. I tu lista “ok” się kończy. Bohaterowie nie przechodzą przez żadną bramę, a opływają wyspę i do Khorinis docierają kanałami. Po co im były dokumenty? Nie wiem. W kanałach wita ich jakiś typ. Kim jest? Nigdy się tego nie dowiemy. Jak ich poznał? Nie pytajcie mnie o to, bo nie wiem. I tak jest przez cały film. Dezorientacja jest tu na porządku dziennym.

Dwa. Okazuje się, że typ z kanałów jest jakiś łącznikiem ze światem zewnętrznym, a przynajmniej tyle się domyślam. Bohaterowie otrzymują zlecenie od nieznajomego lorda. To kolejna postać o, której nic nie wiemy. Lecimy dalej. Chodzi o to, że w określonym miejscu ma być ich cel, który mają wyeliminować. Wszystko byłoby w porządku, tyle że gość stoi pod murkiem. Co on tam robi? Czekał na nich? Biorąc pod uwagę fakt że od napisania listu do dotarcia naszych protagonistów na miejsce musiało minąć trochę czasu to jakim po cholerę on tam tak długo stoi? Inna sprawa, że gra go Moras i kiedy swoim panikarskim głosem się wydrze to kobieta stojąca 10m od nich powinna się zorientować lub chociaż zaniepokoić.

Z breakiem reaktywności jest tu większy problem. Nie ma sceny by jakakolwiek zareagowała na cokolwiek. Kiedy zostaje wybita obstawa orkowego szamana tego to zupełnie nie obchodzi. Ba, innych członków obstawy nie obchodzi nic, a nic, że po kolei są wybijani.Brak reakcji, brak emocji, brak komentarza. Nic. Całkowite null. To wszystko boli. Może warto też zwrócić uwagę na antagonistę?

Jest i takowy. Szalony dowódca najemników, którzy chce przejąć władzę nad miastem i nad orkami. Jego plan? Zabić szamana – dziwne, że to szaman dowodzi orkami, a nie herszt czy inny wódz. Kiedy plan się powodzi gość ma już absolutną władzę nad orkami, żaden się nawet nie odezwie. Między protagonistami a antagonistą nie ma żadnego związku. Każdy robi coś co nie ma reperkusji po drugiej stronie barykady. Żaden z nich nie ma ani motywacji, ani charakteru. Jeszcze do antagonisty można przypiąć łatkę charakteru, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że autor scenariusza poszedł na łatwiznę i nie uzasadnił szaleństwa tegoż bohatera. Wobec braku tych elementów film staje się bezkształtną breją. Jest to jedno z najgorszych doświadczeń pod względem budowania fabuły, ma jednak jedną zaletę, której nie mogę pominąć. Nie męczyłem się przy nim, często chwytałem się za głowę z niedowierzania, ale czas przeleciał względnie szybko. Film był tak zły, że aż śmieszny. Rozśmieszył mnie. I wcale nie to nie był szyderczy śmiech tylko szczere parskania i uśmiechy.

I tak właśnie prezentuje się cały film Czas Pogardy. Jeden z kandydatów do tegorocznych Złotych Innosów. Przed końcem stycznia prawdopodobnie powstanie jeszcze jedna recenzja odnosząca się również do filmu, który bierze udział w tym plebiscycie.

Cykl machinimowy #6 – Diamentowa Kompania – Jesteśmy dumnymi kliszami

Pierwotny tekst został opublikowany 14.11.2015r.

Gothic 3 – Diamentowa Kompania

Na początek kilka słów wstępu. Moje wpisy począwszy od tego będą skupiały na ogólnym wrażeniu z obejrzanych filmów machinimowych. Na podstawie tych dzieł będę dochodził do konkretnych wniosków, nie będę znacząc rozwodził się nad poszczególnymi elementami filmu. Poniższe recki mają również prowokować powstawanie dyskusji na temat rzeczonych filmów. Tak więc zaczynamy.

Filmem o, którym chciałbym dziś porozmawiać jest Diamentowa Kompania autorstwa Raelaga2510. Jest to film wobec, którego mam bardzo ambiwalentną opinię. Z jednej strony do wielu rzeczy mógłbym się przyczepić. Z drugiej natomiast oglądało mi się ten film nadzwyczaj przyjemnie. Jest to film krótki więc nie bardzo się bardzo rozpisywał.

Zacznijmy od tego, że sam film został nakręcony w grze Gothic 3. Odważne posunięcie biorąc pod uwagę trudności jakie sprawia sama gra w kreowaniu filmów. Mała ilość machinim w tej grze wcale nie jest spowodowana faktem, że ludzie nie chcą kręcić w tej grze, a trudnością kręcenia. Jest ona dużo mniej przystosowana do tworzenia filmów niż druga część serii Gothic. W samym filmie też mamy dość częste przenikanie tekstur co po pewnym czasie zaczyna irytować, mimo, iż nie jest to błąd twórcy.

O czym natomiast opowiada sam film? Właśnie o tytułowej Diamentowej Kompanii, skromnej grupie nadzwyczajnych wojaków, najemników szwendających się od bitwy do bitwy…oraz od karczmy do karczmy. I powiecie: nic nadzwyczajnego. Jest gość umiejący przetapiać rudę z basowym głosem, super-szybki i super-zwinny gość posługujący się sztyletami czy dowódca kompanii, “rycerz” o szlachetnym obliczu posługujący się mieczem i tarczą. Wszystkie chłopy lubią chodzić na panienki i chlać. Krótko mówiąc chodzące klisze. Wielce ubolewam na dwoma faktami związanymi z tymi wojakami.

Pierwszy: są mało różnorodni, kiedy tworzymy już taką galerię klisz to niech każdy czymś się rożni, nie tylko bronią jaką się posługuję. Ciekawym eksperymentem byłoby dodanie kobiety do kompanii, kogoś na wzór Milvy czy Angouleme z uniwersum Wiedźmina. Takie zapożyczenie nie byłoby złe, szczególnie, że gadka w karczmie znacząco przypomina pewne dialogi z Wiedźmina 2.

Druga sprawa: nic o tych wojakach nie wiemy,  ani o grupie (poza historią z Dodo), ani o poszczególnych osobach. Nawet nie trzeba by znacząco rozwijać ich motywacji – napierdalanie dla samego napierdalania to nie jest zła myśl w tego rodzaju filmach. Wystarczyło, by powiedzieli coś o sobie. Od razu zrobiło by się ciekawej. Był na to czas i miejsce.

Kolejna rzecz na, którą zwrócę uwagę. Nie traktowałem tego filmu zupełnie poważnie. Wiele wskazywało tutaj na pójście w kierunku filmu akcji z bardzo rozrywkową i nieco głupawą fabułą – co ostatecznie miało miejsce. Wystarczy tutaj fakt ostatecznego rozwiązania wątpliwości dowódcy oddziału. Dzielni wojacy przywracają mu wiarę w dobre, i takie tam. Moralizowanie. Kto oglądał zdaje sobie sprawę, że to było niesamowicie banalne, i w wielu przypadkach byłby to bardzo duży błąd. Tutaj to jednak zadziałało ze względu na wszechobecną radość i uproszczenia. Jakie to uproszczenia? Wojna i wojaczka to nic strasznego, wszelkie złe aspekty zostały wyrzucone. Dzięki temu film się uchował w przyzwoitej formie.

W takim razie zapytacie co z królem? Taka ważna postać, et cetera, et cetera. Nie powinniście o niego pytać, bo nie powinniście go pamiętać. To całkiem okropny plot device, który swoimi dialogami ma uzasadnić obecność Diamentowej Kompanii. Widza nie obchodzi jego los, pełni bardzo marginalną rolę w fabule, na koniec zyskuje przydomek Święty, bo postawił kapliczkę. Hmmm…trochę irracjonalne. Swoją drogą ma wielki łeb, nie proporcjonalny do reszty ciała, w pewnym momencie zastanawiałem dlaczego został włączony kod na duże głowy. Plus dopasowanie aktora było tu dość kiepskie.

Nieco rozumiem, że mało czasu zostało poświęcone antagonistom, jako, iż głównym celem było pokazanie zajebistej Kompanii. Rozwinięcie wątku antagonistów musiałoby też się wiązać z rozwinięciem innych wątków, szczególnie króla lub jednego z najemników. Postać Xinusa nawet mnie zaciekawiła, chociaż koniec – obvious cliffhanger is obvious. Całość jednak pasowała do konwencji. Zawiodła mnie natomiast bitwa.

Jeśli miałbym ocenić film to ocena byłaby gdzieś w granicach 6/10

Obejrzeć film? Warto.

Ocena pod filmem. Łapa w górę.

Cykl machinimowy #5 – Szum, czyli wielkie zamieszanie

Tekst został pierwotnie opublikowany 07.01.2015r.

Dziś po raz pierwszy dokonam oceny filmu machinimowego z gry Battlefield 3, będzie to film pt. “Szum” autorstwa ANUBISA9413. Na początku naznaczę, że machinimę z tej gry ogląda mi się dość topornie, nie wynika to z umiejętności reżysera, a samej specyfiki gry – postacie nie wyrażają emocji, nie poruszają ustami, utrudnia to odbiór historii. Poniżej link do filmu:

Battlefield 3 – Szum [Machinima PL]

Russia Today. Dzieło tego reżysera zaczyna się atrakcyjnie. Na początek dostajemy zgrabnie sklejone fragmenty materiałów z wiadomości, z podłożonymi głosami, pojawia się też Max Kolonko co wywołało szczery uśmiech na mojej twarzy. Wszystko to zostało przedstawione w postaci spisku Wielkich Tego Świata. Nie jest to przedstawione nachalnie, więc plus za to.

Katastrofa. Po krótkim wstępie rozpoczyna się właściwa akcja filmu. Grupa 4-ech amerykańskich żołnierzy przemierza ulice zniszczonego miasta gdzieś na Bliskich Wschodzie (Irak o ile dobrze pamiętam), która nawiedziła nieznana katastrofa. Z dwóch wrogich sobie sił (armia amerykańska i irańska wspierana przez siły rosyjskie) pozostało jedynie ich czterech, zniknęli również cywile co wydaje się logiczne jeśli to teatr działań wojenny, wspomniane zostały również trzęsienia ziemi na tym obszarze, więc cywile mogli zostać ewakuowani. Nie zawracajmy sobie jednak sprawy tymi cywilami, bo nie mają oni żadnego związku z fabułą. To co Anubisowi udało się w tym filmie, to fakt, że widz od początku zadaje sobie pytania o to co dzieje na ekranie.

Zagubieni żołnierze. Nasi dzielni wojacy – Frank, Will, Joe i John uciekają przed czymś, myślę, że oni sami nie wiedzieli przed czym, powoduje to ich bezradność, ponieważ nie mogą się wydostać z miasta – nie mają kontaktu z dowództwem, a miasto może być otoczone przez siły nieprzyjaciela. I tutaj zarysowuje pierwszy element, którego potencjał został zaprzepaszczony.

Wszyscy przeciwko mnie. Element o, którym mówię to konflikt między dowódcą (Frank), a jego pozostałymi podkomendnymi. Wspomniany Frank nie potrafi podjąć dobrej decyzji, brak mu charyzmy i zaciętości, natomiast jego podkomendni, szczególnie Joe żądają od niego stanowczej decyzji, a nie użalania się nad sobą. Co zostało tu źle zrobione? Nie ma wyraźnie zarysowanego konfliktu, nie ma rosnącego napięcia (nie zawsze zachowanie przechodzą od lżejszych do cięższych – tu już na początku bohaterowie są wrogo skierowani do dowódcy, nie mamy wglądu do ich motywacji) , frustracji i złości wobec dowódcy. Film powinien być nieco dłuższy i ukazać sceny kiedy to podkomendni nie zgadzają się z dowódcą, można było głębiej pokazać wątpliwości Franka. Sądzę, że film powinien być bardziej rozłożony w czasie. Trwać 2-3 dni, a nie parę godzin.

Łowca. Ekspozycja ma oczywiste błędy o, których wspomniałem, w prostej linii skutkuje to osłabieniem wątki Łowcy (nazwa robocza), który pierwszy raz pojawia się podczas ataku kiedy to nasi bohaterowie próbują naprawić samochód i wydostać się. Uważam, że ta postać była najlepsza, jej atutem był fakt, że nic o niej nie wiedzieliśmy, operowaliśmy w sferach domysłów. Można było ją jednak lepiej zaprezentować. Po pierwsze, za szybko poznajemy jego twarz. Poniekąd liczyłem coś na wzór Predatora – tajemniczy łowca, strzały znikąd (wzmocniłoby to zewnętrzny konflikt, który wpływałby na wewnętrzny konflikt Franka i jego wątpliwości), brakowało mi ujęć POV, z “oczu” Łowcy.

Radiostacja. Protagonistom udaje się wyjść z opresji, znajdują radiostację i łączą się z dowództwem, które nie jest skore do szybkiej pomocy. Ta scena była wręcz idealna na konflikt, ale nie pada nawet iskra, czy tak zareagowaliby ludzie na skraju życiu i prawdopodobnie nerwów? Tak po prostu spokojnie by odeszli? Tymczasem wpadają oni w kolejną zasadzkę, ginie John, a Frank wykazuje się swoją niekompetencją kiedy to dopiero po chwili każe swoim ludziom paść na ziemię. W końcu żołnierze orientują się, że coś jest nie tak i, że Łowca próbuje ich zabić, by żołnierze się stąd nie wydostali i nie przekazali informacji co się działo w tym mieście.

Nie taki Łowca straszny. W tym momencie następuje pewne rozwiązywanie wątków, które mi się nie podobało. Otóż Łowca daje się śledzić, zostaje wysadzony jego prywatny składzik, a na końcu daje się załatwić w dość prosty sposób. Zaczyna wychodzić na amatora. Wojacy znajdują jego papiery, napisane cyrylicą. Nie potrafią ich przeczytać, ale nakierowują nas, by myśleć, że Łowca jest Rosjaninem. Ja osobiście nie jestem do tego przekonany. Nie ma na to żadnego twardego dowodu, a nieśmiertelniki zabitych martwych Rosjan w jego kryjówce mówią, że to on ich zabił  i trzyma je jako trofeum.

Nieudana ewakuacja. Losy protagonistów i antagonisty przeplatają się, są strzelaniny, wyrzuty sumienia, a podkomendni Franka padają jak muchy mimo “ciapowatości” Łowcy. Udaje im się nawet przedostać na miejsce ewakuację, ale helikopter zostaje zestrzelony. Dzięki zasadzce, bądź łutowi szczęścia (zależy jak zinterpretujemy stan nieprzytomności Willa) udaje im się zabić Łowcę, jednak okazuje się, że ten zastawił na nich ostatnią pułapkę i zabija Willa. Na polu bitwy zostaje sam Frank, który ranny prawdopodobnie umrze z pragnienia bądź głodu.

Kwestia zakończenia. Widziałem opinie, że zakończenie tego filmu zostało urwane. Sądzę, że jest inaczej. Niemal wszystkie wątki zostaje zamknięte, co prawda przez wyrżnięcie niemal wszystkich postaci, ale to zawsze jakiś sposób, gdyby przeżyli to nie widziałbym tego zakończenia. Otwarte wątki to postać Łowcy (odkrycie tożsamości nie jest konieczne z perspektywy rozwoju fabuły), co to były za dokumenty/rozkazy, które miał Łowca (podobnie jak poprzedni wątek) i czy Frank przeżył – tu mamy swobodne pole do rozmyślań. Według mnie zdechł.

Czym jest Szum? Mogliście się zastanawiać co tytuł ma związanego z treścią filmu. To zagadnienie jest bardzo proste. Przytoczę jedną z definicji z słownika PWN:

szum – zamieszanie wokół kogoś lub czegoś

Prawdziwa odpowiedź znajduje się w trzech pierwszych minutach filmu, które przedstawiają wiadomości. Media telewizyjne mają to do siebie, że prezentują wiele informacji, często nie prawdziwych, manipulują odbiorcami, wzbudzają fałszywe informacji. Z takiego natłoku informacji ciężko wyłowić te prawdziwe. Tu mamy podobnie. Właśnie ten początek spełnia dwie funkcję. Pierwsza to wybieg, by odwrócić uwagę widzów od fabuły, wprowadzić dezorientację, ma też to zaciekawić. Druga funkcja to funkcja wskazówki odnośnie przekazu filmu i samej fabuły. W dalszej części nadal mamy wojnę informacyjną, protagoniści borykają się ze sprzecznymi informacjami i nie wiedzą co jest prawdą, to mogło zostać lepiej nakreślone.

Największy problem. Z mojej nakreślonej opinii powyżej może się wydawać, że film ten fabularnie jest przyzwoity. Nic bardziej mylnego. Fabułę zatopiła schematyczność. W toku oglądania nie trudno domyślić co się stanie dalej. Nie ma znaczących zwrotów akcji. Postacie to typowe amerykańskie wojaki – jest dowódca z wątpliwościami (Frank), chłopak w gorącej wodzie kąpany (Joe), spokojny i opanowany młodziak (Will) i typ, który rzuca suchymi żartami (John). Zbyt wiele klisz zostało użytych w oczywisty sposób, dodam tego nieprecyzyjną egzekucję konfliktów i proste dialogi, które nie wprowadzały wiele rozrywki dla widza. Z dialogami jest najtrudniejsza sprawa, bo stanowią najcięższe ogniwo scenariusza. Nie mogą być proste i oczywiste, ale nie mogą być również wydziwiane. Jeśli mam coś na to poradzić to proponuję napisać wstępną wersję dialogów, a później pracować z nimi w taki sposób, by były one jak najciekawsze dla widza (w dialogach ważne jest również szeroko rozumiane otoczenie) i błyskotliwe, a jednocześnie naturalne.

Żarty. Z racji dość ponurej fabuły nie pada wiele żartów. Praktycznie jedyną postacią, która rozluźnia napięcia jest John, pozostali mu jedynie wtórują. W jego asortymencie występują dość suche żarty, które są typowe dla wojenny bądź około-wojennych produkcji, które opowiadają o amerykańskich żołnierzach. W tym filmie są żarty o Texasie czy stosownym zapachu. Nie przeszkadzają one, są sympatyczne i lekko rozluźniają nie wyrzucając widza z klimatu produkcji.

Ujęcia. Mam bardzo mieszane co do tego podpunktu. Dowiedziałem się, że ujęcia robił dwie osoby. Nie wiem, która które, ale w poszczególnych ujęciach widać skoki jakościowe. Są ujęcia mdłe i nijakie, ale są też takie naprawdę dobre. W ujęciach jest też duża różnorodność, są długie (jak choćby ujęcie otwierające plan rzeczywisty) i krótkie. Boli mnie to, że podczas strzelanin ujęcia są zbyt statyczne przez co niektóre momenty walk wydają się nieco gorsze. W ten sposób wyzbyły się dynamiki. Niektóre ujęcia powinny też być krótsze.

Dźwięki i muzyka. Za muzykę należy się najprawdopodobniej największy plus. Dobrze dopasowana, to nie muzyka kreuje sceny, a towarzyszy im. Nie było też takich scen w, których muzyka zapadała mi w pamięć, stanowiło zaledwie nienachalne tło. Uważam to za spory plus. Nieco gorzej sytuacja wygląda z dźwiękami otoczenia. Wystrzały brzmią dobrze, ale już dźwięki przeszukiwania prezentują się gorzej. Nie jest źle, ale momentami te dźwięki mogły być bardziej adekwatne do tego co się dzieje na ekranie.

Praca aktorów. Kolejna rzecz, za którą należy się duży plus. Mowa tu zarówno o aktorach dubbingowych podkładających głos, jak i tych, którzy byli odpowiedzialni za ruch postaci na planie filmowym. Na pewno trzeba docenić ich pracę. Aktorów głosowych można podzielić na grupę prezenterów, którzy agrali poprawnie, ale nie mieli gdzie się wykazać. Druga to grupa naszych dzielnych wojaków z, których najlepiej wg mnie zagrał Arkadikkus, Joe brzmiał nieco dziwnie, a Menthor nie pasował mi na dowódcę. Wszyscy jednak zagrali dobrze. Po drugiej stronie mamy aktorów, którzy byli odpowiedzialni za to co się dzieje na planie filmowym. Nie znam ich imion, nicków, wiem tylko, że należeli do plutonu Ultimum Volunt. Propsy dla nich, bo efekt ich pracy jest zadowalający, a zgaduję, że niektóre rzeczy naprawdę ciężko było zrobić. Poradzili sobie dobrze w każdym aspekcie.

Podsumowanie. Reasumując, film miał spory potencjał, ale został zmarnowany zbyt schematycznym i mało precyzyjnym scenariuszem.  Technicznie film wyglądał dobrze, ale wkradły się tam bugi czy brak dynamizmu. brakło mi też większych emocji w filmie. Poza tym film jest przyzwoity, braki w fabule nadrabia dobrym wykonaniem technicznym. Moja ocena to 6/10

Warto obejrzeć? Warto, ale można się zawieść.

Ocena pod filmem? Łapa w górę.