Podróże po świecie Warhammera Fantasy, odcinek I

Dziś witam was w nowej serii, która ma na celu przybliżyć różne materiały ze świata popularnego “Młotka”. Omówienie owych materiałów będzie często skrótowe, jeśli będę chciał szerzej wypowiedzieć się na dany temat to będzie na to osobny wpis. Pośród nich znajdą się podręczniki do RPGów, przygody, kampanie, podręczniki armii do bitewniaków, powieści, opowiadania, zbiory opowiadań, magazyny, czy tzw. background books. Pojawiać się tu będą zarówno rzeczy oficjalne, jak i te wypuszczane drogą nieoficjalną, nieraz pisane przez amatorów.

Na początek jeszcze jedna rzecz. Wcześniej miałem do czynienia z częścią materiałów dostępny do Warhammera Fantasy Roleplay w drugiej edycji, mianowicie: Podręcznik do 2. Edycji Roleplaya, Dzieci Rogatego Szczura, Dziedzictwo Sigmara, Almanach Mistrza Gry, Niezbędnik Gracza, Splądrowane krypty, Bestiariusz Starego Świata, Księga Spaczenia. Póki co pominę je, pojawią się one  odcinku specjalnym, kiedy przeczytam je jeszcze raz – żal byłoby nie powiedzieć paru zdań o Księdze Spaczenia czy Dzieciach Rogatego Szczura. Przed właściwą treścią, ostatnia rzecz – bardziej interesuje mnie tzw. fluff (wszystko co związane, z fabułą, historią świata przedstawionego; reguły to rzecz drugorzędna, rzadko będę je wspominał, a i to jedynie w przypadku Roleplaya).

 

I. Background Books:

Tzw. background books to ani powieści, ani przygody, ani podręczniki. Mają na celu pokazanie szerszego tła uniwersum bez wdawania się w skomplikowane historie. Ich głównym odbiorcą są albo osoby, które są zainteresowane w ogólny kształt uniwersum, albo Mistrzowie Gry, jako że owe książki często zawierają krótkie historyjki, które z powodzeniem mogą służyć jako zaczepki przy tworzeniu różnorodnych przygód.

The Life of Sigmar: Being the Epic Tale of the Warrior-God Sigmar, and the Founding of The Empire; Matt Ralphs

Zacznę od rzeczy subiektywnie najgorszej, lecz nie pozbawionej potencjału. Żywot Sigmara to szereg historyjek z różnego kresu życia Sigmara – twórcy Imperium. Są tu opowieści o jego narodzinach, polowaniu, walkach z orkami, pojedynku z Nagashem, czy ostatecznym tajemniczym odejściu Cesarza Ludzi. Jako obiektywne źródło informacji nie sprawdza się zbyt dobrze – obecna jest propaganda. Nie jest również napisany najlepszym językiem.

Z racji tego, że jest to książka in-universe, czyli stylizowana jakby powstała wewnątrz uniwersum, napisana przez istotę z tego uniwersum, to można jej użyć w specyficzny sposób. Księga opisuje Sigmara jako nieskazitelnego człowieka – nawet przebiegłość jest u niego dobra. Z innych prac in-universe możemy dowiedzieć się, że faktycznie owa księga występuje w uniwersum. Jej ustępy mogą cytować kapłani Sigmara, czy różnego rodzaju fanatycy czy biczownicy. Mistrz Gry może również umiejętnie stworzyć nowe wydarzenia z życia Sigmara tak, by stylem odpowiadały owym. Lub legendy. Półprawdy. Dla dodania kolorytu.

Darkness Rising: A Complete History of the Storm of ChaosAnthony Reynolds, Phil Kelly 

W wielkim skrócie, książka jest nowelizacją istotnego eventu, który odbył się w Warhammerze Fantasy – Burzy Chaosu. Było z tym sporo zamieszania. O Burzy Chaosu będzie osobny wpis – o tym jak jest infantylna i ma badziewne zakończenie. Teraz jedynie przypomnę, że twórcy (GW) mają w ostatniej dekadzie talent do rozczarowywania fanów. Burza Chaosu nie zyskała wielu fanów (słusznie), ostatecznie została zretconowana i zastąpiona eventem znanym jako End Times (który podobnie nie zyskał sobie wielu fanów), a w konsekwencji powstało nowe uniwersum – Age of Sigmar, a Warhammer Fantasy został ostatecznie porzucony. Age of Sigmar również nie został najcieplej powitany.

Nowelizacja powstała już po evencie i próbowała naprawić niektóre dziury pierwotnej kampanii dodając więcej szczegółów. Jest pisana w formie dziennika badacza, który spisuje dzieje Burzy Chaosu i dzieje wydarzeń sprzed jej rozpoczęcia (autor był świadkiem chociażby Konklawe Światła czy wizji demona Be’lakora sprowadzonych na Ślepego Jaspera – byłego sigmarytę), oprócz formy dziennika mamy tuż wymianę listów między nim a jego synem Stefanem (który walczył wraz z wybrańcem Sigmara – Valtenem – przeciwko Archaonowi). Wszystko to napisane z nierówna jakością. O ile wydarzenia, które opisuję główny bohater Friederich trzymają się kupy, dają ciekawy pogląd na nastrój na terenie Imperium, którego wojna nie dotknęła, o tyle kwestia przygód Stefana i Valtena już tak dobra nie jest. Jedynie przypomnę, że to nie wina tych autorów, a bardziej Gavina Thorpe – osoby odpowiedzialnej za kampanię Burza Chaosu. Wszystko to uzupełnione jest licznymi ilustracjami, których część była już opubulikowana (choć w podręczniku do WFRP2), w klimat jednak wprowadzają wyśmienicie.

Blood on the Reik: A Journey Through the Old WorldMatthew Ralphs 

Jeśli Żywot Sigmar był najgorszą rzeczą, to Krew na Reiku jest rzeczą najlepszą. Nie mam za wiele do powiedzenia o tej pozycji.  Jest w niej mało tekstu, ale to nie tekst nie jest w niej najważniejszy. W książce zawarte są trzy rzeczy: 1) krótkie opisy mieszkańców, zawodów, profesji, ras, czy kultów; 2) Rysunki węglem typowych mieszkańców Imperium lub potworów zamieszkujących pobliskie rejony, tudzież obrazy przedstawiające albo legendy folkloru albo nadzwyczajne osobowości, które spotkał autor książki (in-universe); 3) krótkie notatki napisane przy rysunkach węglowych dotyczące wyglądu lub ubioru danych istot

Siła tej pozycji tkwi właśnie w tych grafikach, które jak przystało na Warhammera są mocno groteskowe i im dłużej się na nie patrzy tym bardziej ma się wrażenie, że mieszkańcy Imperium są nie w pełni zdrowi zmysłów. Wystarczy wspomnieć rybaków przechadzających się w rekinich skórach, Magistrów Magii przyodzianych w świecznik na głowie czy zakonnice Sigmare – dziewice odziane w kolce, łańcuchy i pas z czaszek. Przy obrazach legend zawsze mamy ciekawą, i często tragiczną historią. Wszystko otoczone czarnym humorem. Nie mogę nie polecić.

Liber Necris: The Book of Death in the Old WorldMarijan von Staufer

Liber Necris to natomiast pozycja, która nie jest zła, ale po przeczytaniu Krwi na Reiku spodziewałem się czegoś lepszego – i wcale nie chodzi tu obrazki (które są w tej książce dość…przerażające). Sądziłem, że w Księdze Śmierci znajdą się jakieś historyjki o mało znanych nekromantach, tudzież wampirach. W praktyce dostajemy traktat historyczny autorstwa Manfreda von Carsteina (in-universe), najbardziej ambitnego wampira w przededniu End Times, który opisuje historię Nehekhary, Nagasha, nekromancji i na końcu wampirów.

Temat raczej mniej znany więc można się tu sporo dowiedzieć. To historia walki ze śmiercią (poniekąd zwycięskiej), jednym z ciekawszy ustępów jest fragment gdzie Manfred zaczyna schodzić na tematy filozoficzno-egzystencjalne i wręcz śmieje się z ludzi z Imperium, z ich ignorancji względem natury śmierci i natury bogów. Stwierdza wprost, że ludzie traktują te rzeczy zbyt…idealistycznie i sprzecznie z naturą wszechświata. Jest też lepszym źródłem informacji od Żywotu Sigmara, jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej na temat walk Nagasha z Sigmarem. Godne polecenia.

II. Seria End Times:

Sigmar’s Blood; Phil Kelly

W teorii ta książka jest kampanią bitewną (są cztery bitwy), służy jednak też dodatkowo jako wstęp do End Times. W poprzednim tekście była mowa o Manfredzie von Carsteinie, tutaj jest głównym antagonistą. O ile w przypadku wersji z Burzą Chaosu Manfred w ostatniej chwili ratuje Imperium (lub przynajmniej tak jest to przedstawiane), to już w End Times prowadzi zakrojoną na szeroką skalę intrygę, której celem jest wskrzeszenie Nagasha (po raz kolejny).

Krew Sigmara opisuje jedynie pierwszą część intrygi, która na dodatek była prawie nieudana. Wysłany do Sylvanii Łowca Czarownic – Alberich von Korden – zaczyna mieć problemy z odróżnieniem dobra od zła, na miejscu odkrywa, że źle się dzieje w pastwie sylvańskim i podejrzewa, że Manfred powrócił (po jego rzekomej śmierci),  w międzyczasie agenci Manfreda wykradają Koronę Czarnoksięstwa z Altdorfu. Przywódca kultu Sigmara – Volkmar Ponury – wyrusza do Sylvani z krucjatą przeciwko Manfredowi i w celu odzyskania Korony. Nie miejscu wpada w pułapkę Manfreda. Co prawda von Kordenowi udaje się pokonać nekromantę Ghorsta wraz z jego Ścierwowozem, a sam Volkmar z pomocą  armii cesarstwa, sylvańskich ochotników, i magów Kolegium Światła udaje mu się wygrać parę bitew, acz ostatecznie przegrywa i zostaje porwany przez Manfreda i tym samym wampir włącza Czasy Ostateczne.

Całkiem nieźle napisane, przystępnym językiem i daje na więcej czegoś dobrego. Szkoda jedynie, że Volkmara zawsze musi spotkać zły los.

 

W następnym odcinku: kampania Ścieżki Przeklętych i pierwsza część kampanii Wróg Wewnętrzny!

Advertisements

Cykl książkowy #11 – Jad Lorda Foula

Z Jadem Lorda Foula miałem już do czynienia wcześniej. Pierwsze sporo rzeczy o nim słyszałem – część z nich była dobra, a część zła. Drugie, początkowo przeczytałem pierwsze 100 stron, musiałem jednak przerwać z powodu natłoku obowiązków. Ostatecznie książka okazała się interesująca, warta uwagi, i nie pozbawiona błędów.

Powieść opowiada historię Thomasa Covenanta, wyrzutka i osoby chorej na trąd, która ostatkami sił próbuje zachować człowieczeństwo wobec nieprzyjaznego mu świata zewnętrznego. Wszystko się zmienia kiedy zostaje potrącony przez radiowóz i w tajemniczych okolicznościach zostaje przeniesiony do Krainy – miejsca pełnego groteski i piękna, gdzie magia nie jest niczym nadzwyczajnym, a ludzie żyją zgodnie z naturą. Jakby tego było mało, w owej Krainie nikt nie zwraca uwagę na jego trąd, ludzie nagle stają się dla niego mili, a poprzez jego ułomność w postaci braku dwóch palców traktują jako wcielenie Bereka Półrękiego (bohatera Krainy) i w konsekwencji ich zbawcy przed tajemniczym bytem zwanym Lordem Foulem – uosobieniem Wzgardy.

Wątek psychologiczny to element, na którym owa książka się opiera. Bohater cały czas boryka się z samym sobą, traktują Krainę jako sen, stara się jedynie przetrwać pozbawiając się w procesie i własnej godności. Doświadczenie „trędowatości powodują, że nikomu nie ufa, nie pozwala sobie na żadne zbędne emocje (głównie widzimy jego wściekłość i chłód emocjonalny), jego tarczą obronną są drwiny. Główny bohater to klasyczny przypadek klasycznego łamania tropów dotyczących stereotypowego bohatera. Zamiast bycia odważnym i pewnym siebie jest tchórzliwy i ma niskie mniemanie o sobie.

Żeby i czytelnikowi nie było zbyt łatwo autor postanowił regularnie sporządzać mu potężne kopniaki w żołądek, kiedy Covenant znajduje się na „naszej Ziemi” pada ofiarą sugestii, że lepiej popełnić samobójstwo niż żyć w sposób w jaki on żyje”, natomiast w Krainie jego tchórzostwo i nieumiejętność podjęcia decyzji (nieważne czy byłaby ona dobra, czy też zła) prowadzą do frustracji i myślenia „podejmij w końcu tę decyzję do cholery!”. Zdecydowanie nie jest to książka dla ludzi, którzy oczekują lekkiej historyjki oraz eskapizmu.

Jak wspominałem na początku powieść nie jest pozbawiona błędów, skoncentrowanie się na psychologicznym aspekcie głównego bohatera spowodowało, że pozostałe elementy, głównie budowanie świata przedstawionego, zostały zaniedbane. Zostajemy zasypani szeregiem opisów, które powodują głównie skonsternowanie, część z nich (szczególnie nazwy geograficzne) nie zostały rozwinięte i pozostały puste. Fabuła sama w sobie również nie zaskakuje. Dialogami momentami są zbyt pretensjonalne.

Podsumowując, książka jest pozycją niezmiernie interesująca, ale i niedopracowaną. To powieść-droga opowiadająca o człowieku z mocno pogruchotaną psychiką, która milimetry dzielą od roztrzaskania na milion kawałeczków. Jeśli czytelnik jest w stanie przymknąć oko na jej wady, drastyczne sceny czy wręcz obrzydzenie względem protagonisty to nie widzę przeciwskazań by jej nie przeczytać. Trzeba pamiętać, że to książka niedoświadczonego jeszcze pisarza, z wszystkim konsekwencjami tego stanu rzeczy.

Co za dużo, to niezdrowo – recenzja filmu Portal autorstwa Dextrona27

Powracam z następną recenzją machinimy! Kto się cieszy, ten się cieszy, a kto się nie cieszy, ten się nie cieszy. Podczas pisania ostatniej recenzji (która była dobrze przyjęta przez kilka osób, choć nie przez twórcę recenzowanego utworu) powiedziałem sobie – nie będę tworzył recenzji utworów, które nie mają zamkniętej fabuły lub są zbyt krótkie, dolnym limitem miało być 15 minut. I nagle piszę recenzję niespełna 8-minutowego filmu? Czuję, że muszę to wyjaśnić. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze jestem fanem horroru, choć bardziej literackiego, z zakresu weird fiction i horroru filozoficznego, ale Portal nie jest pierwszą próbą stworzenia horroru przez Dextrona, a nie było wielu rozbudowanych opinii na temat tych prób. Z tym wiążę się też druga rzecz, czyli chęć przekazania szerszej opinii dla ludzi z potencjałem, a Dextrona uważam za takiego człowieka. Oczywiście tym sposobem narażam się na atak na własną osobę, jak było w przypadku GPO czy Sanda, acz jestem w stanie to przeżyć.

Risen – Portal

Dziś krótko, bo i film krótki. Portal jest filmem osadzonym na szczątkowej fabule. Nie powinno to dziwić w przypadku tego gatunku. Bohater znajduje się na statku, który zaginął pośród mgły i protagonista przeżywa tam różne zaskakujące sytuacje, wypija napój, które sprowadza na niego koszmary. I tak to się toczy. Jedyne czego jesteśmy pewni, to fakt, że w pewnym momencie bohater spożywa napój, który sprowadził na niego szereg snów, które oglądamy w toku całego filmu. Reszta pozostaje domysłem. Jednak i tutaj mam pewne wątpliwości odnośnie tego co widać na ekranie. Nic nie zdaje się być takim, jakim jest przedstawiane.

Największym zarzutem dla tego filmu jest próba wrzucenia do niego rozmaitego typu “straszaków” i oczekiwanie, że na tak krótkiej przestrzeni czasowej wszystkie zadziałają. Więc mamy tu popularne w kinach jump scare’y, troszkę grozy opartej na przerażających potworach, nieco gęstej atmosfery osamotnienia i nadciągającej śmierci, a jeszcze inne elementy przypominają tzw. ghost story. Kiedy próbuje się używać tak wielu technik w tak zbitej formie to nie może wyjść z tego coś dobrego. Film upada pod własnym ciężarem. W połączeniu z mało przejrzystą fabuła, która do niczego nie zmierza i jest niezrozumiała oraz pozbawiona kontekstu powoduje, że widz odczuwa głównie zdezorientowanie – od początku aż do samego końca.

Film nie przypomina zamkniętej historii, a pewien misz-masz zupełnie nie powiązanych ze sobą elementów. Zupełnie jakby autor wpadł na kilka pomysłów, które uznał za dobre i postanowił je ze sobą połączyć. Poszczególne elementy nie zostały jednak poddane krytycznej analizie, tak samo jak i owej analizie nie został poddany film jako całość, przez co został pozbawiony unikalnego charakteru. Kwestia tempa czy impetu nie została zauważona przez twórcę. Owe elementy mocno tutaj kulały.

Mimo tych uchybień film nadal oglądało się całkiem dobrze. Muzyka była dobrze dobrana, budowała odpowiednią atmosferę, dubbing był na tyle przyzwoity, że nie przeszkadzał. I tutaj chciałbym się skoncentrować na jednej dodatkowej rzeczy. Widziałem, że autorowi zarzucało się, że nie ma korelacji między słowami bohatera, a akcją na ekranie. Przykładowo w pewnym momencie filmu bohater przechodzi przez pomieszczenie pełne tusz mięsnych, a dwie minuty później stwierdza, że na statku nie ma żadnego pożywienia. Pierwsza myśl? Błąd reżysera. Jednak może jest z tego inne wyjście! Jak wcześniej wspominałem autor zmienia bardzo szybko techniki prowadzenia historii i wprowadzania elementów grozy, co jak rozumiem jest efektem tego, że nie mamy do czynienia z jednym snem, a z wieloma – wypijanie napoju jest również snem. Wszystko jest snem. To lepiej tłumaczy zmiany w stylu, które jednak nadal są zbyt gwałtowne i zbyt częste. W przypadku takiego rozwiązania wynika, że ze scenariusza wypadło co najmniej kilka stron, a widz musi błąkać się po omacku. Po seansie nie wyjdzie ani zadowolony, ani przestraszony, ani oczyszczony.

Dextronowi życzę, by nadal kierował swoją twórczość w tę stronę. Niewiele mamy horrorów w polskiej machinimie, tym mniej dobrze zrealizowanych. Potrzebne  będzie lepsze wyważenie, zadbanie o odpowiednio tempo utworu, tak by widz mógł poczuć się zainteresowany jego filmem.

Herezja orleańska

Nieważne czy dana osoba jest zainteresowana historią czy też nie, nie ma praktycznie żadnej możliwości, żeby nigdy nie słyszała o Inkwizycji. Ta kontrowersyjna instytucja przeszła do świadomości zbiorowej głównie dzięki działaniom Hiszpańskiej Inkwizycji, której ofiary często się zawyża. Jej rozpoznawalność wzrosła jeszcze bardziej po skeczu Latającego Cyrku Monty Pythona, który dokonał satyry na owej instytucji. Trzeba jednak pamiętać, że o ile Hiszpańska Inkwizycja powstała pod koniec wieku XV, to początki Inkwizycji par excellence należy szukać w wieku XIII, za pontyfikatu Grzegorza IX (1227-1241), który w kwestii walki z heterodoksją kontynuował tradycje pozostawione przez Innocentego III (1198-1216). Wcześniej istniała również tzw. inkwizycja biskupia, która jednak przynosiła mizerne rezultaty. Głównym celem Inkwizycji były śledztwa w celu wykrycia heretyków i nakłonienie ich do powrotu na ścieżkę ortodoksji. W tym wpisie nie będę jednak poruszać tematu Inkwizycji (na to jeszcze przyjdzie czas), ale w przyszłości imię Innocentego III pojawi się na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś zajmę się natomiast jednym przypadkiem wczesnej herezji średniowiecznej. Przypadkiem na tyle istotnym, że primo, był pierwszym „incydentem” po długim okresie braku herezji w Europie (od czasów ariańskich Gotów), a secundo, wpłynął na traktowanie heretyków w przyszłości. To właśnie dzięki działaniom podjętym w tamtych czasach ugruntowała się ostateczna kara dla heretyków – spalenie na stosie. O samej karze, jej symbolice i znaczeniu powiem nieco więcej poniżej.

Kiedy słyszymy słowa „herezja orleańska” naszym naturalnym i pierwszym skojarzeniem jest postać Joanny d’Arc, jednej z bohaterek tzw. wojny stuletniej (1337-1453). Nie zagłębiając się w meandry tego jakże skomplikowanego konfliktu (czy raczej powiązanych ze sobą serii konfliktów) zauważamy, że Dziewica Orleańska faktycznie została spalona za herezję w Rouen w roku 1431. Jednak już 24 lata później została uniewinniona przez papieża Kaliksta III, a winą herezji i działania wbrew prawu kanonicznemu uznano zmarłego już biskupa Pierre’a Cauchona – głównego sędziego procesu w Rouen. Miasto Orlean jest jednak wiekowe. Było świadkiem wojen hugenockich, wojny stuletniej, podbojów Chlodwiga czy aktywności Juliusza Cezara w Galii. Zanim była Dziewica Orleańska, był Robert II Pobożny (996-1031) i spalenie duchownych w chacie za murami Orleanu w roku 1022.

W sprawie herezji orleańskiej źródeł mamy niewiele, jedynie wzmiankę w kartulariuszu sporządzonym przez Pawła, mnicha ze wspólnoty St. Pere de Chartres, który postanowił upamiętnić Aréfasta – normańskiego arystokratę, dobroczyńcę i członka owej wspólnoty. Kartulariusz powstał po roku 1078, a sam autor prawdopodobnie korzystał z libellusa bliskiego współpracownika Aréfasta. W dokumencie opisał mrożące krew w żyłach wydarzenia, które były jedynie zapowiedzią głębszych problemów w łonie chrześcijańskiej wspólnoty.

Zanim przejdę do głównej treści herezji, warto wspomnieć parę słów o samym mieście i tle historycznym. Orlean był znaczącym ośrodkiem edukacyjnym i kluczowym elementem w walce o władzę między królem Francji, Robertem Pobożnym i Eudesem II, hrabią Blois. Eudes pragnął połączyć swoje włości w Blois, Chartres i Tours – by tego jednak dokonać potrzebne mu było biskupstwo orleańskie. Nagle zdarzyło się sytuacja, że stanowisko biskupa Orleanu zostało zwolnione, sam król narzucił kapitule wybór Thierry’ego, który był protegowanym jego żony. Wobec sprzeciwu duchowieństwa Thierry nigdy nie został konsekrowany, parę lat później biskupem Orleanu został Odalryk (powiązany z Eudesem), sam Thierry udał się ze skargą do Rzymu, acz zmarł w trakcie podróży, tym samym stronnictwo królewskie odniosło porażkę. W roku 1022 do Orleanu został zwołany synod, któremu przewodzili król Robert wraz z małżonką – to tutaj doszło do skandalu.

Aréfast, nasz główny bohater, wywodził się z książąt normandzkich, był wasalem księcia Ryszarda II, sprzymierzeńca Eudesa II z Blois. O herezji dowiedział się od kapelana Heriberta, który zetknął się z nią w domu Stefana, który był spowiednikiem królowej i Lisoisa – kanonika Świętego Krzyża. Alarmując króla i za radą Evrarda, zakrystiana Chartres zaczął infiltrować środowisko heretyckie.

Sama treść herezji zbliżona jest do gnosis, do której dostęp uzyskiwać się miało poprzez ceremonię nałożenia rąk. W ten sposób nowicjusze zostawali oczyszczenie z grzechu i napełniały ich Dary Ducha Świętego. Heretycy odrzucali sakramenty i cielesność Chrystusa. Po owej iluminacji przechodzili na wyższy poziom bytowania, ponad wcześniejszy stan, żywili się niebieską strawą i doświadczali anielskich wizji. Owa niebieska strawa miała być według Pawła diabelskim wiatykiem (eucharystia podawana ciężko choremu lub umierającemu) sporządzonym z popiołów zamordowanego dziecka, będącego owocem nocnych orgii, podczas których każdy mężczyzna spółkował z każdą dostępną kobietą. Trzeba przyznać, niezbyt pozytywna wizja.

Aréfastowi udało się zdemaskować odstępców, a biskupowi Guarinowi z Beavuis wydobyć zeznania od Stefana i Lisoisa potwierdzające złamanie ortodoksji. Usprawiedliwieniem były głosy z niemateralnego świata, które ukazały im prawdę. Oskarżeni odrzucili dogmat Trójcy Świętej twierdząc, że sam “Duch Święty wyrył w ich sercach prawdę”, przedstawili również swoją wykładnię Prawa. Biskup prowadził z nimi długie rozmowy, próbując odwieść ich od herezji – całe jego starania poszły na marne, odstępcy pozostali przy swoim. W takiej sytuacji duchowni nie mogli zrobić nic innego jak wydać wyrok. Herezji wyrzekły się jedynie dwie osoby. Z reszty zostały zdarte szaty, a same osoby potępiono, zaprowadzono do chaty poza murami miasta gdzie spalono ich wraz ze wszelkimi rzeczami które posiadali oraz diabelskim wiatykiem.

Nie wyjaśnioną do dziś kwestią jest decyzja króla o spaleniu heretyków. Do wprowadzenia owej kary ma minąć jeszcze kilkaset lat. Jeśli sięgniemy dalej, to spotkamy się z sytuacją z roku 383, kiedy oskarżony o herezję manichejską Priscillian z Avilli faktycznie został spalony na stosie – jednak to nie za herezję został spalony, a za guślarstwo, a jak wszyscy doskonale wiemy, była to zwyczajowa kara za uprawianie czarów. Są dwie hipotezy na temat działań Roberta. Pierwsze odnosi się do symboliki ognia – jest on siłą oczyszczającą, która potrafi wyplewić zepsute ziarna herezji i przywrócić porządek społeczny. Druga mówi o wykorzystaniu starego rzymskiego prawa, które przewidywało śmierć na stosie dla określonych herezji (w Starożytnym Rzymie heterodoksja była również przestępstwom politycznym).

W dzisiejszej nauce dominuje pogląd, że kwestia wiatyku jest jedynie tradycją literacką. Na przestrzeni wieków heretyków przedstawiano w jak najgorszym świetle, byli szkalowani, miało to na celu stworzenie granicy pomiędzy “nami” a “nimi” i tym samym usprawiedliwienie działań podejmowanych przez przedstawicieli ortodoksji. W przypadku herezji orleańskiej nie mamy pewności na ile było to herezją (herezja sama w sobie istniała, ale była jedynie herezją intelektualną, która nie miała wielu zwolenników), a na ile była zagrywką polityczną.

W następnym wpisie dotyczącym herezji skupie się na tzw. diable z Monteforte

Upadek Konstantynopola [ARCHIWUM]

Znane są zapiski krzyżowców z XI i XII w., które mówią o wręcz niesamowitym bogactwie Konstantynopola, niektóre są wręcz nie do uwierzenia, np. kiedy krzyżowcy zatrzymali się u Aleksego I Komnena, w toku pierwszej krucjaty, to wspominali o posadzkach wykonanych ze złota, które można było podziwiać w wielu budynkach. Jeśli nawet te zeznania są podkolorowane, to nie można zaprzeczyć, że Cesarskie Miasto było znacznie bogatsze, większe i bardziej zaludnione od każdego z miast ówczesnej Europy. Szacuje się, że w XII w. mogło żyć tu nawet około miliona osób, oczywiście wtedy pod uwagę bierze się również przedmieścia. 29 maja 1453r. Turcy osmańscy zdobyli i złupili miasto — to wydarzenie, mimo że nie miało dużego znaczenia politycznego, to mocno zapisało się w historii i tożsamości Europejczyków. Stanowiło koniec pewnej ery. Zanim jednak do tego dojdziemy, to cofnijmy się troszkę w czasie.

Zdradzieccy Normanowie

Do końca X w. Bizancjum trzymało się względnie dobrze, co prawda stracili nieco terenów od czasów Justyniana I Wielkiego (głównie Europa i Afryka), ale zdołali wypracować skuteczne doktryny wojskowe przeciw Arabom, którzy w toku wieków stracili rozpęd i powoli staczali się w degrengoladę, dzieląc się na pomniejsze państewka. Jednakże w XI w. pojawiło się nowe zagrożenie — Turcy seldżuccy. Opanowali Armenię, kontratak przypuścił cesarz Roman IV Diogenes i doznał spektakularnej klęski pod Manzikertem (1071r.), która załamała potęgę Bizancjum. Roman Diogenes był kiepskim i mało charyzmatycznym wodzem, bez posłuchu u swego wojska, a jego armia składała się w dużej części z ludów najemnych (Normanowie czy Pieczyngowie), i w decydującym momencie bitwy dowódca normański – Roussel z Bailleul – zwrócił się przeciwko Bizancjum, reszta była formalnością. Popełniłem tu jednak mały błąd – Roussel nie tyle zwrócił się przeciwko cesarstwu, co w decydującym momencie bitwy wycofał swe wojska. Nie ma pewności czy były to zamierzone działania czy błąd w komunikacji między nim a cesarzem. Biorąc jednak pod uwagę późniejsze działania Roussela, nie możemy wykluczyć działania z premedytacją. Manzikert to jedno z najczarniejszych wydarzeń, jakie spotkało chrześcijaństwo w toku swojej historii, przynajmniej tak twierdził Sir Runciman, dziś jednak przyjmuje się, że to nie Manzikert zadecydował o przyszłości Bizancjum (szczególnie, że pół roku później zginął przywódca Turków, Alp Arslan, a jego państwo uległo rozprężeniu), a wojny domowe będące skutkiem śmierci Romana IV na polu bitwy. Na szczęście dla Bizancjum, Diogenesów obalili Komnenowie (i przy okazji powstrzymali Roussela przed stworzeniem własnego państwa w Anatolii), przeprowadzili konieczne reformy, a sytuacja się ustabilizowała. Jednakże kolejnym problemem, z jakim przyszło im się zmierzyć okazali się krzyżowcy.

Konsekwencje działań krzyżowców i ich upadek

Aleksy I Komnen wezwał rycerstwo zachodnie do obrony swoich ziem w imię wiary chrześcijańskiej, ale zamiast najemników, którymi by mógł pokierować, otrzymał zgraję rycerzy, którzy chcieli coś na tym ugrać dla siebie. Ocena krucjat nie jest łatwa, natomiast ludzie często traktują je jako wielkie zło (gdzie sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana), ja oczywiście się z takim poglądem zupełnie nie zgadzam. Krzyżowcy popełnili kilka błędów (jak rzeź Jerozolimy), czasami też zachowywali się po prostu głupio (działania Renalda z Châtillon). Historycy zgadzają się, że rzeź Jerozolimy była czynnikiem wyzwalającym nową falę fundamentalizmu religijnego (samo wydarzenie jednak nie odbiegało od ówczesnych standardów w postępowaniu względem miast, które się broniły). Sam bym to rozszerzył i stwierdził, że fundamentalizm religijny był konsekwencją, efektem ubocznym ekspansywnej polityki państw krzyżowców (Bizancjum stawiało na politykę obronną, i więcej zyskiwało, biorąc udział w intrygach przeciwko kolejnym władcom muzułmańskich). Ostatecznie państwa krzyżowe upadają w 1291r., kiedy ostatnia twierdza — Akka — zostaje przejęta przez Mameluków. Bizancjum zostaje same na Bliskim Wschodzie.

Nowe zagrożenie na horyzoncie

Druga połowa XIII w. to narodziny nowej potęgi na Bliskim Wschodzie — Turków osmańskich. W 1243r. Mongołowie najeżdżają Sułtanat Rumu, druzgoczą jego armię pod Köse Dağ, wskutek czego Mongołowie obejmują go Protektoratem. Ów Protektorat w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat znika z map dzieląc się na dziesiątki małych państewek-emiratów, wśród których znajdują się Osmanowie. Na początku XIV w. Anatolia jest już zturkizowana. Osmanowie rozpoczynają swoje podboje, szczególnie za pomocą tzw. „ghazi” – wojowników-kolonizatorów. W ciągu niecałych stu lat stają się największą potęgą na Bliskim Wschodzie. Tworzą doskonale naoliwioną machinę wojenną opartą na wojskowych feudałach – sipahowie, i fanatycznych wojownikach — janczarach. W 1365r. zdobywają Adrianopol, w 1371r. zaskakują i gromią 15-krotnie większą armię chrześcijan nad Maricą, a ostatecznie wdzierają się na Bałkany po bitwie na Kosowym Polu (1389r.), od tej pory w armii sułtanów regularnie służyć będą Europejczycy.

Brak wsparcia na morzu

Na początku XV w. Bizancjum jest w trakcie aktywnego rozkładu, niemal całkowicie wyludnione. Kiedyś wielkie i potężne, teraz posiada zaledwie Konstantynopol, kilka miast na wybrzeżu i Despotat Morei. Trzeba pamiętać jedno, w sytuacji, w jakiej znalazło się Bizancjum (bez żyznej Anatolii i krajem rozrzuconym po wyspach) konieczna jest władza na morzach. Na nieszczęście dla Greko-Rzymian morze nie należało do nich, nie należało też do Turków, a do trzeciej strony, której za żadne skarby nie można było ufać — Włochów (głównie Florentczycy i Genueńczycy). Włosi byli doskonałymi żeglarzami i kupcami, lecz bardzo egoistycznymi. Kolonizowali Bliski Wschód i próbowali wyciągnąć z handlu lewantyńskiego maksymalne korzyści. W efekcie zasłaniali się neutralnością, jednocześnie grając na dwie strony. Włosi stoją również za niechlubną IV krucjatą, która splądrowała Konstantynopol i ustanowiła Cesarstwo Łacińskie, które przetrwało zaledwie 50 lat (to jednak temat na inny raz).

Ratunek przychodzi ze Wschodu

Metaforyczna pętla zaciska się coraz mocniej na karku Bizancjum. Turcy coraz głębiej wchodzą w Bałkany. Widząc miernotę samego Konstantynopola, postanawiają go podbić, nawet jeśli samo miasto jest już cieniem dawnej chwały, to zdobycie najważniejszego bastionu wschodniego chrześcijaństwa przyniesie władcy wiele prestiżu, jednakże przegrana może oznaczać koniec kariery. Zdobycie tego miasta nie jest łatwe bez władzy na morzach, mury są bardzo mocne, a przedłużające się oblężenie może skutkować utworzeniem koalicji antytureckiej. Ostatnie obawy szczególnie się nasilają od początków lat 30. XV w., kiedy zapalczywy magnat siedmiogrodzki Jan Hunyadi wojuje na Bałkanach i udaremnia wiele tureckich planów, niszcząc przy okazji mit niezwyciężoności Osmanów. W 1402r. próby zdobycia Cesarskiego Miasta podjął się Bajezid I, szybko musiał od niego odstąpić, kiedy Timur Chromy (turko-mongoł), władca Środkowo-Wschodniego mocarstwa (i przy okazji jeden z najokrutniejszych wodzów w historii świata) rzucił mu „rękawice”. Timur nie życzył sobie upadku Bizancjum i rozgromił Bajezida pod Ankarą, zanim jednak zdołał definitywnie załamać potęgę Turków, to zmarł w podeszłym wieku (69 lat). Wnuk Bajezida, Murad II, przystąpił do oblężenia w 1422r., jednak jako że wcześniej nie umocnił swojej władzy to wycofał się równie szybko, jak dziadek, by zająć się problemami wewnętrznymi. Jak widać, niektórzy Turkowie bardzo chcieli zdobyć miasto.

Konstantynopol jest ruiną

Warto zwrócić uwagę na stan, w jakim było miasto w chwili rozpoczęcia oblężenia (kwiecień 1453r.), historycy szacują, że ludność stanowiła zaledwie 1/10 tej z XII w., czyli ok. 100 tysięcy mieszkańców i potrafili wystawić zaledwie 8-tysięczną armię. Niewiele. Wielkim ciosem dla Konstantynopola było jego złupienie przez krzyżowców. Możni z dynastii Paleologów zdołali go odzyskać, ale nie wrócili już do dawnej potęgi – walki z Turkami pochłonęły wszelkie środki finansowe i wielu ludzi. W XIII i XIV w. przez Konstantynopol przeszło wiele epidemii (w tym dżuma), a miasto było areną zmagań o naturze politycznej (wojny domowe) i religijnej (unia kościelna). Miasto było tak biedne, że zginęły klejnoty rodowe cesarza (prawdopodobnie sprzedane), a rządzącą dynastię (Paleologowie) czasami nazywano „dynastią żebraków”, z powodu swoich oszczędności — nie byli jednak złymi cesarzami. Warto również zwrócić uwagę na budowę miasta. Konstantynopol był gigantyczną metropolią, nawet w czasach świetności poszczególne dzielnice oddzielone były o siebie licznymi parkami. W XV w. zantagonizowało się to do tego stopnia, że poszczególnie dzielnice odgrodzone były murami i zamiast jednego wielkiego organizmu miejskiego istniało wiele pomniejszych. Zaskakujący jest fakt, że w obliczu upadku nagle odżyła nauka i sztuka.

Intrygi na dworze tureckim

Stwierdzenie, że wszyscy Turcy chcą Konstantynopola, jest błędne. Oczywiście są przesłanki ku takiemu stwierdzeniu, ale byłoby to strywializowanie osmańskiej polityki dworskiej. Na dworze istniały różne stronnictwa, z których jedno, świadome zagrożeń, chciało zostawić nieszkodliwe Bizancjum w spokoju. Do takiego stronnictwa należał Halil Pasza, opiekun młodego Mehmeda — przyszłego zdobywcy Konstantynopolu. Mehmed z czasem zaczął nienawidzić Halila i stracił go w roku 1453, niedługo po zakończeniu oblężenia. Nadmienię tylko, że polityka opiekuna mogła wynikać z podarunków otrzymanych od Greków — jest to wysoce prawdopodobne. Dlatego dorosły Mehmed nie otaczał się ludźmi z tego stronnictwa. Walka między stronnictwami trwa aż do 1453r., kiedy to zostaje zniszczone Bizancjum w akompaniamencie bezgłośnej obojętności.

Zmiana władzy tureckiej i zmagania Europejczyków na Bałkanach

Zanim Mehmed II doszedł o władzy rządził jego ojciec Murad II, i z tym wiąże się ciekawy aspekt. Powinniście znać katastrofalną w skutkach bitwę pod Warną (1444r.), gdzie na własne życzenie zginął Władysław Warneńczyk — bitwa, która wydarzyła się dzięki krzywoprzysięstwu chrześcijan i to właśnie oni ponoszą absolutnie całą winę za swoją zasłużoną klęskę – zarówno Jan Hunyadi, jak i Władysław Warneńczyk oraz Julian Cesarini. Murad powrócił do kraju i abdykował na rzecz syna, chciał odpocząć. Ostatecznie powrócił na tron dwa lata później przy okazji buntu janczarów, prawdziwym jednak jest fakt, że dużą rolę w odsunięciu od władzy Mehmeda pełnił Halil Pasza. Ostatecznie Mehmed wrócił na tron po śmierci ojca, w 1451r., i od razu zaczął planować zmniejszenie włazy Halila oraz zdobycie Konstantynopola. Na Bałkanach Europejczycy walczyli z różnym powodzeniem — raz wygrywali, raz przegrywali — dwoma ważnymi i jasnymi punktami byli Jan Hunyadi (bohater węgierski) i Jerzy Kastriota Skanderbeg (bohater albański, który uaktywnił się po skutecznej krucjacie z roku 1443). Summa summarum Europa przegrała tę walkę. Dowodem na to jest przegrana bitwa pod Mohaczem (1526), która to w konsekwencji doprowadziła do rozbioru Węgier. Co nie jest w żaden sposób zaskakujące, jeśli z Turkami walczyło tylko Południe, a Zachód nawet nie zwrócił na to uwagi.

Unia kościelna

Wcześniej wspominałem o niepokojach, czy nawet konfliktach religijnych w samym Konstantynopolu. Trzeba pamiętać, że Wielka Schizma Wschodnia, w 1054r. podzieliła Kościół na dwie części — zachodni (łaciński) i wschodni (prawosławny). Nastąpiło to z szeregu ważnych lub mniej ważnych konfliktów, z czego najważniejszym była wyższość soboru nad papieżem (w prawosławiu), z czym nie zgadzali się łacinnicy. W ciągu następnych pięciu stuleci zdarzały się mniejsze lub większe konflikty między Kościołami, pierwsi chcieli zyskać władzę nad drugimi a drudzy nad pierwszymi. Wskutek tego w XIV w. zaistniała między nimi przepaść. Z inicjatywy Wschodu zaczęto pracować nad unią, która połączyłaby dwa Kościoły w jeden. Oczywiście z racji pozycji, to Wschód miał się upodobnić do Zachodu. Spotkało się to z dużym niezadowoleniem społecznym. Było to logicznym następstwem. Bizantyjczycy taką zmianę traktowali jako zdradę wobec Boga co w połączeniu z ich światopoglądem (obecnie życie jest tylko wstępem do życia wiecznego, dlatego, jeśli zdradzimy Boga tutaj, to nie otrzymamy tego życia, dlatego lepiej zginąć broniąc Świętego Miasta przed Turkami) musiało się tak skończyć. Mimo licznych protestów Unia zostaje zawarta we Florencji (1439r.), a kościoły w Konstantynopolu zaczynają odprawiać msze w tradycji i języku łacińskim. Mieszkańcy w formie buntu, ostentacyjnie przestali chodzić do kościołów. Jaki był tego cel? To bardzo proste, Jan VIII Paleolog chciał tym posunięciem włączyć się w krąg katolickiej kultury i tym samym zwiększyć szansę na pomoc od papiestwa. Pomoc otrzymał, ale nie taką, jakiej się spodziewał, i to zbyt późno. Drugiego kwietnia 1453r. pod murami Konstantynopola stanęła blisko 120-tysięczna armia po przewodnictwem Mehmeda II, a towarzyszyła jej ogromna flota w sile stu statków. Rozpoczęła się ostatnia warta Cesarstwa Bizantyjskiego.

Koniec Konstantynopola

Konstantynopol nie miał siły przeciwstawić się tej ogromnej armii, ze względu na umocnienia mogliby się bronić długo, gdyby nie zabrakło pożywienia. Niestety, nie mieli dużo zasobów, a Turcy zablokowali ich drogę morską. Z czasem osłabli. Siły Bizancjum szacuje się na ok. 10 tys. ludzi (8 tysięcy Greków, 2 tysiące cudzoziemców [Florencja i Genua]) i 15 statków włoskich, a Turków tak jak wspomniałem wcześniej. Miasto broniło się przez 58 dni i jeśli przetrwałoby jeszcze parę dni, to Grecy mogliby zwyciężyć. Oczywiście Konstantyn grał na zwłokę, nadal liczył na pomoc od papieża i miast włoskich oraz krucjatę antyturecką, cesarz żył w nadziei. Turcy mieli też przewagę w artylerii, posiadali wśród nich kolosa (Bazylikę) stworzonego przez węgierskiego inżyniera, Urbana, którego pracę wcześniej odrzuciło Cesarstwo (z powodu braku pieniędzy). Do 22 kwietnia oblężenie nie szło po myśli Turków, przypuścili parę szturmów — każdy przegrali, a straty Greków były tak niewielkie, że można było je policzyć na palcach dwóch dłoni. Armaty też nie odnosiły skutków, duża w tym zasługa absolutnie genialnego i ofiarnego żołnierza-inżyniera z Genui — Giovanniego Giustininianego, który co noc naprawiał muru i stał się jedną z najważniejszych osób podczas oblężenia.

Bizantyjczycy wiedzieli, że kluczem do skutecznej obrony jest utrzymanie Złotego Rogu — zatoki na północ od miasta, z której kiedyś szturm przypuścili zwycięscy krzyżowcy. Rozciągnęli łańcuch z Konstantynopola do Pery (neutralna kolonia genueńska), który przecinał zatokę i uniemożliwiał jej przepłynięcie. Turcy nie chcieli wojny z Genuą, dlatego też nie zaatakowali Pery, znaleźli inny sposób. Wcześniej doszło do kilku starć między dwoma flotami, z których zwycięsko wychodzili Włosi i Grecy ze względu na ich umiejętności żeglarskie. 22 kwietnia Turcy zbudowali specjalne platformy dla statków i przetransportowali je przez Wzgórza Galackiego i wprowadzili część z nich do Złotego Rogu. Parę dni później w nocy Włosi zaatakowali statki tureckie, zasadzka nie udała się w pełni, jeden z kapitanów — Giacomo Coco — zaatakował zbyt wcześnie. Włosi bitwę przegrali, ale zadali Turkom spore straty. Na Złotym Rogu zapadł pat, nikt nie miał decydującej kontroli, Turcy jednak osiągnęli jeden ze swoich celów — odcięli Konstantynopol od zasobów rybnych. Po ataku ścięli marynarzy, a Grecy w odwecie ścięli jenieckich Turków. Sytuacja zaogniała się. W połowie marca zostali powstrzymani tureccy inżynierzy próbujący dokonać podkopu. W obozie tureckim było coraz bardziej nerwowo, w siłę rosło stronnictwo, które była za odstąpieniem od oblężenia.

Ostatecznie 25 maja Mehmed zorganizował zebranie ze swoimi doradcami. Halil Pasza mówił o odstąpieniu, podobnie paru innych doradców, Mehmed wysłał nawet propozycję pokoju, w zamian za oddanie posiadłości darował życie cesarzowi — Konstantyn odmówił. Pomimo sprzeciwu, 28 maja, Mehmed zorganizował szturm generalny, ogniska się paliły, grały bębny. Słysząc to, Grecy i Włosi uświadomili sobie, że nadszedł czas próby. Mieszkańcy przerażeni dokonali czegoś niezwykłego, co nie zdarza się często. Wszyscy, bez względu na wiarę, stosunek o cesarza czy unii kościelnej — wszyscy udali się na wieczorne obrzędy, dając wspaniały przykład Jedności. Konstantyn wygłosił przemowę, w której odwoływał się o Boga i starożytnej historii imperium, a po niej zaczął rozstawiać wojska. Mehmed atakował bardzo sprytnie, na całej długości murów, by maksymalnie rozciągnąć bizantyjskie wojska. Głównym celem jednakże była brama świętego Romana. Turcy przypuścili na nią trzy szturmy. Pierwsze poszli baszybuzucy, później anatolijczycy i na końcu janczarzy. Obrońcy byli bardzo heroiczni, odpierali ataki przez 4 godziny, bez wytchnienia, kiedyś jednak musiało im zabraknąć sił. Na dodatek spotkał ich splot niefortunnych wydarzeń.

Po strzale z arkebuza ciężko ranny zostaje Giustiniani i wycofuje się z grupą Genueńczyków, przez co niektóry będą nazywać go tchórzem i dezerterem. I tak Włoch umiera nazajutrz. To zdarzenie wywołało popłoch u Włochów, którzy zaczęli się wyłamywać. Bazylika trafia bardzo celnie i niszczy sporo fragment muru – 300 Anatolijczyków przedostaje się, lecz Grecy zdołali ich okrążyć i wyciąć w pień. Jeden z oddziałów, który robił wypady za miasto, przez nieuwagę nie zamyka małej Bramy-Bramy Cyrkowej, co zauważają Turcy i przypuszczają na nią szturm. Coraz więcej żołnierzy przedostaje się do miasta. Konstantyn, widząc to, odrzuca wszelkie insygnia cesarskie i rzuca się z mieczem na wdzierających się do miasta janczarów. Nie wiadomo jaki los spotkał jego ciało. Jedni mówią, że jego głowa wędrowało po rezydencjach muzułmańskich jako trofeum, inni, że nikt nigdy nie rozpoznał jego ciała, a jeszcze inni, że sułtan, będąc pod wrażeniem czynów Greków i samego cesarza stworzył dla niego specjalny grób na jeden z wysp Peloponezu. Niektóre dzielnice walczyły dalej, inne się poddały. Miasto zostało stracone. Widząc to, żeglarze kreteńscy i włoscy odpływają po uprzednio podniesieniu łańcuchu przez mieszkańców Pery.

Konsekwencje

To był koniec Konstantynopola, jaki był znany. Kościół Mądrości Bożej przerobiono na meczet, kilka innych splądrowano, jednak wiele z nich zostało nieruszonych. Podobnie sytuacja się miała z dzielnicami. Kilka z nich nie została ruszona w żadnych stopniu. Jest to zaskakujące i może wynikać z paru kwestii. Po pierwsze Mehmed II Zdobywca mógł być pod wrażeniem heroiczności i waleczności Greków. Po drugie te dzielnice dobrowolnie się poddały. Po trzecie, sułtan nie chciał forsować islamu na siłę, a chciał rządzić dwoma narodami (Turcy i Grecy) i te wykrojone dzielnice były ku temu przeznaczone. Następcy Mehmeda już nie byli tak dobrzy dla chrześcijan, z czasem kościoły były usuwane, a dzielnice turkizowane.

Upadek Konstantynopola był też definitywnym i symbolicznym końcem procesów, które zaczęły się już wcześniej. Moskwa staje się trzecim Rzymem, a odrodzona Rosja głównym filarem prawosławia (unia kościelna zostaje odwołana w 1484r.). Upada handel lewantyński w starej formie, a wraz z nim handlowe imperia Florentczyków i Genueńczyków. Przez Europę przechodzi nowa fala intelektualizmu, kiedy bizantyjscy profesorowie trafiają do Europy Zachodniej. Następuje rozwój artylerii.

Na koniec pasuje zadać dwa pytania:

1. Czy można było uratować Konstantynopol?

Tak, oczywiście. Wystarczyła pomoc z Zachodu. Papież wysłał statki, ale zanim dopłynęły do celu, to miasto zostało już zdobyte. Zachód nie interesował się tą sprawą, a Południe było zbyt zmęczone po Warnie. Ale! Nawet jeśli losy zostałyby odwrócone to, co z tego? Nadszedłby syn czy wnuk Mehmeda i ponowił szturm. Bizancjum nie miało ani materiałów, ani werwy, by się samodzielnie utrzymać, a co dopiero przejść do ofensywy w obliczu potęgi Osmanów. Można powiedzieć, że było to konieczne.

2. Co z tą Europą?

Rozumiem, że część Europy była zmęczona działaniami wojennymi i nie chciała się nad wyraz narażać, ale całkowite przemilczenie sprawy Bizancjum jest nie w porządku. Odeszły one w ciszy i przez wiele, wiele lat Bizancjum jest traktowane albo jako złe państwo, albo ignorowało się jego istnienie. Zachód uwielbiał kulturę grecką i rzymską jednocześnie całkowicie ignorując wkład Bizantyńczyków w jej kształt i zachowanie. Dodatkowo, Europa o chrześcijańskich wartościach dobitnie udowodniła, że zarówno wtedy, jak i teraz (i w każdym momencie) nie potrafi się zjednoczyć przeciwko zagrożeniu jakim był i nadal jest islam wojujący.

Bibliografia:

Steven Runciman, Upadek Konstantynopola

Steven Runciman, Dzieje wypraw krzyżowych T. 1

Edward Potkowski, Warna 1444

Marcin Gajec, Od Manzikertu do Antiochii. Syria w przededniu wypraw krzyżowych

Oryginalny tekst powstał 28.06.2017r.

P.S.

W dniu dzisiejszym uważam powyższy tekst za naiwny, stronniczy i krótkowzroczny.

Braterskie więzi czy więzi krwi? Recenzja filmu machinimowego autorstwa Sanda

Jakiś czas temu powiedziałem sobie: „W najbliższym czasie nie będzie tekstów na temat filmów machinimowych!” Powód był prosty, owe filmy są bardzo miałkie, uproszczone, ciężko rozwinąć swe myśli na ich temat. Nieważne czy będziemy mówić o kwestii audiowizualnej czy scenariuszowej. Stwierdziłem jednak, że teksty na temat machinimy mogą być dla mnie odskocznią, nie wysforowaną wysoko merytorycznie a jednocześnie, za pomocą konstruktywniej krytyki, pomagającą twórcom w naprawieniu części mankamentów.

Na pierwszy ogień poszedł film Sanda pt. Braterska więź”. Przyczyny takiego wyboru były trzy. Primo – w pewnych kręgach machinimowych, w których przebywam zapowiedzi tego filmu wywołały pewne zamieszanie – niestety w główniej mierze negatywne. Secundo – film był robiony przez długi czas i był wielokrotnie poprawiany. Tertio – Sand wyrobił sobie już pewną opinię, i byłem ciekaw jak sobie poradził, i czy za pomocą filmu udało mu się zrzucić z siebie część oskarżeń.

I tak, napisałem ten wstęp przed kilkoma dniami, ale czuje się w obowiązku powiedzieć jeszcze jedną rzecz, by nie zostać niewłaściwie odebrany. Nie oczekuje po machinimie wysokiego poziomu z racji jej charakteru, i dlatego na wiele rzeczy jest skłonny przymknąć oko. Niestety, w przypadku Braterskich Więzi nawet pobłażliwe traktowanie na niewiele się zda.

W zamyśle fabularnym historia opowiada o dwóch braciach – jeden fajtłapa (Vincent), drugi potrafi radzić sobie w życiu (Taz). Ten pierwszy przez brak pomyślunku w swoich działaniach wpada kłopoty i prosi drugiego o pomoc. Natomiast ten drugi chce pomóc, bo jest dobrym bratem, a wcześniej trzymał się z dala od rodziny. Ciśnie się na usta zdanie – to już było przedstawiane tak wiele razy, czy to w książkach, czy to w filmach. Wręcz można powiedzieć, że jest to odtwórcze, ale ze względu na dostępność materiałów, które można porównywać ze swoją koncepcją, można uznać to za bardzo bezpieczny film. Przy odrobinie chęci może wyjść z tego coś lepszego niż na co pierwotnie się zapowiada. W tym filmie jednak zabrakło albo chęci, albo umiejętności. Prawdopodobnie obu. Na dodatek twórca, który był zarówno reżyserem, montażystą, jak i scenarzystą, dobitnie pokazał, że nie posiadał absolutnie żadnej kontroli nad swoją pracą.

Kolejna rzecz na, którą warto zwrócić uwagę to dialogi, i sposób prowadzenia historii. Są one prowadzone w bardzo sztywny sposób, nie są z żadnej strony ciekawe, wręcz wymuszone, brakuje im polotu, czasami w dialogach występują zaraz po sobie te same informacje. Dlaczego są powtarzane? Dlaczego tracić na to cenne sekundy? Widz wie o co chodzi już po pierwszej informacji, nie jest mu potrzebna druga. To nie jest gra z serii Metal Gear Solid, gdzie protagonista zawsze musi zadawać durne pytania i powtarzać informacje. Występują niepotrzebne sceny – pierwszą scenę, która jest retrospektywą można spokojnie usunąć i film nie straci na tym, w absolutnie żaden sposób.

Owa pierwsza scena, kiedy bracia polują na ścierwojada posłuży mi jednak na zwrócenie uwagi na coś całkowicie innego. Twórca w pewnym momencie stwierdza, że historia dzieje się w nakreślonym przez niego uniwersum, i za pomocą argumentu moje uniwersum, moje zasady próbuje uzasadniać błędy logiczne. Zapomina jednak, że jakiekolwiek zasady działają w jego uniwersum, to primo – muszą być wewnętrznie spójne, a secundo – jeśli wprowadza się nowe zasady, to należy je wytłumaczyć. Oczywiście w kwestii budowania świata ten film leży i kwiczy – są wprowadzane motywy dotyczące ludzi czy organizacji, nigdy jednak nie dowiemy się np. jak nazywa się lord miasta, czy jakichkolwiek szczegółów o organizacji, z którą zadarli protagoniści (jej nazwy czy celów). Żeby tego było mało, to autor postanawia dodawać rzeczy stricte wyjęte z Gothica – ścierwojady czy świątynia Innosa. To w końcu jest to uniwersum Gothica czy jakieś osobne?

Punktem centralnym całej historii jest zdobycie księgi, i choć będzie tu mowa nieco o spojlerach, to muszę o tym napisać, z racji prymitywizmu wykorzystanych środków. Bohaterowie chcą spłacić swój dług wobec tajemniczej organizacji (ot, której przypomnę, nie wiemy prawie nic – no, może poza faktem, że lubią latem zakrywać twarz szalikiem w ciągu dnia), antagonista (u, którego ciężko zauważyć jakiekolwiek motywy) zleca im kradzież księgi z domu lorda miasta, czy też zarządcy. I tu zaczyna się najlepsze. Kiedy protagonista próbuje się dowiedzieć coś więcej na jej temat, jego adwersarz go jedynie zbywa – wskutek tego widz nie wie o co chodzi (czym jest księga, dlaczego jest ważna, czy ma związek ze skarbnikiem, o którym była mowa wcześniej – to jedynie domysły, nie ma żadnego solidnego argumentu przemawiającego za tym), ale nie wie i Taz (nie wie gdzie znaleźć księgę [poza ogólną lokalizacją], nie wie jak się nazywa, jak wygląda okładka, nie wie nic, co mogłoby nakierować go na księgę, żeby mógł ją znaleźć). Następuje tu wprost gigantyczna przepaść między wiedzą scenarzysty, a wiedzą bohaterów w filmie oraz samych widzów. Ale to nie koniec, o nie, nie, nie! Sama księga jest McGuffinem par excellence. Prowadzi fabułę do przodu, definiuje motywację bohaterów (choć głównie jednego z protagonistów), i sam z takimi rozwiązaniami nie mam absolutnie żadnego problemu, pod warunkiem, że jest on odpowiednio zamaskowany, zaowalowany. Tutaj niczego takiego nie ma, jest ukazany bezpośrednio, w sposób prymitywny. Podobnie jest w zakończeniu gdzie jednak pojawia się deus ex machina, która rozwiązuje wszystko w sposób, którego widz nie mógł przewidzieć, bo nie ma on oparcia w poprzednich scenach.

W samym filmie pada sporo nielogoczności, które z łatwością można było wyeliminować. Autor nie ma pojęcia o ekonomii i stwierdza nagle, że 2000 sztuk złota to niewielka ilość. O ile nie były to monety o niskiej zawartości kruszcu, to taka ilość byłaby MAJĄTKIEM. W karczmie możemy spotkać ludzi, którzy nawet do piwa wybierają się w kolczudze i pikowanym kaftanie. W samym Golieth (czy jakkolwiek się to pisze) bohaterowie zaczynają ubierać się w przewiewne stroje, które przywodzą na myśl kulturę Środkowej Azji, ale nie ma absolutnie żadnej podstawy, dlaczego mieliby je nosić w środku lasu. Warto wspomnieć o strażniku, który wymagał glejtu (dlaczego był potrzebny) i jednocześnie sam miał uprawnienia do wpisywania glejtu (zwykły strażnik?). Zresztą podczas akcji w Golieth ujęcia pokazują pewien kryształ w taki sposób, który sugerował, że jest istotny. Ostatecznie okazało się to niczym ważnym, było efektem nieumiejętności kadrowania przez twórcę. Takich rzeczy można, by wymieniać więcej, ale to nie do końca moja rola.

Żeby nie być tak do końca negatywnym, to nadszedł czas na wymienienie plusów. Za taki możemy uznać kameralną obsadę, postaci jest jedynie trzech i dodatkowo zapychacze przestrzeni w formie strażników i im podobnych. Niestety autor nie wykorzystał potencjału tego rozwiązania. Nie opowiedział nam nam o nich więcej, nie wszedł w iimch psychologię. A szkoda. Czego jednak można oczekiwać od filmu, którego sceny możemy policzyć na palcach jednej ręki? Pod względem technicznym widać progres w stosunku do poprzedniego filmu, choć i tu daleko droga do ideału. Muzyka momentami była zbyt natarczywa, wspomniane wcześniej kadrowanie również nie należało do najlepszych (przez co film tracił potencjał wizualny), była conajmniej jedna sceny kiedy na jedno ujęcie składały się dwa klipy – podobne, ale nie takie same – przez co wywołały efekt podskoczenia bohatera. Aktorzy za wiele tu do grania nie mieli, słychać było, że Kubacz bawił się głosem.

Podsumowując, film jest lepszy od poprzedniego filmu Sanda (tj. Próba Argosa), lecz zbyt wiele rzeczy w nim zawiodło, bym mógł wyrazić o nim pozytywną opinię. Niestety film należał do kategorii tak złe, że aż nudne, a nie do kategorii tak złe, że aż śmieszne.

Szwedzki okres wojny trzydziestoletniej

Po zażegnaniu zagrożenia duńskiego i podpisania pokoju w Lubece (1629) cesarz Ferdynand II miał wolne ręce i czuł się bardzo pewnie. Posiadał bardzo silną armię pod wodzą Albrechta von Wallensteina, elektorzy domagali się jednak zwolnienia dowódcy i rozpuszczenia armii. Nie zważając na ich protesty, cesarz nadal prowadził politykę prokatolicką wydając tzw. edykt restytucyjny, który cofał sekularyzację ziem zakonnych. Tymczasem na północy, „cichy wróg” Ligi Katolickiej, Szwecja, która wspierała Duńczyków, po zawarciu pokoju z Polsku w 1629 r., również miała wolne ręce i dogodną sytuację dla interwencji w sprawy wewnętrzne Rzeszy.

Postać Wallensteina zaznaczyła się bardzo mocno już podczas duńskiego okresu wojny trzydziestoletniej. Nie zamierzał on jednak poprzestać na swoich sukcesach. Następny etap wojny miał okazać się, zarówno jego wzlotem, jak i upadkiem. W toku całej wojny raz po raz pokazywał swój niezwykły kunszt wojenny. Podczas powstania na Czechach udowodnił swoją lojalność wobec Habsburgów, zdradzając stany morawskie, których był pułkownikiem. Po wojnie z Czechami skupował za bezcen posiadłości ziemskie na ich terenie szybko przejmując ich ¼ powierzchni jako swoją własność. Cesarz uczynił go księciem Frýdlandu i Żagania. Podczas duńskiego etapu wojny Wallenstein z własnych środków ufundował armie dla cesarza i razem z generałem Tillym przeprowadził udaną ofensywę na w kierunku Holsztynu i Jutlandii za co otrzymał od cesarza Meklemburgię. Ostatecznie, w 1630r., na zjeździe w Ratyzbonie, wskutek gwałtownego ataku elektorów katolickich i protestanckich cesarz dymisjonuje Wallensteina

Największym wrogiem Rzeszy w tym okresie wojny okaże się Gustaw II Adolf, ówczesny król Szwecji. Gustaw charakteryzował się niezwykłą energicznością, talentem administracyjnym i wojskowym. Przeprowadził szereg reform: reformę kościelną wzmacniającą luteranizm jako państwową religię Szwecji, doprowadził do wzrostu wydobycia miedzi i żelaza, reformę oświaty opartą na laicyzacji i utworzeniu gimnazjów, najwięcej jednak środków poświęcił na reformę wojska – uzupełnił stan liczebny armii obcymi zaciągami, szlachta zobowiązana byłą do służby na koniu (rusttjänst), chłopi czynszowi służyli w tzw. rotar, a ci którzy nie służyli osobiście zobowiązani byli do płacenia specjalnego podatku wojennego – rotepenningar. Gustaw unowocześnił armię tworząc nową organizację, którą podstawą była piechota podzielona na brygady, regimenty, bataliony i kompanii. Charakterystyczną cechą były obecne w każdej jednostce lekkie działka, które znacząco zwiększały siłę piechoty zaopatrzonej w muszkiety. Ostatnią zasadniczą kwestią jest taktyka, które polegała na odbieraniu nieprzyjacielowi punktów, na których opierały się jego linie zaopatrzeniowe i siły wroga.

Szwecja chciała zaingerować w sprawy Rzeszy wcześniej, ale konflikty z Polską z lat 1625-1629 wiązał sporą cześć jej sił. Prowadzili ją z kilku powodów. Po pierwsze – w celu zabezpieczenie wschodniej flanki, którą zajmowali Polacy jako sojusznicy Habsburgów (kwestia działań lisowczyków jako tzw. „pierwszej odsieczy wiedeńskiej”. Po drugie – przejęcie dochodów z polskiego handlu morskiego. Po trzecie – rozstrzygnięcie sporu o Inflanty. Wojna toczyło się ze zmiennym szczęściem. Pomimo zwycięskich przez Polaków bitew pod Oliwą i Trzcianą oraz krytycznej sytuacji w Niemczech (zwycięstwo Wallensteina nad Chrystianem IV, wskutek tego wydarzenia król Szwecji coraz bardziej chciał przerzucić część wojsk na teren Rzeszy) Szwedom udało się zawrzeć korzystny pokój w Altmarku – Gdańsk został zdemilitaryzowany, a i samo miasto zawarło specjalną umowę ze Szwedami, które pozwoliło im na pobieranie ceł z polskiego handlu morskiego, co znacząco wpłynęło na ich finanse w przededniu inwazji na Niemcy.

Jak wcześniej wspomniałem po pokonaniu kolejnych trzech wrogów (Czechy, Palatynat, Dania) stał się bardzo pewny i wydał tzw. edykt restytucyjny (1629), która znacząco godził w interesy elektorów protestanckich. Według edyktu wszystkie majątki utracone na rzecz protestantów od rozejmu passawskiego miały wrócić do katolickich właścicieli. Edykt został wprowadzony wbrew radom Wallensteina, który zaczął tracić poparcie cesarze, i jak wcześniej zostało zauważone – został zdymisjonowany podczas zjazdu w Ratyzbonie. Sytuacja Ferdynanda II nie prezentowała się dobrze. Edykt wywołał większe protesty wśród protestantów niż cesarz się spodziewał, na dodatek popadł w konflikt z Liga Katolicką, gdzie punktem zapalnym była sprawa Wallensteina. Równocześnie do tych wydarzeń, w Niemczech desantu dokonał Gustaw II Adolf. Sprawa szwedzka pozostała początkowo zlekceważona przez Ligę Katolicką, sądzili oni, że Szwedzi chcą jedynie przywrócić Meklemburgię wygnanym książętom protestanckim, jako że Ferdynand II nadal Meklemburgię Wallensteinowi to nie poczuwali się oni do żadnej interwencji w obronie jego ziem.

Mimo dogodnej sytuacji politycznej Gustaw II początkowo nie odnosił w Rzeszy żadnych znaczących sukcesów, czy to natury militarnej, czy politycznej (mimo zdobyciem wysp Uznam i Wolin oraz sporej części Pomorza Przedniego nadal wielu książąt protestanckich nie chciało dołączyć do jego sprawy). Doskonale zdawał sobie sprawę, że potrzebuje sojuszników i środków pieniężnych, dlatego też rok 1630 był w dużej mierze spokojny i jedynie połowicznie udany. Protestanccy możni posiadający znaczną władzę – głównie elektor saski (Jan Jerzy) i brandenburski (Jerzy Wilhelm) nie kwapili się do poparcia Szwedów, obawiając się jej potęgi. Dopiero końcówka roku przyniosła wydarzenie, które pierwotnie nie zapowiadały zmiany koniunktury, ale w szerszej perspektywie bardzo pomogła Szwedom. Tym wydarzeniom było oblężenie Magdeburga. Książęta meklemburscy i administrator Magdeburga bardzo liczyli na działa króla Szwecji, co pozwoliłoby im na odzyskanie straconych terenów. Przyczyn oblężenia Magdeburga należy szukać w zachowaniu Wallensteina, który nie pałając sympatią do naczelnego generała Ligi Katolickiej (generał Tilly) wolał sprzedawać zboże meklemburskie w Hamburgu niż wysłać je na pomoc wojskom katolickim. Ostatecznie Tilly postanowił zdobyć Magdeburg w celu podreperowania swoich linii zaopatrzeniowych. Miasto padło w maju 1631 roku, podczas szturmu ktoś wywołał pożar i z dwudziestopięciotysięcznego miasta przeżyło jedynie pięć tysięcy osób, a sam Tilly więcej stracił niż zyskał po zdobyciu miasta. Duża część zaopatrzenia na, które liczył została stracona w pożarze, postawił jedynie Ligę Katolicką w gorszym świetle niż dotychczas.

Pożar Magdeburga okazał się kluczowym wydarzeniem podczas inwazji szwedzkiej. Wcześniej, w styczniu, w Bärwalde, Szwedom udało się dojść do porozumienia z Francją według którego uzyskali oni pomoc finansową, w zamian zobowiązali się przywrócić utraconą pozycję protestanckim książętom Rzeszy. Jeszcze w kwietniu, podczas zjazdu w Lipsku (odbywał się od lutego do kwietnia) elektor saski i brandenburski przyrzekali wierność cesarzowi. Ten pierwszy zmienił stronę po tragedii Magdeburga, a drugi został zmuszony do zmiany strony pod groźbą armat. Wzmocniwszy armię, Gustaw II mógł zmierzyć się ze swoimi najgroźniejszymi przeciwnikami – generałem Tilly i Wallensteinem. Do pierwszej walnej bitwy doszło we wrześniu pod Breitenfeldem, gdzie szwedzki król rozbił i zdziesiątkował wojska Tilly’ego. Te działania otworzyły mu drogę w głąb Niemiec – Szwedzi udali się na południowy zachód, a saskie wojska sprzymierzone na tereny Czech, gdzie w listopadzie zajęli Pragę.

Szereg zwycięstw jakie w krótkim czasie odniósł Gustaw II coraz bardziej przekonywały go do oderwania od cesarstwa księstw protestanckich i utworzenia z nich związku pod protektoratem szwedzkim, tzw. corpus evangelicorum. Poruszając się jeszcze bardziej na południe, u granic Bawarii, nad rzeką Lech, król szwedzki ponownie pokonał Tilly’ego, sławny i zwycięski generał z Białej Góry został ciężko ranny i wkrótce zmarł. Bitwa miała miejsce w kwietniu, następnie Gustaw zajął Augsburg i Monachium. Sytuacja Habsburgów stała się krytyczna, zagrożone zostały dziedziczne ziemi dynastii, król szwedzki zyskał wpływy, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Nie podobało się tego jego sojusznikom, szczególnie Francji, która niechętnie patrzyła na wzrost potęgi sprzymierzeńca i nie była z zadowolona z klęski Bawarczyków, którzy również byli ich sojusznikami. Wytworzyła się sytuacja, na którą czekał Wallenstein. Po śmierci Tilly’go to on był najbardziej doświadczonym i zwycięskim generałem cesarstwa, to w nim pokładano duże nadzieje. Nadszedł jego czas, by oczyścić się z niełaski. Jeszcze w kwietniu tego samego roku zawarł układ z Habsburgami w Göllersdorfie. Niestety nie jest znana jego treść, ale Habsburgowie musieli mu nadać dużą władzę, zarówno nad wojskiem, jak i w sferze politycznej.

Wallenstein od razu zaczął działać. Swoją ofensywę rozpoczął od odzyskania Czech, wkrótce potem połączył się z Maksymilianem Bawarskim i odparł wojska Gustawa II pod Alte Veste i Fürth (walki trwały od lipca do listopada). Król szwedzki całkowicie zawiódł się na swoich sojusznikach, którzy obecnie stanowili większą część jego armii. Wysuwał propozycję pokoju, gdzie warunkiem było anulowanie edyktu restytucji, pokój został odrzucony. Dwie armie spotkały się w Saksonii, nieopodal Lützen. Bitwa odbyła się 16 listopada i poskutkowała w bardzo licznych stratach po obu stronach. Zginął Pappenheim, jeden z generałów Ligi Katolickiej, zginął również Gustaw II Adolf. Wallenstein nie świętował jednak sukcesu, to Szwedzi wygrali, nie Habsburgowie. Po śmierci Gustawa dowództwo nad polem bitwy przejął książę Bernard Weimarski i to on poprowadził wojska szwedzko-saskie do zwycięstwa. Śmierć Gustawa nie przekreślała planów politycznych Szwecji, ale otwierała nowe perspektywy dla Habsburgów.

W tym momencie warto się zastanowić nad przyczynami interwencji Gustawa II w Rzeszy. Stanął w obronie protestantów, ale biorąc pod uwagę czas i okoliczności jego inwazji (pamiętajmy, że nawet mając związane ręce podczas konfliktu z Polską, Gustaw II nadal wspierał króla Danii – Chrystiana IV, podczas konfrontacji „duńsko-niemieckiej”, na dodatek poprzez układy z Rosją trzymał też w szachu Polskę, co nie przemawia za motywem obrony wiary) trudno wyobrazić sobie, żeby to była jego główny i “właściwy” powód. Obrona wiary i pomoc uciskanym protestantom brzmią szlachetnie i słusznie, ale nie mają wiele sensu biorąc pod uwagę perspektywę polityczną. Znacznie bardziej prawdopodobnym powodem była widoczna podczas ofensywy próba utworzenia związku składającego się z państw i państewek protestanckich pod protektoratem Szwecji – taki związek stanowiłby solidną przeciwwagę dla Habsburgów i Ligi Katolickiej. Ostatnim powodem, który mógł być przyczyną inwazji jest powiązany z drugim. Królowi Szwecji mogło chodzić może nie tyle o bycie hegemonem Europy (nie miało to na dłuższą metę przyszłości biorąc pod uwagę zasoby ludzkie i finansowe Szwedów), ale zmiana sił w Europie była już całkowicie prawdopodobna. Tak czy inaczej, jego plany spaliły na panewce, po części przez jego porywczość, nieraz ruszał na czele kawalerii podczas bitwy – to, co nie przyniosło negatywnych skutków podczas bitew z Tillym okazało się śmiertelne podczas konfrontacji z Wallensteinem.

Jak wspominałem wcześniej, sama śmierć Gustawa II nie przekreślała politycznych celów Szwedów, dowództwo przejęli najbliżsi współpracownicy zmarłego króla, z Bernardem Weimarskim i Alexem Oxenstiernem na czele. Razem udało im się dojść do porozumienia ze stanami protestanckimi w południowo-zachodnich Niemczech. Układ został nazwany ligą w Heilbronn (kwiecień 1633). Ligą przewodził kanclerz szwedzki.

Wallenstein przegrał bitwę pod Lützen, zdołał jednak zbiec. Cały rok 1633 poświęcił na prowadzenie polityki na własną rękę, niekoniecznie zgodnej z polityką Habsburgów. Bardzo nie w smak były im rozmowy prowadzone z protestantami. Dla Habsburgów, którzy mieli znacznie większe pole manewru po śmierci Gustawa II Wallenstein stawał się pierwsze niepotrzebny, a później wręcz przeszkodą. W pierwszej połówce roku prowadził negocjacje z Saksonią w celu zerwania sojuszu ze Szwedami, na te negocjacje miał pełne pomocnictwo cesarza. Nie miał go natomiast na negocjacje ze Szwecją, Francją i czeskimi emigrantami, z którymi również prowadził rozmowy. Solą w oku cesarza stały się rozmowy z czeskimi emigrantami, przez które przywarła do niego plotka, jakoby miał ambicję na czeską koronę. Z czasem plotki uległy radykalizacji i nie mówiono już o koronacji, a o rzekomych zdradliwych zamiarach wobec cesarza Ferdynanda II. Ostatecznie w lutym 1634 Wallenstein zostaje zabity w Eger z polecenia cesarza. Historiografia czeska ma niemały problem z ocenieniem działań Wallensteina. Stara szkoła historiografii czeskiej widziała w nim bohatera narodowego na wzór Napoleona, który miał ostatecznie wyzwolić Czechy spod panowania Habsburgów. Nowsza szkoła przedstawia go w negatywnym świetle, przyrównując go do egoistycznego kondotiera łasego na wyłącznie własny zysk. Prawda prawdopodobnie leży gdzieś pośrodku. Niezależnie od jego motywów, należy zdać sobie sprawę, że jego śmierć była ciosem dla emigracji białogórskiej, która z nim łączyła swoją przyszłość.

Wojna powoli wygasała. Szwedzi odnosili militarne sukcesy, a polityczni sojusznicy coraz bardziej się od nich oddalali. Członkowie Związku Heilbrońskiego mieli dość wojny i przede wszystkim finansowania Szwedów. Stany Zjednoczonych Prowincji wraz z Palatynatem nosiły się z zamiarem wystawienia własnej armii w celu uniezależnienia się od Szwecji. Francja była mocno zaniepokojona potęgą tego północnego kraju, a Brandenburgia i Saksonia prowadziły tajne rokowania z cesarzem. Jakby tego mało, jesienią 1633r. na tereny Rzeszy wkroczyła armia hiszpańska powracająca z Mediolanu i znacząco wzmocniła oddziały cesarskie. Po serii drobnych potyczek armia cesarska gromi Szwedów we wrześniu 1634 pod Nördlingen. Rozpada się Związek Heilbroński, a w maju 1635r. Saksonia podpisuje w Pradze pokój z cesarzem. Wkrótce pod aktem pokoju pojawiają się podpisy większości stanów niemieckich. Pokój w Rzeszy nie trwa jednak długo, w niedługim czasie Francja wypowiada wojnę Hiszpanii. Rozpoczyna się francusko-szwedzki okres wojny trzydziestoletniej.