Co za dużo, to niezdrowo – recenzja filmu Portal autorstwa Dextrona27

Powracam z następną recenzją machinimy! Kto się cieszy, ten się cieszy, a kto się nie cieszy, ten się nie cieszy. Podczas pisania ostatniej recenzji (która była dobrze przyjęta przez kilka osób, choć nie przez twórcę recenzowanego utworu) powiedziałem sobie – nie będę tworzył recenzji utworów, które nie mają zamkniętej fabuły lub są zbyt krótkie, dolnym limitem miało być 15 minut. I nagle piszę recenzję niespełna 8-minutowego filmu? Czuję, że muszę to wyjaśnić. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze jestem fanem horroru, choć bardziej literackiego, z zakresu weird fiction i horroru filozoficznego, ale Portal nie jest pierwszą próbą stworzenia horroru przez Dextrona, a nie było wielu rozbudowanych opinii na temat tych prób. Z tym wiążę się też druga rzecz, czyli chęć przekazania szerszej opinii dla ludzi z potencjałem, a Dextrona uważam za takiego człowieka. Oczywiście tym sposobem narażam się na atak na własną osobę, jak było w przypadku GPO czy Sanda, acz jestem w stanie to przeżyć.

Risen – Portal

Dziś krótko, bo i film krótki. Portal jest filmem osadzonym na szczątkowej fabule. Nie powinno to dziwić w przypadku tego gatunku. Bohater znajduje się na statku, który zaginął pośród mgły i protagonista przeżywa tam różne zaskakujące sytuacje, wypija napój, które sprowadza na niego koszmary. I tak to się toczy. Jedyne czego jesteśmy pewni, to fakt, że w pewnym momencie bohater spożywa napój, który sprowadził na niego szereg snów, które oglądamy w toku całego filmu. Reszta pozostaje domysłem. Jednak i tutaj mam pewne wątpliwości odnośnie tego co widać na ekranie. Nic nie zdaje się być takim, jakim jest przedstawiane.

Największym zarzutem dla tego filmu jest próba wrzucenia do niego rozmaitego typu “straszaków” i oczekiwanie, że na tak krótkiej przestrzeni czasowej wszystkie zadziałają. Więc mamy tu popularne w kinach jump scare’y, troszkę grozy opartej na przerażających potworach, nieco gęstej atmosfery osamotnienia i nadciągającej śmierci, a jeszcze inne elementy przypominają tzw. ghost story. Kiedy próbuje się używać tak wielu technik w tak zbitej formie to nie może wyjść z tego coś dobrego. Film upada pod własnym ciężarem. W połączeniu z mało przejrzystą fabuła, która do niczego nie zmierza i jest niezrozumiała oraz pozbawiona kontekstu powoduje, że widz odczuwa głównie zdezorientowanie – od początku aż do samego końca.

Film nie przypomina zamkniętej historii, a pewien misz-masz zupełnie nie powiązanych ze sobą elementów. Zupełnie jakby autor wpadł na kilka pomysłów, które uznał za dobre i postanowił je ze sobą połączyć. Poszczególne elementy nie zostały jednak poddane krytycznej analizie, tak samo jak i owej analizie nie został poddany film jako całość, przez co został pozbawiony unikalnego charakteru. Kwestia tempa czy impetu nie została zauważona przez twórcę. Owe elementy mocno tutaj kulały.

Mimo tych uchybień film nadal oglądało się całkiem dobrze. Muzyka była dobrze dobrana, budowała odpowiednią atmosferę, dubbing był na tyle przyzwoity, że nie przeszkadzał. I tutaj chciałbym się skoncentrować na jednej dodatkowej rzeczy. Widziałem, że autorowi zarzucało się, że nie ma korelacji między słowami bohatera, a akcją na ekranie. Przykładowo w pewnym momencie filmu bohater przechodzi przez pomieszczenie pełne tusz mięsnych, a dwie minuty później stwierdza, że na statku nie ma żadnego pożywienia. Pierwsza myśl? Błąd reżysera. Jednak może jest z tego inne wyjście! Jak wcześniej wspominałem autor zmienia bardzo szybko techniki prowadzenia historii i wprowadzania elementów grozy, co jak rozumiem jest efektem tego, że nie mamy do czynienia z jednym snem, a z wieloma – wypijanie napoju jest również snem. Wszystko jest snem. To lepiej tłumaczy zmiany w stylu, które jednak nadal są zbyt gwałtowne i zbyt częste. W przypadku takiego rozwiązania wynika, że ze scenariusza wypadło co najmniej kilka stron, a widz musi błąkać się po omacku. Po seansie nie wyjdzie ani zadowolony, ani przestraszony, ani oczyszczony.

Dextronowi życzę, by nadal kierował swoją twórczość w tę stronę. Niewiele mamy horrorów w polskiej machinimie, tym mniej dobrze zrealizowanych. Potrzebne  będzie lepsze wyważenie, zadbanie o odpowiednio tempo utworu, tak by widz mógł poczuć się zainteresowany jego filmem.

Advertisements

Braterskie więzi czy więzi krwi? Recenzja filmu machinimowego autorstwa Sanda

Jakiś czas temu powiedziałem sobie: „W najbliższym czasie nie będzie tekstów na temat filmów machinimowych!” Powód był prosty, owe filmy są bardzo miałkie, uproszczone, ciężko rozwinąć swe myśli na ich temat. Nieważne czy będziemy mówić o kwestii audiowizualnej czy scenariuszowej. Stwierdziłem jednak, że teksty na temat machinimy mogą być dla mnie odskocznią, nie wysforowaną wysoko merytorycznie a jednocześnie, za pomocą konstruktywniej krytyki, pomagającą twórcom w naprawieniu części mankamentów.

Na pierwszy ogień poszedł film Sanda pt. Braterska więź”. Przyczyny takiego wyboru były trzy. Primo – w pewnych kręgach machinimowych, w których przebywam zapowiedzi tego filmu wywołały pewne zamieszanie – niestety w główniej mierze negatywne. Secundo – film był robiony przez długi czas i był wielokrotnie poprawiany. Tertio – Sand wyrobił sobie już pewną opinię, i byłem ciekaw jak sobie poradził, i czy za pomocą filmu udało mu się zrzucić z siebie część oskarżeń.

I tak, napisałem ten wstęp przed kilkoma dniami, ale czuje się w obowiązku powiedzieć jeszcze jedną rzecz, by nie zostać niewłaściwie odebrany. Nie oczekuje po machinimie wysokiego poziomu z racji jej charakteru, i dlatego na wiele rzeczy jest skłonny przymknąć oko. Niestety, w przypadku Braterskich Więzi nawet pobłażliwe traktowanie na niewiele się zda.

W zamyśle fabularnym historia opowiada o dwóch braciach – jeden fajtłapa (Vincent), drugi potrafi radzić sobie w życiu (Taz). Ten pierwszy przez brak pomyślunku w swoich działaniach wpada kłopoty i prosi drugiego o pomoc. Natomiast ten drugi chce pomóc, bo jest dobrym bratem, a wcześniej trzymał się z dala od rodziny. Ciśnie się na usta zdanie – to już było przedstawiane tak wiele razy, czy to w książkach, czy to w filmach. Wręcz można powiedzieć, że jest to odtwórcze, ale ze względu na dostępność materiałów, które można porównywać ze swoją koncepcją, można uznać to za bardzo bezpieczny film. Przy odrobinie chęci może wyjść z tego coś lepszego niż na co pierwotnie się zapowiada. W tym filmie jednak zabrakło albo chęci, albo umiejętności. Prawdopodobnie obu. Na dodatek twórca, który był zarówno reżyserem, montażystą, jak i scenarzystą, dobitnie pokazał, że nie posiadał absolutnie żadnej kontroli nad swoją pracą.

Kolejna rzecz na, którą warto zwrócić uwagę to dialogi, i sposób prowadzenia historii. Są one prowadzone w bardzo sztywny sposób, nie są z żadnej strony ciekawe, wręcz wymuszone, brakuje im polotu, czasami w dialogach występują zaraz po sobie te same informacje. Dlaczego są powtarzane? Dlaczego tracić na to cenne sekundy? Widz wie o co chodzi już po pierwszej informacji, nie jest mu potrzebna druga. To nie jest gra z serii Metal Gear Solid, gdzie protagonista zawsze musi zadawać durne pytania i powtarzać informacje. Występują niepotrzebne sceny – pierwszą scenę, która jest retrospektywą można spokojnie usunąć i film nie straci na tym, w absolutnie żaden sposób.

Owa pierwsza scena, kiedy bracia polują na ścierwojada posłuży mi jednak na zwrócenie uwagi na coś całkowicie innego. Twórca w pewnym momencie stwierdza, że historia dzieje się w nakreślonym przez niego uniwersum, i za pomocą argumentu moje uniwersum, moje zasady próbuje uzasadniać błędy logiczne. Zapomina jednak, że jakiekolwiek zasady działają w jego uniwersum, to primo – muszą być wewnętrznie spójne, a secundo – jeśli wprowadza się nowe zasady, to należy je wytłumaczyć. Oczywiście w kwestii budowania świata ten film leży i kwiczy – są wprowadzane motywy dotyczące ludzi czy organizacji, nigdy jednak nie dowiemy się np. jak nazywa się lord miasta, czy jakichkolwiek szczegółów o organizacji, z którą zadarli protagoniści (jej nazwy czy celów). Żeby tego było mało, to autor postanawia dodawać rzeczy stricte wyjęte z Gothica – ścierwojady czy świątynia Innosa. To w końcu jest to uniwersum Gothica czy jakieś osobne?

Punktem centralnym całej historii jest zdobycie księgi, i choć będzie tu mowa nieco o spojlerach, to muszę o tym napisać, z racji prymitywizmu wykorzystanych środków. Bohaterowie chcą spłacić swój dług wobec tajemniczej organizacji (ot, której przypomnę, nie wiemy prawie nic – no, może poza faktem, że lubią latem zakrywać twarz szalikiem w ciągu dnia), antagonista (u, którego ciężko zauważyć jakiekolwiek motywy) zleca im kradzież księgi z domu lorda miasta, czy też zarządcy. I tu zaczyna się najlepsze. Kiedy protagonista próbuje się dowiedzieć coś więcej na jej temat, jego adwersarz go jedynie zbywa – wskutek tego widz nie wie o co chodzi (czym jest księga, dlaczego jest ważna, czy ma związek ze skarbnikiem, o którym była mowa wcześniej – to jedynie domysły, nie ma żadnego solidnego argumentu przemawiającego za tym), ale nie wie i Taz (nie wie gdzie znaleźć księgę [poza ogólną lokalizacją], nie wie jak się nazywa, jak wygląda okładka, nie wie nic, co mogłoby nakierować go na księgę, żeby mógł ją znaleźć). Następuje tu wprost gigantyczna przepaść między wiedzą scenarzysty, a wiedzą bohaterów w filmie oraz samych widzów. Ale to nie koniec, o nie, nie, nie! Sama księga jest McGuffinem par excellence. Prowadzi fabułę do przodu, definiuje motywację bohaterów (choć głównie jednego z protagonistów), i sam z takimi rozwiązaniami nie mam absolutnie żadnego problemu, pod warunkiem, że jest on odpowiednio zamaskowany, zaowalowany. Tutaj niczego takiego nie ma, jest ukazany bezpośrednio, w sposób prymitywny. Podobnie jest w zakończeniu gdzie jednak pojawia się deus ex machina, która rozwiązuje wszystko w sposób, którego widz nie mógł przewidzieć, bo nie ma on oparcia w poprzednich scenach.

W samym filmie pada sporo nielogoczności, które z łatwością można było wyeliminować. Autor nie ma pojęcia o ekonomii i stwierdza nagle, że 2000 sztuk złota to niewielka ilość. O ile nie były to monety o niskiej zawartości kruszcu, to taka ilość byłaby MAJĄTKIEM. W karczmie możemy spotkać ludzi, którzy nawet do piwa wybierają się w kolczudze i pikowanym kaftanie. W samym Golieth (czy jakkolwiek się to pisze) bohaterowie zaczynają ubierać się w przewiewne stroje, które przywodzą na myśl kulturę Środkowej Azji, ale nie ma absolutnie żadnej podstawy, dlaczego mieliby je nosić w środku lasu. Warto wspomnieć o strażniku, który wymagał glejtu (dlaczego był potrzebny) i jednocześnie sam miał uprawnienia do wpisywania glejtu (zwykły strażnik?). Zresztą podczas akcji w Golieth ujęcia pokazują pewien kryształ w taki sposób, który sugerował, że jest istotny. Ostatecznie okazało się to niczym ważnym, było efektem nieumiejętności kadrowania przez twórcę. Takich rzeczy można, by wymieniać więcej, ale to nie do końca moja rola.

Żeby nie być tak do końca negatywnym, to nadszedł czas na wymienienie plusów. Za taki możemy uznać kameralną obsadę, postaci jest jedynie trzech i dodatkowo zapychacze przestrzeni w formie strażników i im podobnych. Niestety autor nie wykorzystał potencjału tego rozwiązania. Nie opowiedział nam nam o nich więcej, nie wszedł w iimch psychologię. A szkoda. Czego jednak można oczekiwać od filmu, którego sceny możemy policzyć na palcach jednej ręki? Pod względem technicznym widać progres w stosunku do poprzedniego filmu, choć i tu daleko droga do ideału. Muzyka momentami była zbyt natarczywa, wspomniane wcześniej kadrowanie również nie należało do najlepszych (przez co film tracił potencjał wizualny), była conajmniej jedna sceny kiedy na jedno ujęcie składały się dwa klipy – podobne, ale nie takie same – przez co wywołały efekt podskoczenia bohatera. Aktorzy za wiele tu do grania nie mieli, słychać było, że Kubacz bawił się głosem.

Podsumowując, film jest lepszy od poprzedniego filmu Sanda (tj. Próba Argosa), lecz zbyt wiele rzeczy w nim zawiodło, bym mógł wyrazić o nim pozytywną opinię. Niestety film należał do kategorii tak złe, że aż nudne, a nie do kategorii tak złe, że aż śmieszne.

Cykl machinimowy #10 – Cały tydzień czekałem na deszcz

Tekst został pierwotnie opublikowany 29.03.2017r.

O Deszczowym tygodniu warto rozmawiać. Czymże jest? To krótki thriller machinimowy autorstwa Lestera561, umieszczony w uniwersum Gothica i rzekomo oparty na prawdziwych faktach. W to ostatnie jednak, bardzo ciężko uwierzyć.

Gothic – Deszczowy tydzień

Fabuła prezentuje się następująco:  seryjny morderca kobiet zostaje uniewinniony, bohater, który wrzucił go za kratki niemożebnie się wkurwia, w nocy ma koszmary, zaczyna padać deszcz, a  na następny dzień rozpoczynają się morderstwa, które maja nas doprowadzić do Niesamowitej Rewelacji. Niestety, jak to zwykle bywa, przyzwoity pomysł szybko pada “na glebę”, scenariusz łamie się pod własnym ciężarem, szybo pojawiają się sprzeczności i zagadkowe decyzje scenarzysty, a samo wykonanie nie jest na tyle dobry by to przysłonić. Prawdę mówiąc to ono jest najwyżej przeciętne, z kiepskimi momentami.

Bohaterów mamy niewielu, historia głównie opiera wokół kapitana Straży i jego pomocnika. Mamy też parę pobocznych postaci. Kapitan Straży Miejskiej, Walter – to figura buca i wiecznie wydzierającego się agresora do którego w żaden sposób nie można pałać sympatią. Pomocnik czy też jego podwładny to jakiś młodzieniec (Młody), który nie potrafi się postawić, i przez cały okres filmu jest mocno nijaki. Tak naprawdę nie ma powodu byśmy się zainteresowali tą historią. Nie ma tu ciekawych bohaterów ani dogłębnej analizy psychologicznej.

Film jest niemal przeciwnością realizmu. Kapitan Straży podczas śledztwa podpala miasto, grozi obywatelom bronią, okrada z ich dobytku, a w późniejszej części filmu rzuca się z pięściami na swojego podwładnego nieomal go zabijając. Oczywiście (jakżeby inaczej) nie czekają go żadne reperkusje ze strony swoich przełożonych. A to oczywiście nie wszystko. Problemy szczególnie ma końcowa faza filmu, lecz o tym nieco później.

Reżyser zamiast pokazać nam spiralę wydarzeń, która doprowadziła do szaleństwa bohatera pokazuje nam, że był on zawsze taki sam – spłaszcza jego charakter i dodaje krzyki. A to wielka szkoda. Zapadanie w szaleństwo może być interesującym motywem o ile dobrze wykonane. Tutaj jednak zostało tak uproszczone by zmieściło się już  w i tak bardzo ograniczone ramy czasowe filmu. Brakuje też ukazania motywacji pierwszego mordercy.

Montażowo nie było najlepiej – zwróciłbym jednak uwagę na dwie sceny. Pierwsza: scena snu – moment ukrzyżowanymi kobietami i rzeźnikiem. Druga: scena pościgu po dachach w drugiej połowie filmu. Obie sceny mają wspólny mianownik – zostały zmontowano w ten sposób, że sceny na pozór dramatyczne nie powodują żadnych innych emocji jak tylko śmiech, a to duży problem. Odczuwam pewien dysonans przy jakości dialogów: są dobre,  są i złe. Dodatkowo postać Waltera – mimo, że Walter miał dubbingera, który ma niezłą jakość mikrofonu i jakieś tam umiejętności aktorskie to ciągłe darcie mordy zepsuło tę postać.

“Ciekawym” aspektem jest również postać żony (Matylda), jest to najprawdopodobniej najbardziej irracjonalny wątek. Poznajemy ją zrzędzącą, że małżonek będzie jadł wychłodzoną zupę, i z każdym kolejnym dialogiem narzeka, a widza irytuje coraz bardziej. Aż w końcu trafia do aresztu za to, że jest czarna, yyyy, znaczy dlatego, żeby była bezpieczna. W celi spotyka ją los który pozwoli jej rozmyślać nad sprawami ostatecznymi, i ostatecznie będzie mogła pogodzić się ze śmiercią za pomocą noża lub innego podobnego narzędzia. I mam z tym wątkiem dwa problemy. Po pierwsze – skąd kobieta miała nóż w celi, przed wprowadzeniem do celi powinny istnieć stosowne procedury – rewizja, która udaremniłaby wszelkie próby zrobienia sobie krzywdy. Niczego takiego nie ma. Druga kwestia to rzekome znęcanie się nad jej osobą przez męża – czy w jej pierwszej scenie czasem nie widzimy jak ona go do tego podjudza? Niezły masochizm.

Prawda jest taka że największe rozczarowanie miałem przy finale. Rozumiem mechanizmy Wielkiej Rewelacji i jak działa Zwrot Akcji Którego Się Nie Spodziewaliście, i tak, często może doprowadzić ono do racjonalnego “mindfucka” u widza, tutaj to jednak nie następuję. Widz dostaje porcję informacji, której nie był w stanie odczytać wcześniej. Albo jej nie było, albo została źle przedstawiona. Dlatego nie mógł się tego spodziewać, a nie do końca o to chodzi w takich zwrotach akcji. Jest to wymuszone i nielogiczne. Były to sceny z kategorii “powiedz, nie pokazuj”.  I nawet jeśli przyjmiemy że faktycznie tak mogło być, to i tak, jeśli cofniemy się do wcześniejszej połowy filmu to odkryjemy, że teraz zachowanie podwładnego jest zupełnie pozbawione sensu. Potencjał symboliki ciągłej ulewy również nie został należycie wykorzystany.

Na koniec dwa słowa o epilogu. Młody nie przyprowadził kapitana przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, a dokonał z kumplami samosądu. I za to dostał awans na kapitana? Lekko nietypowe. I to zakończenie. Historia się powtarza? Ironia losu? Nie możemy też zapomnieć o symbolice pustej butelki po winie.

Podsumowując, dostajemy toporny i nieprzemyślany film. Zbyt krótki i jednocześnie o zbyt wysokim tempie akcji. Do samego dzieła wrzucona jest masa rzeczy, która nie została nigdzie wytłumaczona. Kolejne sekwencje wydarzeń są sprzeczne wobec siebie. Zbyt wiele tutaj nie współgrało ze sobą by można było to nazwać dobrym czy też przyzwoitym filmem.

Cykl machinimowy #9 – Ziemia Niczyja

Tekst został pierwotnie opublikowany 31.08.2016r.

Powracam po niedługim okresie czasu, i myślę, że można proces pisania recenzji przyśpieszyć. Powinno się więc pojawiać więcej wpisów.

W miniony weekend obejrzałem film, a raczej pierwszy odcinek serialu Ziemia Niczyja, autorstwa Billy Machinima. Z tym reżyserem machinimy miałem do czynienia wcześniej, a raczej miałem zamiar mieć z do czynienia podczas teoretycznej recenzji serialu Dynastia. Niestety, po krótkim śledztwie,  dowiedziałem się, że brakuje odcinków, więc nie mogę poznać rozmaitych procesów, wątków przyczyno-skutkowych, skutkiem więc była rezygnacja.

Ziemia Niczyja Epizod I

Sam serial Ziemia Niczyja “wpadł w me oczy” z polecenia. Zwykle nie oceniam serialów jeśli nie są one ukończone, ponieważ nie widzą ich ostatecznej formy. W perspektywie całego serialu wątki mogą być czymś innym niż w jednym odcinku, nie sposób ocenić tematu filmu, schematów czy tropów.

Jednakże stwierdziłem, że podejmę pewną próbę. Został wydany zaledwie jeden odcinek, więc o recenzji czy rzetelnej ocenie nie ma tu absolutnie żadnej mowy. Pokrótce opisze jedynie moje wrażenie, moje nadzieje na to co się może z tymże serialem stać. Zamykając wstęp powiem, że machinima oparta jest na silniku gry Gothic II.

Reżyser serialu przenosi nas w nieznany setting, nie znamy miejsca ani czasu akcji. Lecz wydaje się on być podobny do Gothica, nieco brutalniejszy – czasami niepotrzebnie.

Stwierdzenie, że “technicznie film nie stoi na wysokim poziomie” to duże niedopowiedzenie. Ujęcia nie są zachwycające, zdarzają się nietypowe i “drżące” ruchy kamerą, aktorzy często mieli kiepskie mikrofony i kilku momentach solidnie zawalili przedstawianie roli i emocji. To właśnie dubbing jest najgorszą warstwą i stanowi spory rozbrat z innymi elementami filmu. Muzyka też jest nieco za głośna i próbuje nad wyraz natarczywie stworzyć sobą klimat poszczególnych scen.

Akcja filmu przenosi nas na wyspę, lub miasteczko portowe, gdzie poznamy kilku bohaterów, których losy się wzajemnie przeplatają. Są bracia – ambitny urzędnik, który zabiera farmerowi ziemie z racji tego, że ten nie płaci od roku podatków oraz wyważony i doświadczony kapitan lokalnej straży.  Jest skazaniec, morderca, który czeka na wyrok. I rodzina farmerów z nadpobudliwym synem, którzy po utracie majątku ziemskiego, szukają sposobu na rozpoczęcie nowego życia.

Urzędnik – figura ambitnego gościa, który zrobi wszystko by piąć się wyżej, podstępny i śliski typ, na dodatek tchórz

Kapitan – brat urzędnika, ćwiczy swoich żołnierzy, i przy okazji traktuje ich (a przynajmniej jednego z nich) bardzo nieuprzejmie, jak rozumiem stanowi również swego rodzaju eskortę więźnia, ciężko go polubić

Morderca – prawdopodobnie najnudniejsza z postaci. Z tego co pamiętam zabił dwie osoby, i wiozą go  gdzieś , by wymierzyć mu karę. Płaski i wykłada ekspozycję swojego charakteru i historii w ordynarny sposób.

Farmerzy – małżeństwo jest spoko, po utracie farmy podejmują decyzję o wyjeździe w kierunku lepszego życia, gorzej z ich synem, jest irytujący i bardziej dziecinny niż Kylo Ren w Przebudzeniu Mocy (patrz: wybuchy złości)

Wiarygodnym przedstawieniu charakterów postaci nie pomagają dialogi, które mogłyby zostać znacznie poprawione. Natomiast to, co chciałem pochwalić, i chciałbym by było kontynuowane w przyszłości – relacje między bohaterami, które się rozwijają oraz zacieśnianie wątków miedzy nimi. Jeśli autor pójdzie w tę stronę, poprawi dialogi i technikalia to może wyjść z tego niezłe filmidło, czego mu życzę.

Jest tu potencjał, ale czy zostanie on choć w części wykorzystany? Zobaczymy.

Cykl machinimowy #8 – Powrót Zwiadowcy

Tekst pierwotnie został opublikowany 18.08.2016r.

Na moim blogu od bardzo długiego czasu nie pojawiała się żadna “recka”, mówiąc ściślej od ośmiu miesięcy. Obecnie podejmuję działania, które mają na celu rozruszanie kanału i bloga, więc wracam do recenzji.

Dzisiaj lub wczoraj (w zależności od tego jak szybko ukończę pisać ten wpis) obejrzałem Powrót Zwiadowcy, film zrealizowany na silniku gry Oblivion przez Pgrusa i MrObekfula, wspólnymi siłami. Są to reżyserzy, jedyni w swoim rodzaju, którzy przedstawiają całkiem inny sposób przedstawiania historii (szczególnie MrObekful) i chwała im za to.

Oblivion(MACHINIMA): Powrót Zwiadowcy (Lektor PL)

Na początku jeszcze wspomnę o jednym. Nie będzie to długi wpis. Film nie jest przesadnie długi, a sporą jego część zajmują walki, co nie znaczy, że jest to nudny seans – nuży jedynie jeden fragment o, którym wspomnę później.

Sama historia opowiada o losów zwiadowcy, który musi dowiedzieć się gdzie zaatakuje despotyczne Imperium i wrócić ostrzec rebeliantów, by ci mieli szansę wygrać wojnę. Wydaje się proste i takie jest. W całym filmie zresztą niewiele zwraca się na wątek Imperium, nie ma tu żadnych zabiegów politycznych. Liczy się jedynie zwiadowca i jego misja. I tutaj się przejawia bardzo ważna kwestia. Coś co Fryderyk Nietzsche nazywał dionizyjskim żywiołem, żywioł artystyczny pozbawiony harmonii. Takiego żywiołu nie da się w żaden sposób zmierzyć, więc można się kłócić, że większość akcji nie ma sensu, ale to nieprawda. Fabuła idzie naturalnym torem, nie ma dziur, a jedynie jest irracjonalna. Twórcy filmu robią co chcą, bo to mogą. To właśnie irracjonalizm i wyobcowanie są głównymi cechami filmu.

Irracjonalizm – bo jak inaczej nazwać działania antagonisty, który w jednej scenie nasyła całą swoją ekipę na tytułowego zwiadowca, a ten walczy w samych dżinsach, ciska błyskawicami, zrzuca kamienne lawiny. W innej scenie antagonista przyzywa 3! razy stado goblinów, a kocurek (którym jest zwiadowcą) nawala się z nimi gołymi rękoma! Nie musimy jednak szukać daleko. Na początku filmu protagonista przelatuje przez portal, biegnie naprzód potyka się na skale i zsuwa w dół niemal nieprzytomny. o przeczy zwyczajności i zdrowemu rozsądkowi.

Wyobcowanie – myślę, że tutaj warto przywołać scenę kiedy zwiadowca spotyka swoją nimfę, syrenę, która pomaga mu się zrelaksować. Rzecz się dzieje po tym jak protagonista porządnie oberwał i być może to majaki. Relaks kończy się w nieprzyjemny sposób choć widz, nie wie co się stało a może się jedynie domyślać. Tak czy inaczej kot musi się wycofać do jaskini na brzegu, której jego wybranka zostaje poddana dziwnej transformacji. Temat nie zostaje już więcej podjęty. Nie wiemy czy to faktycznie halucynacje czy nie. Ten fragment mocno izoluje widza od akcji, jako, że ten nie wie co o tym myśleć.

W porównaniu do poprzednik filmów MrObekfula jest tu lepsze wykonanie techniczne, współpraca wyszła na dobre, ogląda się to przyjemnie, gdzie te starsze filmy były bardziej toporne. Wcześniej wspominałem, że jeden z fragmentów mnie nużył. I tak było. Główna bitwa. Wynikało to z tego, że nie za bardzo wiedziałem o co tam chodzi i mi to bardziej przypominało losowe “urywki bitewne”. Sam film jednak warto obejrzeć.

Cykl machinimowy #7 – Czas pogardy? (dodać link i miniaturę)

Tekst został pierwotne opublikowany 29.12.2015r.

Gothic – Czas pogardy Odcinek 1

Gothic – Czas pogardy Odcinek 2

Gothic – Czas pogardy Odcinek 3

Na mój warsztat dzisiaj wezmę poważny film machinimowy “Czas pogardy”. Film został stworzony przez XardasFilmStudio i stanowi niemal półgodzinną historię. Słowami wstępu wspomnę tylko, że film mnie zaskoczył, przekroczył pewne granicę, muszę przyznać tak złej ekspozycji fabularnej nie widziałem od dawien dawna.

Przez większość filmu mój umysł zaprzątało pytanie “Co tu się kurwa dzieje?”, momentami również “Kim Ty kurwa jesteś, pajacu?”.Choć plan Xardasa na temat historii nie był zły – oto mamy alternatywną historię, gdzie orkowie okupują Khorinis, a później najemnicy ich obalają. W takiej formie historia nie mogła stanowić zatrważająco ciekawej historii, dało się jednak stworzyć z tego względnie przyzwoitą historię. Co poszło źle?

Przede wszystkim wprowadzenie. Nie tylko wprowadzenie w historię, ale również zapoznanie z bohaterami. Większość informacji pozostaje w sferze daleko posuniętych domysłów. Ot mamy jakąś grupkę żołnierzy królewskich, którzy przedostają się do miasta, by od środka rozwalić tę rebelię. Co ciekawe, od początku zaczynają oni polować na zdrajców, nie organizują jakiegoś wewnętrznej sieci ludzi, którzy mogliby im pomagać przygotowywać powstanie. Nieeee, nic takiego nie ma miejsca. Ci goście tylko otrzymują list od jakiegoś lorda (nigdy nie dowiadujemy się kim on jest) ze zleceniem zabójstwa, idą pod wskazane miejsce, zabijają cel i zmykają. I tutaj chciałbym się zatrzymać na chwilę, ponieważ dwie rzeczy nadzwyczaj mocno przykuły moją uwagę.

Jeden. Grupa żołnierzy zostaje wysłana, by odbić miasto strategiczne Khorinis. Ok. Dostają dokumenty, które zapewniają im drugą tożsamość, tym samym umożliwiając im przejście przez bramy miasta. Ok. I tu lista “ok” się kończy. Bohaterowie nie przechodzą przez żadną bramę, a opływają wyspę i do Khorinis docierają kanałami. Po co im były dokumenty? Nie wiem. W kanałach wita ich jakiś typ. Kim jest? Nigdy się tego nie dowiemy. Jak ich poznał? Nie pytajcie mnie o to, bo nie wiem. I tak jest przez cały film. Dezorientacja jest tu na porządku dziennym.

Dwa. Okazuje się, że typ z kanałów jest jakiś łącznikiem ze światem zewnętrznym, a przynajmniej tyle się domyślam. Bohaterowie otrzymują zlecenie od nieznajomego lorda. To kolejna postać o, której nic nie wiemy. Lecimy dalej. Chodzi o to, że w określonym miejscu ma być ich cel, który mają wyeliminować. Wszystko byłoby w porządku, tyle że gość stoi pod murkiem. Co on tam robi? Czekał na nich? Biorąc pod uwagę fakt że od napisania listu do dotarcia naszych protagonistów na miejsce musiało minąć trochę czasu to jakim po cholerę on tam tak długo stoi? Inna sprawa, że gra go Moras i kiedy swoim panikarskim głosem się wydrze to kobieta stojąca 10m od nich powinna się zorientować lub chociaż zaniepokoić.

Z breakiem reaktywności jest tu większy problem. Nie ma sceny by jakakolwiek zareagowała na cokolwiek. Kiedy zostaje wybita obstawa orkowego szamana tego to zupełnie nie obchodzi. Ba, innych członków obstawy nie obchodzi nic, a nic, że po kolei są wybijani.Brak reakcji, brak emocji, brak komentarza. Nic. Całkowite null. To wszystko boli. Może warto też zwrócić uwagę na antagonistę?

Jest i takowy. Szalony dowódca najemników, którzy chce przejąć władzę nad miastem i nad orkami. Jego plan? Zabić szamana – dziwne, że to szaman dowodzi orkami, a nie herszt czy inny wódz. Kiedy plan się powodzi gość ma już absolutną władzę nad orkami, żaden się nawet nie odezwie. Między protagonistami a antagonistą nie ma żadnego związku. Każdy robi coś co nie ma reperkusji po drugiej stronie barykady. Żaden z nich nie ma ani motywacji, ani charakteru. Jeszcze do antagonisty można przypiąć łatkę charakteru, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że autor scenariusza poszedł na łatwiznę i nie uzasadnił szaleństwa tegoż bohatera. Wobec braku tych elementów film staje się bezkształtną breją. Jest to jedno z najgorszych doświadczeń pod względem budowania fabuły, ma jednak jedną zaletę, której nie mogę pominąć. Nie męczyłem się przy nim, często chwytałem się za głowę z niedowierzania, ale czas przeleciał względnie szybko. Film był tak zły, że aż śmieszny. Rozśmieszył mnie. I wcale nie to nie był szyderczy śmiech tylko szczere parskania i uśmiechy.

I tak właśnie prezentuje się cały film Czas Pogardy. Jeden z kandydatów do tegorocznych Złotych Innosów. Przed końcem stycznia prawdopodobnie powstanie jeszcze jedna recenzja odnosząca się również do filmu, który bierze udział w tym plebiscycie.

Cykl machinimowy #6 – Diamentowa Kompania – Jesteśmy dumnymi kliszami

Pierwotny tekst został opublikowany 14.11.2015r.

Gothic 3 – Diamentowa Kompania

Na początek kilka słów wstępu. Moje wpisy począwszy od tego będą skupiały na ogólnym wrażeniu z obejrzanych filmów machinimowych. Na podstawie tych dzieł będę dochodził do konkretnych wniosków, nie będę znacząc rozwodził się nad poszczególnymi elementami filmu. Poniższe recki mają również prowokować powstawanie dyskusji na temat rzeczonych filmów. Tak więc zaczynamy.

Filmem o, którym chciałbym dziś porozmawiać jest Diamentowa Kompania autorstwa Raelaga2510. Jest to film wobec, którego mam bardzo ambiwalentną opinię. Z jednej strony do wielu rzeczy mógłbym się przyczepić. Z drugiej natomiast oglądało mi się ten film nadzwyczaj przyjemnie. Jest to film krótki więc nie bardzo się bardzo rozpisywał.

Zacznijmy od tego, że sam film został nakręcony w grze Gothic 3. Odważne posunięcie biorąc pod uwagę trudności jakie sprawia sama gra w kreowaniu filmów. Mała ilość machinim w tej grze wcale nie jest spowodowana faktem, że ludzie nie chcą kręcić w tej grze, a trudnością kręcenia. Jest ona dużo mniej przystosowana do tworzenia filmów niż druga część serii Gothic. W samym filmie też mamy dość częste przenikanie tekstur co po pewnym czasie zaczyna irytować, mimo, iż nie jest to błąd twórcy.

O czym natomiast opowiada sam film? Właśnie o tytułowej Diamentowej Kompanii, skromnej grupie nadzwyczajnych wojaków, najemników szwendających się od bitwy do bitwy…oraz od karczmy do karczmy. I powiecie: nic nadzwyczajnego. Jest gość umiejący przetapiać rudę z basowym głosem, super-szybki i super-zwinny gość posługujący się sztyletami czy dowódca kompanii, “rycerz” o szlachetnym obliczu posługujący się mieczem i tarczą. Wszystkie chłopy lubią chodzić na panienki i chlać. Krótko mówiąc chodzące klisze. Wielce ubolewam na dwoma faktami związanymi z tymi wojakami.

Pierwszy: są mało różnorodni, kiedy tworzymy już taką galerię klisz to niech każdy czymś się rożni, nie tylko bronią jaką się posługuję. Ciekawym eksperymentem byłoby dodanie kobiety do kompanii, kogoś na wzór Milvy czy Angouleme z uniwersum Wiedźmina. Takie zapożyczenie nie byłoby złe, szczególnie, że gadka w karczmie znacząco przypomina pewne dialogi z Wiedźmina 2.

Druga sprawa: nic o tych wojakach nie wiemy,  ani o grupie (poza historią z Dodo), ani o poszczególnych osobach. Nawet nie trzeba by znacząco rozwijać ich motywacji – napierdalanie dla samego napierdalania to nie jest zła myśl w tego rodzaju filmach. Wystarczyło, by powiedzieli coś o sobie. Od razu zrobiło by się ciekawej. Był na to czas i miejsce.

Kolejna rzecz na, którą zwrócę uwagę. Nie traktowałem tego filmu zupełnie poważnie. Wiele wskazywało tutaj na pójście w kierunku filmu akcji z bardzo rozrywkową i nieco głupawą fabułą – co ostatecznie miało miejsce. Wystarczy tutaj fakt ostatecznego rozwiązania wątpliwości dowódcy oddziału. Dzielni wojacy przywracają mu wiarę w dobre, i takie tam. Moralizowanie. Kto oglądał zdaje sobie sprawę, że to było niesamowicie banalne, i w wielu przypadkach byłby to bardzo duży błąd. Tutaj to jednak zadziałało ze względu na wszechobecną radość i uproszczenia. Jakie to uproszczenia? Wojna i wojaczka to nic strasznego, wszelkie złe aspekty zostały wyrzucone. Dzięki temu film się uchował w przyzwoitej formie.

W takim razie zapytacie co z królem? Taka ważna postać, et cetera, et cetera. Nie powinniście o niego pytać, bo nie powinniście go pamiętać. To całkiem okropny plot device, który swoimi dialogami ma uzasadnić obecność Diamentowej Kompanii. Widza nie obchodzi jego los, pełni bardzo marginalną rolę w fabule, na koniec zyskuje przydomek Święty, bo postawił kapliczkę. Hmmm…trochę irracjonalne. Swoją drogą ma wielki łeb, nie proporcjonalny do reszty ciała, w pewnym momencie zastanawiałem dlaczego został włączony kod na duże głowy. Plus dopasowanie aktora było tu dość kiepskie.

Nieco rozumiem, że mało czasu zostało poświęcone antagonistom, jako, iż głównym celem było pokazanie zajebistej Kompanii. Rozwinięcie wątku antagonistów musiałoby też się wiązać z rozwinięciem innych wątków, szczególnie króla lub jednego z najemników. Postać Xinusa nawet mnie zaciekawiła, chociaż koniec – obvious cliffhanger is obvious. Całość jednak pasowała do konwencji. Zawiodła mnie natomiast bitwa.

Jeśli miałbym ocenić film to ocena byłaby gdzieś w granicach 6/10

Obejrzeć film? Warto.

Ocena pod filmem. Łapa w górę.