Herezja na zamku Monteforte

Ostatni raz, kiedy spotkaliśmy się mówiąc o herezji, omawialiśmy tzw. herezję orleańską – pierwszy średniowieczny przypadek herezji w Europie. Dziś ruszamy dalej, do drugiego przypadku, który miał miejsce w roku 1028, tym razem stos zapłonął w północnych Włoszech, w Mediolanie.

Całą historię można opisać jednym zdaniem. Arcybiskup Mediolanu, Aribert, podczas objazdu po diecezji turyńskiej dostał informacje o rzekomej herezji  w pobliskim zamku Monteforte, udał się tam wraz z capitanei (oddziałem rycerzy), przepytał podejrzanego o herezję Gerarda i na podstawie dysputy o dogmatach uznał go winnego herezji, na końcu spalił jego i podobnych mu odstępców na stosie w Mediolanie. Cechą charakterystyczną dla tej herezji jest fakt, że dotyczyła ona głównie ludzi świeckich – od chłopów do hrabiny.

Podobnie jak w przypadku herezji orleańskiej, i tu odstępców charakteryzował intelektualizm oraz iluminizm. Nadzwyczajnym sytuacją jest jednak to, że Gerard nigdy nie próbował kryć swoich poglądów na wiarę, co więcej był wielce zadowolony z rozmowy z arcybiskupem. Stanowił on kwintesencję niezrozumiałych odstępców, którzy byli wyedukowani i mieli dostęp do różnych interpretacji Pisma Świętego, i na tej podstawie tworzyli własną wizję – w przypadku Gerarda były to pisma Dunsa Szkota Eriugeny, czerpał również inspirację z radykalnego ascetyzmu monastycyzmu zachodniego czy herezji mesaliańskiej związanej z monastycyzmem bizantyńskim.

Jak wyglądała wewnętrzna dyscyplina owej grupy? Spółkowanie traktowano jako zło i zostało zabronione. Dziewice miały pozostać dziewicami do końca życia, żonaci mężczyźni mieli traktować swoje żony jak, gdyby były ich matkami lub siostrami. Przestrzegali surowych postów, nie spożywali mięsa, a własność prywatna została przez nich całkowicie odrzucona. Osobna grupa, zwana starszyzną modliła się w dzień i w nocy (zmieniali się), i pilnowali by nikt nie złamał ślubów czystości. Gerard opisał filozofię sekty następująco: Wierzymy i wyznajemy Ojca, Syna i Ducha Świętego. Wierzymy prawdziwie, że zostajemy zobowiązani i zwolnieni ze zobowiązań przez tych, w których mocy jest zobowiązać i zwolnić ze zobowiązania. Trwamy zarówno przy Starym, jak i Nowym Testamencie oraz świętych kanonach i codziennie je czytamy. Dodał jednak słowa: Żaden z nas nie kończy żywota bez męczarni, tak abyśmy mogli uniknąć wiecznych męczarni. Tajemnicze męczarnie, narzucanie celibatu i surowej ascezy ogółowi. Te elementy spowodowały, że Aribert chciał dowiedzieć się więcej co Gerard sądzi o poszczególnych prawdach wiary.

Arcybiskup zapytał podejrzanego o cztery rzeczy: o Trójcę Świętą, O Chrystusa i jego fakt zrodzenia z Dziewicy, o poglądy na małżeństwo i na końcu o owe męki.

Na pytaniu o Trójcy Świętej wyszła jego znajomość neoplatońskich tekstów Eriugeny, których treść Aribert uznał za heretycką: Ojciec to wieczny Bóg, który stworzył wszystko na początku i w którym wszystko istnieje. Syn to duch człowieka (animus bominis), ukochany przez Boga. Duch Święty to zrozumienie boskich praw (intellectus divinarum scientiarum), przez które rządzone są jednostkowe rzeczy.

Zapytany o Chrystusa odpowiedział: Jezus, o którym mówisz, jest duchem urodzonym zmysłowo {sensualiter) z Dziewicy, takie jest rozumienie świętych pism. Według historyka Malcolma Lamberta arcybiskup uznał to za zaprzeczenie istnienia Chrystusa jako postaci historycznej i negację ortodoksyjnej doktryny.

Dalej padło pytanie o rolę małżeństwa i tu ostatecznie Gerard poległ. Całkowicie zanegował pozytywną rolę małżeństwa, widząc w nim zło, jako, że opierało się ono na spółkowaniu, które było dla sekty zepsuciem, widział alternatywę w odrzuceniu małżeństwa i pożycia seksualnego, co miało skutkować, że ludzie zaczną rozmnażać się  niczym pszczoły – symbol czystości. Po dalszej części przesłuchania Aribert dowiedział się, że heretycy mają własnego kapłana, odrębnego od hierarchii Kościoła. Zanegowany został autorytet papieża i sakrament kapłaństwa.

Odpowiedź na ostatnie pytanie było dość wymijające – Jeśli umieramy w mękach zadanych nam przez niegodziwców, przyjmujemy to z radością, lecz jeśli natura kiedykolwiek przybliża nas do śmierci, ten, który jest w pobliżu, zabija nas w jakiś sposób (quoquo modo), zanim wyzioniemy ducha – sugeruje jednak, że w grę wchodziło morderstwo.

Jeśli wierzyć słowom Landulfowi Starszemu, kronikarzowi opisującemu owe dzieje, Aribert posłał silny oddział rycerzy by uwięzili heretyków, ale ci wbrew woli kapłana postawili heretyków przed wyborem krzyża lub stosu. Część z nich wyparła się dawnych wierzeń, inna część zostając przy wierze z chęcią skakała w płomienie. Sekta została wyeliminowana z powodów praktycznych – zagrażała stabilności władzy w tamtejszym contado (gminie).

Następnego wpisu z serii o herezjach można oczekiwać w sierpniu. Powrócimy do Francji.

Advertisements

Herezja orleańska

Nieważne czy dana osoba jest zainteresowana historią czy też nie, nie ma praktycznie żadnej możliwości, żeby nigdy nie słyszała o Inkwizycji. Ta kontrowersyjna instytucja przeszła do świadomości zbiorowej głównie dzięki działaniom Hiszpańskiej Inkwizycji, której ofiary często się zawyża. Jej rozpoznawalność wzrosła jeszcze bardziej po skeczu Latającego Cyrku Monty Pythona, który dokonał satyry na owej instytucji. Trzeba jednak pamiętać, że o ile Hiszpańska Inkwizycja powstała pod koniec wieku XV, to początki Inkwizycji par excellence należy szukać w wieku XIII, za pontyfikatu Grzegorza IX (1227-1241), który w kwestii walki z heterodoksją kontynuował tradycje pozostawione przez Innocentego III (1198-1216). Wcześniej istniała również tzw. inkwizycja biskupia, która jednak przynosiła mizerne rezultaty. Głównym celem Inkwizycji były śledztwa w celu wykrycia heretyków i nakłonienie ich do powrotu na ścieżkę ortodoksji. W tym wpisie nie będę jednak poruszać tematu Inkwizycji (na to jeszcze przyjdzie czas), ale w przyszłości imię Innocentego III pojawi się na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś zajmę się natomiast jednym przypadkiem wczesnej herezji średniowiecznej. Przypadkiem na tyle istotnym, że primo, był pierwszym „incydentem” po długim okresie braku herezji w Europie (od czasów ariańskich Gotów), a secundo, wpłynął na traktowanie heretyków w przyszłości. To właśnie dzięki działaniom podjętym w tamtych czasach ugruntowała się ostateczna kara dla heretyków – spalenie na stosie. O samej karze, jej symbolice i znaczeniu powiem nieco więcej poniżej.

Kiedy słyszymy słowa „herezja orleańska” naszym naturalnym i pierwszym skojarzeniem jest postać Joanny d’Arc, jednej z bohaterek tzw. wojny stuletniej (1337-1453). Nie zagłębiając się w meandry tego jakże skomplikowanego konfliktu (czy raczej powiązanych ze sobą serii konfliktów) zauważamy, że Dziewica Orleańska faktycznie została spalona za herezję w Rouen w roku 1431. Jednak już 24 lata później została uniewinniona przez papieża Kaliksta III, a winą herezji i działania wbrew prawu kanonicznemu uznano zmarłego już biskupa Pierre’a Cauchona – głównego sędziego procesu w Rouen. Miasto Orlean jest jednak wiekowe. Było świadkiem wojen hugenockich, wojny stuletniej, podbojów Chlodwiga czy aktywności Juliusza Cezara w Galii. Zanim była Dziewica Orleańska, był Robert II Pobożny (996-1031) i spalenie duchownych w chacie za murami Orleanu w roku 1022.

W sprawie herezji orleańskiej źródeł mamy niewiele, jedynie wzmiankę w kartulariuszu sporządzonym przez Pawła, mnicha ze wspólnoty St. Pere de Chartres, który postanowił upamiętnić Aréfasta – normańskiego arystokratę, dobroczyńcę i członka owej wspólnoty. Kartulariusz powstał po roku 1078, a sam autor prawdopodobnie korzystał z libellusa bliskiego współpracownika Aréfasta. W dokumencie opisał mrożące krew w żyłach wydarzenia, które były jedynie zapowiedzią głębszych problemów w łonie chrześcijańskiej wspólnoty.

Zanim przejdę do głównej treści herezji, warto wspomnieć parę słów o samym mieście i tle historycznym. Orlean był znaczącym ośrodkiem edukacyjnym i kluczowym elementem w walce o władzę między królem Francji, Robertem Pobożnym i Eudesem II, hrabią Blois. Eudes pragnął połączyć swoje włości w Blois, Chartres i Tours – by tego jednak dokonać potrzebne mu było biskupstwo orleańskie. Nagle zdarzyło się sytuacja, że stanowisko biskupa Orleanu zostało zwolnione, sam król narzucił kapitule wybór Thierry’ego, który był protegowanym jego żony. Wobec sprzeciwu duchowieństwa Thierry nigdy nie został konsekrowany, parę lat później biskupem Orleanu został Odalryk (powiązany z Eudesem), sam Thierry udał się ze skargą do Rzymu, acz zmarł w trakcie podróży, tym samym stronnictwo królewskie odniosło porażkę. W roku 1022 do Orleanu został zwołany synod, któremu przewodzili król Robert wraz z małżonką – to tutaj doszło do skandalu.

Aréfast, nasz główny bohater, wywodził się z książąt normandzkich, był wasalem księcia Ryszarda II, sprzymierzeńca Eudesa II z Blois. O herezji dowiedział się od kapelana Heriberta, który zetknął się z nią w domu Stefana, który był spowiednikiem królowej i Lisoisa – kanonika Świętego Krzyża. Alarmując króla i za radą Evrarda, zakrystiana Chartres zaczął infiltrować środowisko heretyckie.

Sama treść herezji zbliżona jest do gnosis, do której dostęp uzyskiwać się miało poprzez ceremonię nałożenia rąk. W ten sposób nowicjusze zostawali oczyszczenie z grzechu i napełniały ich Dary Ducha Świętego. Heretycy odrzucali sakramenty i cielesność Chrystusa. Po owej iluminacji przechodzili na wyższy poziom bytowania, ponad wcześniejszy stan, żywili się niebieską strawą i doświadczali anielskich wizji. Owa niebieska strawa miała być według Pawła diabelskim wiatykiem (eucharystia podawana ciężko choremu lub umierającemu) sporządzonym z popiołów zamordowanego dziecka, będącego owocem nocnych orgii, podczas których każdy mężczyzna spółkował z każdą dostępną kobietą. Trzeba przyznać, niezbyt pozytywna wizja.

Aréfastowi udało się zdemaskować odstępców, a biskupowi Guarinowi z Beavuis wydobyć zeznania od Stefana i Lisoisa potwierdzające złamanie ortodoksji. Usprawiedliwieniem były głosy z niemateralnego świata, które ukazały im prawdę. Oskarżeni odrzucili dogmat Trójcy Świętej twierdząc, że sam “Duch Święty wyrył w ich sercach prawdę”, przedstawili również swoją wykładnię Prawa. Biskup prowadził z nimi długie rozmowy, próbując odwieść ich od herezji – całe jego starania poszły na marne, odstępcy pozostali przy swoim. W takiej sytuacji duchowni nie mogli zrobić nic innego jak wydać wyrok. Herezji wyrzekły się jedynie dwie osoby. Z reszty zostały zdarte szaty, a same osoby potępiono, zaprowadzono do chaty poza murami miasta gdzie spalono ich wraz ze wszelkimi rzeczami które posiadali oraz diabelskim wiatykiem.

Nie wyjaśnioną do dziś kwestią jest decyzja króla o spaleniu heretyków. Do wprowadzenia owej kary ma minąć jeszcze kilkaset lat. Jeśli sięgniemy dalej, to spotkamy się z sytuacją z roku 383, kiedy oskarżony o herezję manichejską Priscillian z Avilli faktycznie został spalony na stosie – jednak to nie za herezję został spalony, a za guślarstwo, a jak wszyscy doskonale wiemy, była to zwyczajowa kara za uprawianie czarów. Są dwie hipotezy na temat działań Roberta. Pierwsze odnosi się do symboliki ognia – jest on siłą oczyszczającą, która potrafi wyplewić zepsute ziarna herezji i przywrócić porządek społeczny. Druga mówi o wykorzystaniu starego rzymskiego prawa, które przewidywało śmierć na stosie dla określonych herezji (w Starożytnym Rzymie heterodoksja była również przestępstwom politycznym).

W dzisiejszej nauce dominuje pogląd, że kwestia wiatyku jest jedynie tradycją literacką. Na przestrzeni wieków heretyków przedstawiano w jak najgorszym świetle, byli szkalowani, miało to na celu stworzenie granicy pomiędzy “nami” a “nimi” i tym samym usprawiedliwienie działań podejmowanych przez przedstawicieli ortodoksji. W przypadku herezji orleańskiej nie mamy pewności na ile było to herezją (herezja sama w sobie istniała, ale była jedynie herezją intelektualną, która nie miała wielu zwolenników), a na ile była zagrywką polityczną.

W następnym wpisie dotyczącym herezji skupie się na tzw. diable z Monteforte

Upadek Konstantynopola [ARCHIWUM]

Znane są zapiski krzyżowców z XI i XII w., które mówią o wręcz niesamowitym bogactwie Konstantynopola, niektóre są wręcz nie do uwierzenia, np. kiedy krzyżowcy zatrzymali się u Aleksego I Komnena, w toku pierwszej krucjaty, to wspominali o posadzkach wykonanych ze złota, które można było podziwiać w wielu budynkach. Jeśli nawet te zeznania są podkolorowane, to nie można zaprzeczyć, że Cesarskie Miasto było znacznie bogatsze, większe i bardziej zaludnione od każdego z miast ówczesnej Europy. Szacuje się, że w XII w. mogło żyć tu nawet około miliona osób, oczywiście wtedy pod uwagę bierze się również przedmieścia. 29 maja 1453r. Turcy osmańscy zdobyli i złupili miasto — to wydarzenie, mimo że nie miało dużego znaczenia politycznego, to mocno zapisało się w historii i tożsamości Europejczyków. Stanowiło koniec pewnej ery. Zanim jednak do tego dojdziemy, to cofnijmy się troszkę w czasie.

Zdradzieccy Normanowie

Do końca X w. Bizancjum trzymało się względnie dobrze, co prawda stracili nieco terenów od czasów Justyniana I Wielkiego (głównie Europa i Afryka), ale zdołali wypracować skuteczne doktryny wojskowe przeciw Arabom, którzy w toku wieków stracili rozpęd i powoli staczali się w degrengoladę, dzieląc się na pomniejsze państewka. Jednakże w XI w. pojawiło się nowe zagrożenie — Turcy seldżuccy. Opanowali Armenię, kontratak przypuścił cesarz Roman IV Diogenes i doznał spektakularnej klęski pod Manzikertem (1071r.), która załamała potęgę Bizancjum. Roman Diogenes był kiepskim i mało charyzmatycznym wodzem, bez posłuchu u swego wojska, a jego armia składała się w dużej części z ludów najemnych (Normanowie czy Pieczyngowie), i w decydującym momencie bitwy dowódca normański – Roussel z Bailleul – zwrócił się przeciwko Bizancjum, reszta była formalnością. Popełniłem tu jednak mały błąd – Roussel nie tyle zwrócił się przeciwko cesarstwu, co w decydującym momencie bitwy wycofał swe wojska. Nie ma pewności czy były to zamierzone działania czy błąd w komunikacji między nim a cesarzem. Biorąc jednak pod uwagę późniejsze działania Roussela, nie możemy wykluczyć działania z premedytacją. Manzikert to jedno z najczarniejszych wydarzeń, jakie spotkało chrześcijaństwo w toku swojej historii, przynajmniej tak twierdził Sir Runciman, dziś jednak przyjmuje się, że to nie Manzikert zadecydował o przyszłości Bizancjum (szczególnie, że pół roku później zginął przywódca Turków, Alp Arslan, a jego państwo uległo rozprężeniu), a wojny domowe będące skutkiem śmierci Romana IV na polu bitwy. Na szczęście dla Bizancjum, Diogenesów obalili Komnenowie (i przy okazji powstrzymali Roussela przed stworzeniem własnego państwa w Anatolii), przeprowadzili konieczne reformy, a sytuacja się ustabilizowała. Jednakże kolejnym problemem, z jakim przyszło im się zmierzyć okazali się krzyżowcy.

Konsekwencje działań krzyżowców i ich upadek

Aleksy I Komnen wezwał rycerstwo zachodnie do obrony swoich ziem w imię wiary chrześcijańskiej, ale zamiast najemników, którymi by mógł pokierować, otrzymał zgraję rycerzy, którzy chcieli coś na tym ugrać dla siebie. Ocena krucjat nie jest łatwa, natomiast ludzie często traktują je jako wielkie zło (gdzie sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana), ja oczywiście się z takim poglądem zupełnie nie zgadzam. Krzyżowcy popełnili kilka błędów (jak rzeź Jerozolimy), czasami też zachowywali się po prostu głupio (działania Renalda z Châtillon). Historycy zgadzają się, że rzeź Jerozolimy była czynnikiem wyzwalającym nową falę fundamentalizmu religijnego (samo wydarzenie jednak nie odbiegało od ówczesnych standardów w postępowaniu względem miast, które się broniły). Sam bym to rozszerzył i stwierdził, że fundamentalizm religijny był konsekwencją, efektem ubocznym ekspansywnej polityki państw krzyżowców (Bizancjum stawiało na politykę obronną, i więcej zyskiwało, biorąc udział w intrygach przeciwko kolejnym władcom muzułmańskich). Ostatecznie państwa krzyżowe upadają w 1291r., kiedy ostatnia twierdza — Akka — zostaje przejęta przez Mameluków. Bizancjum zostaje same na Bliskim Wschodzie.

Nowe zagrożenie na horyzoncie

Druga połowa XIII w. to narodziny nowej potęgi na Bliskim Wschodzie — Turków osmańskich. W 1243r. Mongołowie najeżdżają Sułtanat Rumu, druzgoczą jego armię pod Köse Dağ, wskutek czego Mongołowie obejmują go Protektoratem. Ów Protektorat w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat znika z map dzieląc się na dziesiątki małych państewek-emiratów, wśród których znajdują się Osmanowie. Na początku XIV w. Anatolia jest już zturkizowana. Osmanowie rozpoczynają swoje podboje, szczególnie za pomocą tzw. „ghazi” – wojowników-kolonizatorów. W ciągu niecałych stu lat stają się największą potęgą na Bliskim Wschodzie. Tworzą doskonale naoliwioną machinę wojenną opartą na wojskowych feudałach – sipahowie, i fanatycznych wojownikach — janczarach. W 1365r. zdobywają Adrianopol, w 1371r. zaskakują i gromią 15-krotnie większą armię chrześcijan nad Maricą, a ostatecznie wdzierają się na Bałkany po bitwie na Kosowym Polu (1389r.), od tej pory w armii sułtanów regularnie służyć będą Europejczycy.

Brak wsparcia na morzu

Na początku XV w. Bizancjum jest w trakcie aktywnego rozkładu, niemal całkowicie wyludnione. Kiedyś wielkie i potężne, teraz posiada zaledwie Konstantynopol, kilka miast na wybrzeżu i Despotat Morei. Trzeba pamiętać jedno, w sytuacji, w jakiej znalazło się Bizancjum (bez żyznej Anatolii i krajem rozrzuconym po wyspach) konieczna jest władza na morzach. Na nieszczęście dla Greko-Rzymian morze nie należało do nich, nie należało też do Turków, a do trzeciej strony, której za żadne skarby nie można było ufać — Włochów (głównie Florentczycy i Genueńczycy). Włosi byli doskonałymi żeglarzami i kupcami, lecz bardzo egoistycznymi. Kolonizowali Bliski Wschód i próbowali wyciągnąć z handlu lewantyńskiego maksymalne korzyści. W efekcie zasłaniali się neutralnością, jednocześnie grając na dwie strony. Włosi stoją również za niechlubną IV krucjatą, która splądrowała Konstantynopol i ustanowiła Cesarstwo Łacińskie, które przetrwało zaledwie 50 lat (to jednak temat na inny raz).

Ratunek przychodzi ze Wschodu

Metaforyczna pętla zaciska się coraz mocniej na karku Bizancjum. Turcy coraz głębiej wchodzą w Bałkany. Widząc miernotę samego Konstantynopola, postanawiają go podbić, nawet jeśli samo miasto jest już cieniem dawnej chwały, to zdobycie najważniejszego bastionu wschodniego chrześcijaństwa przyniesie władcy wiele prestiżu, jednakże przegrana może oznaczać koniec kariery. Zdobycie tego miasta nie jest łatwe bez władzy na morzach, mury są bardzo mocne, a przedłużające się oblężenie może skutkować utworzeniem koalicji antytureckiej. Ostatnie obawy szczególnie się nasilają od początków lat 30. XV w., kiedy zapalczywy magnat siedmiogrodzki Jan Hunyadi wojuje na Bałkanach i udaremnia wiele tureckich planów, niszcząc przy okazji mit niezwyciężoności Osmanów. W 1402r. próby zdobycia Cesarskiego Miasta podjął się Bajezid I, szybko musiał od niego odstąpić, kiedy Timur Chromy (turko-mongoł), władca Środkowo-Wschodniego mocarstwa (i przy okazji jeden z najokrutniejszych wodzów w historii świata) rzucił mu „rękawice”. Timur nie życzył sobie upadku Bizancjum i rozgromił Bajezida pod Ankarą, zanim jednak zdołał definitywnie załamać potęgę Turków, to zmarł w podeszłym wieku (69 lat). Wnuk Bajezida, Murad II, przystąpił do oblężenia w 1422r., jednak jako że wcześniej nie umocnił swojej władzy to wycofał się równie szybko, jak dziadek, by zająć się problemami wewnętrznymi. Jak widać, niektórzy Turkowie bardzo chcieli zdobyć miasto.

Konstantynopol jest ruiną

Warto zwrócić uwagę na stan, w jakim było miasto w chwili rozpoczęcia oblężenia (kwiecień 1453r.), historycy szacują, że ludność stanowiła zaledwie 1/10 tej z XII w., czyli ok. 100 tysięcy mieszkańców i potrafili wystawić zaledwie 8-tysięczną armię. Niewiele. Wielkim ciosem dla Konstantynopola było jego złupienie przez krzyżowców. Możni z dynastii Paleologów zdołali go odzyskać, ale nie wrócili już do dawnej potęgi – walki z Turkami pochłonęły wszelkie środki finansowe i wielu ludzi. W XIII i XIV w. przez Konstantynopol przeszło wiele epidemii (w tym dżuma), a miasto było areną zmagań o naturze politycznej (wojny domowe) i religijnej (unia kościelna). Miasto było tak biedne, że zginęły klejnoty rodowe cesarza (prawdopodobnie sprzedane), a rządzącą dynastię (Paleologowie) czasami nazywano „dynastią żebraków”, z powodu swoich oszczędności — nie byli jednak złymi cesarzami. Warto również zwrócić uwagę na budowę miasta. Konstantynopol był gigantyczną metropolią, nawet w czasach świetności poszczególne dzielnice oddzielone były o siebie licznymi parkami. W XV w. zantagonizowało się to do tego stopnia, że poszczególnie dzielnice odgrodzone były murami i zamiast jednego wielkiego organizmu miejskiego istniało wiele pomniejszych. Zaskakujący jest fakt, że w obliczu upadku nagle odżyła nauka i sztuka.

Intrygi na dworze tureckim

Stwierdzenie, że wszyscy Turcy chcą Konstantynopola, jest błędne. Oczywiście są przesłanki ku takiemu stwierdzeniu, ale byłoby to strywializowanie osmańskiej polityki dworskiej. Na dworze istniały różne stronnictwa, z których jedno, świadome zagrożeń, chciało zostawić nieszkodliwe Bizancjum w spokoju. Do takiego stronnictwa należał Halil Pasza, opiekun młodego Mehmeda — przyszłego zdobywcy Konstantynopolu. Mehmed z czasem zaczął nienawidzić Halila i stracił go w roku 1453, niedługo po zakończeniu oblężenia. Nadmienię tylko, że polityka opiekuna mogła wynikać z podarunków otrzymanych od Greków — jest to wysoce prawdopodobne. Dlatego dorosły Mehmed nie otaczał się ludźmi z tego stronnictwa. Walka między stronnictwami trwa aż do 1453r., kiedy to zostaje zniszczone Bizancjum w akompaniamencie bezgłośnej obojętności.

Zmiana władzy tureckiej i zmagania Europejczyków na Bałkanach

Zanim Mehmed II doszedł o władzy rządził jego ojciec Murad II, i z tym wiąże się ciekawy aspekt. Powinniście znać katastrofalną w skutkach bitwę pod Warną (1444r.), gdzie na własne życzenie zginął Władysław Warneńczyk — bitwa, która wydarzyła się dzięki krzywoprzysięstwu chrześcijan i to właśnie oni ponoszą absolutnie całą winę za swoją zasłużoną klęskę – zarówno Jan Hunyadi, jak i Władysław Warneńczyk oraz Julian Cesarini. Murad powrócił do kraju i abdykował na rzecz syna, chciał odpocząć. Ostatecznie powrócił na tron dwa lata później przy okazji buntu janczarów, prawdziwym jednak jest fakt, że dużą rolę w odsunięciu od władzy Mehmeda pełnił Halil Pasza. Ostatecznie Mehmed wrócił na tron po śmierci ojca, w 1451r., i od razu zaczął planować zmniejszenie włazy Halila oraz zdobycie Konstantynopola. Na Bałkanach Europejczycy walczyli z różnym powodzeniem — raz wygrywali, raz przegrywali — dwoma ważnymi i jasnymi punktami byli Jan Hunyadi (bohater węgierski) i Jerzy Kastriota Skanderbeg (bohater albański, który uaktywnił się po skutecznej krucjacie z roku 1443). Summa summarum Europa przegrała tę walkę. Dowodem na to jest przegrana bitwa pod Mohaczem (1526), która to w konsekwencji doprowadziła do rozbioru Węgier. Co nie jest w żaden sposób zaskakujące, jeśli z Turkami walczyło tylko Południe, a Zachód nawet nie zwrócił na to uwagi.

Unia kościelna

Wcześniej wspominałem o niepokojach, czy nawet konfliktach religijnych w samym Konstantynopolu. Trzeba pamiętać, że Wielka Schizma Wschodnia, w 1054r. podzieliła Kościół na dwie części — zachodni (łaciński) i wschodni (prawosławny). Nastąpiło to z szeregu ważnych lub mniej ważnych konfliktów, z czego najważniejszym była wyższość soboru nad papieżem (w prawosławiu), z czym nie zgadzali się łacinnicy. W ciągu następnych pięciu stuleci zdarzały się mniejsze lub większe konflikty między Kościołami, pierwsi chcieli zyskać władzę nad drugimi a drudzy nad pierwszymi. Wskutek tego w XIV w. zaistniała między nimi przepaść. Z inicjatywy Wschodu zaczęto pracować nad unią, która połączyłaby dwa Kościoły w jeden. Oczywiście z racji pozycji, to Wschód miał się upodobnić do Zachodu. Spotkało się to z dużym niezadowoleniem społecznym. Było to logicznym następstwem. Bizantyjczycy taką zmianę traktowali jako zdradę wobec Boga co w połączeniu z ich światopoglądem (obecnie życie jest tylko wstępem do życia wiecznego, dlatego, jeśli zdradzimy Boga tutaj, to nie otrzymamy tego życia, dlatego lepiej zginąć broniąc Świętego Miasta przed Turkami) musiało się tak skończyć. Mimo licznych protestów Unia zostaje zawarta we Florencji (1439r.), a kościoły w Konstantynopolu zaczynają odprawiać msze w tradycji i języku łacińskim. Mieszkańcy w formie buntu, ostentacyjnie przestali chodzić do kościołów. Jaki był tego cel? To bardzo proste, Jan VIII Paleolog chciał tym posunięciem włączyć się w krąg katolickiej kultury i tym samym zwiększyć szansę na pomoc od papiestwa. Pomoc otrzymał, ale nie taką, jakiej się spodziewał, i to zbyt późno. Drugiego kwietnia 1453r. pod murami Konstantynopola stanęła blisko 120-tysięczna armia po przewodnictwem Mehmeda II, a towarzyszyła jej ogromna flota w sile stu statków. Rozpoczęła się ostatnia warta Cesarstwa Bizantyjskiego.

Koniec Konstantynopola

Konstantynopol nie miał siły przeciwstawić się tej ogromnej armii, ze względu na umocnienia mogliby się bronić długo, gdyby nie zabrakło pożywienia. Niestety, nie mieli dużo zasobów, a Turcy zablokowali ich drogę morską. Z czasem osłabli. Siły Bizancjum szacuje się na ok. 10 tys. ludzi (8 tysięcy Greków, 2 tysiące cudzoziemców [Florencja i Genua]) i 15 statków włoskich, a Turków tak jak wspomniałem wcześniej. Miasto broniło się przez 58 dni i jeśli przetrwałoby jeszcze parę dni, to Grecy mogliby zwyciężyć. Oczywiście Konstantyn grał na zwłokę, nadal liczył na pomoc od papieża i miast włoskich oraz krucjatę antyturecką, cesarz żył w nadziei. Turcy mieli też przewagę w artylerii, posiadali wśród nich kolosa (Bazylikę) stworzonego przez węgierskiego inżyniera, Urbana, którego pracę wcześniej odrzuciło Cesarstwo (z powodu braku pieniędzy). Do 22 kwietnia oblężenie nie szło po myśli Turków, przypuścili parę szturmów — każdy przegrali, a straty Greków były tak niewielkie, że można było je policzyć na palcach dwóch dłoni. Armaty też nie odnosiły skutków, duża w tym zasługa absolutnie genialnego i ofiarnego żołnierza-inżyniera z Genui — Giovanniego Giustininianego, który co noc naprawiał muru i stał się jedną z najważniejszych osób podczas oblężenia.

Bizantyjczycy wiedzieli, że kluczem do skutecznej obrony jest utrzymanie Złotego Rogu — zatoki na północ od miasta, z której kiedyś szturm przypuścili zwycięscy krzyżowcy. Rozciągnęli łańcuch z Konstantynopola do Pery (neutralna kolonia genueńska), który przecinał zatokę i uniemożliwiał jej przepłynięcie. Turcy nie chcieli wojny z Genuą, dlatego też nie zaatakowali Pery, znaleźli inny sposób. Wcześniej doszło do kilku starć między dwoma flotami, z których zwycięsko wychodzili Włosi i Grecy ze względu na ich umiejętności żeglarskie. 22 kwietnia Turcy zbudowali specjalne platformy dla statków i przetransportowali je przez Wzgórza Galackiego i wprowadzili część z nich do Złotego Rogu. Parę dni później w nocy Włosi zaatakowali statki tureckie, zasadzka nie udała się w pełni, jeden z kapitanów — Giacomo Coco — zaatakował zbyt wcześnie. Włosi bitwę przegrali, ale zadali Turkom spore straty. Na Złotym Rogu zapadł pat, nikt nie miał decydującej kontroli, Turcy jednak osiągnęli jeden ze swoich celów — odcięli Konstantynopol od zasobów rybnych. Po ataku ścięli marynarzy, a Grecy w odwecie ścięli jenieckich Turków. Sytuacja zaogniała się. W połowie marca zostali powstrzymani tureccy inżynierzy próbujący dokonać podkopu. W obozie tureckim było coraz bardziej nerwowo, w siłę rosło stronnictwo, które była za odstąpieniem od oblężenia.

Ostatecznie 25 maja Mehmed zorganizował zebranie ze swoimi doradcami. Halil Pasza mówił o odstąpieniu, podobnie paru innych doradców, Mehmed wysłał nawet propozycję pokoju, w zamian za oddanie posiadłości darował życie cesarzowi — Konstantyn odmówił. Pomimo sprzeciwu, 28 maja, Mehmed zorganizował szturm generalny, ogniska się paliły, grały bębny. Słysząc to, Grecy i Włosi uświadomili sobie, że nadszedł czas próby. Mieszkańcy przerażeni dokonali czegoś niezwykłego, co nie zdarza się często. Wszyscy, bez względu na wiarę, stosunek o cesarza czy unii kościelnej — wszyscy udali się na wieczorne obrzędy, dając wspaniały przykład Jedności. Konstantyn wygłosił przemowę, w której odwoływał się o Boga i starożytnej historii imperium, a po niej zaczął rozstawiać wojska. Mehmed atakował bardzo sprytnie, na całej długości murów, by maksymalnie rozciągnąć bizantyjskie wojska. Głównym celem jednakże była brama świętego Romana. Turcy przypuścili na nią trzy szturmy. Pierwsze poszli baszybuzucy, później anatolijczycy i na końcu janczarzy. Obrońcy byli bardzo heroiczni, odpierali ataki przez 4 godziny, bez wytchnienia, kiedyś jednak musiało im zabraknąć sił. Na dodatek spotkał ich splot niefortunnych wydarzeń.

Po strzale z arkebuza ciężko ranny zostaje Giustiniani i wycofuje się z grupą Genueńczyków, przez co niektóry będą nazywać go tchórzem i dezerterem. I tak Włoch umiera nazajutrz. To zdarzenie wywołało popłoch u Włochów, którzy zaczęli się wyłamywać. Bazylika trafia bardzo celnie i niszczy sporo fragment muru – 300 Anatolijczyków przedostaje się, lecz Grecy zdołali ich okrążyć i wyciąć w pień. Jeden z oddziałów, który robił wypady za miasto, przez nieuwagę nie zamyka małej Bramy-Bramy Cyrkowej, co zauważają Turcy i przypuszczają na nią szturm. Coraz więcej żołnierzy przedostaje się do miasta. Konstantyn, widząc to, odrzuca wszelkie insygnia cesarskie i rzuca się z mieczem na wdzierających się do miasta janczarów. Nie wiadomo jaki los spotkał jego ciało. Jedni mówią, że jego głowa wędrowało po rezydencjach muzułmańskich jako trofeum, inni, że nikt nigdy nie rozpoznał jego ciała, a jeszcze inni, że sułtan, będąc pod wrażeniem czynów Greków i samego cesarza stworzył dla niego specjalny grób na jeden z wysp Peloponezu. Niektóre dzielnice walczyły dalej, inne się poddały. Miasto zostało stracone. Widząc to, żeglarze kreteńscy i włoscy odpływają po uprzednio podniesieniu łańcuchu przez mieszkańców Pery.

Konsekwencje

To był koniec Konstantynopola, jaki był znany. Kościół Mądrości Bożej przerobiono na meczet, kilka innych splądrowano, jednak wiele z nich zostało nieruszonych. Podobnie sytuacja się miała z dzielnicami. Kilka z nich nie została ruszona w żadnych stopniu. Jest to zaskakujące i może wynikać z paru kwestii. Po pierwsze Mehmed II Zdobywca mógł być pod wrażeniem heroiczności i waleczności Greków. Po drugie te dzielnice dobrowolnie się poddały. Po trzecie, sułtan nie chciał forsować islamu na siłę, a chciał rządzić dwoma narodami (Turcy i Grecy) i te wykrojone dzielnice były ku temu przeznaczone. Następcy Mehmeda już nie byli tak dobrzy dla chrześcijan, z czasem kościoły były usuwane, a dzielnice turkizowane.

Upadek Konstantynopola był też definitywnym i symbolicznym końcem procesów, które zaczęły się już wcześniej. Moskwa staje się trzecim Rzymem, a odrodzona Rosja głównym filarem prawosławia (unia kościelna zostaje odwołana w 1484r.). Upada handel lewantyński w starej formie, a wraz z nim handlowe imperia Florentczyków i Genueńczyków. Przez Europę przechodzi nowa fala intelektualizmu, kiedy bizantyjscy profesorowie trafiają do Europy Zachodniej. Następuje rozwój artylerii.

Na koniec pasuje zadać dwa pytania:

1. Czy można było uratować Konstantynopol?

Tak, oczywiście. Wystarczyła pomoc z Zachodu. Papież wysłał statki, ale zanim dopłynęły do celu, to miasto zostało już zdobyte. Zachód nie interesował się tą sprawą, a Południe było zbyt zmęczone po Warnie. Ale! Nawet jeśli losy zostałyby odwrócone to, co z tego? Nadszedłby syn czy wnuk Mehmeda i ponowił szturm. Bizancjum nie miało ani materiałów, ani werwy, by się samodzielnie utrzymać, a co dopiero przejść do ofensywy w obliczu potęgi Osmanów. Można powiedzieć, że było to konieczne.

2. Co z tą Europą?

Rozumiem, że część Europy była zmęczona działaniami wojennymi i nie chciała się nad wyraz narażać, ale całkowite przemilczenie sprawy Bizancjum jest nie w porządku. Odeszły one w ciszy i przez wiele, wiele lat Bizancjum jest traktowane albo jako złe państwo, albo ignorowało się jego istnienie. Zachód uwielbiał kulturę grecką i rzymską jednocześnie całkowicie ignorując wkład Bizantyńczyków w jej kształt i zachowanie. Dodatkowo, Europa o chrześcijańskich wartościach dobitnie udowodniła, że zarówno wtedy, jak i teraz (i w każdym momencie) nie potrafi się zjednoczyć przeciwko zagrożeniu jakim był i nadal jest islam wojujący.

Bibliografia:

Steven Runciman, Upadek Konstantynopola

Steven Runciman, Dzieje wypraw krzyżowych T. 1

Edward Potkowski, Warna 1444

Marcin Gajec, Od Manzikertu do Antiochii. Syria w przededniu wypraw krzyżowych

Oryginalny tekst powstał 28.06.2017r.

P.S.

W dniu dzisiejszym uważam powyższy tekst za naiwny, stronniczy i krótkowzroczny.

Szwedzki okres wojny trzydziestoletniej

Po zażegnaniu zagrożenia duńskiego i podpisania pokoju w Lubece (1629) cesarz Ferdynand II miał wolne ręce i czuł się bardzo pewnie. Posiadał bardzo silną armię pod wodzą Albrechta von Wallensteina, elektorzy domagali się jednak zwolnienia dowódcy i rozpuszczenia armii. Nie zważając na ich protesty, cesarz nadal prowadził politykę prokatolicką wydając tzw. edykt restytucyjny, który cofał sekularyzację ziem zakonnych. Tymczasem na północy, „cichy wróg” Ligi Katolickiej, Szwecja, która wspierała Duńczyków, po zawarciu pokoju z Polsku w 1629 r., również miała wolne ręce i dogodną sytuację dla interwencji w sprawy wewnętrzne Rzeszy.

Postać Wallensteina zaznaczyła się bardzo mocno już podczas duńskiego okresu wojny trzydziestoletniej. Nie zamierzał on jednak poprzestać na swoich sukcesach. Następny etap wojny miał okazać się, zarówno jego wzlotem, jak i upadkiem. W toku całej wojny raz po raz pokazywał swój niezwykły kunszt wojenny. Podczas powstania na Czechach udowodnił swoją lojalność wobec Habsburgów, zdradzając stany morawskie, których był pułkownikiem. Po wojnie z Czechami skupował za bezcen posiadłości ziemskie na ich terenie szybko przejmując ich ¼ powierzchni jako swoją własność. Cesarz uczynił go księciem Frýdlandu i Żagania. Podczas duńskiego etapu wojny Wallenstein z własnych środków ufundował armie dla cesarza i razem z generałem Tillym przeprowadził udaną ofensywę na w kierunku Holsztynu i Jutlandii za co otrzymał od cesarza Meklemburgię. Ostatecznie, w 1630r., na zjeździe w Ratyzbonie, wskutek gwałtownego ataku elektorów katolickich i protestanckich cesarz dymisjonuje Wallensteina

Największym wrogiem Rzeszy w tym okresie wojny okaże się Gustaw II Adolf, ówczesny król Szwecji. Gustaw charakteryzował się niezwykłą energicznością, talentem administracyjnym i wojskowym. Przeprowadził szereg reform: reformę kościelną wzmacniającą luteranizm jako państwową religię Szwecji, doprowadził do wzrostu wydobycia miedzi i żelaza, reformę oświaty opartą na laicyzacji i utworzeniu gimnazjów, najwięcej jednak środków poświęcił na reformę wojska – uzupełnił stan liczebny armii obcymi zaciągami, szlachta zobowiązana byłą do służby na koniu (rusttjänst), chłopi czynszowi służyli w tzw. rotar, a ci którzy nie służyli osobiście zobowiązani byli do płacenia specjalnego podatku wojennego – rotepenningar. Gustaw unowocześnił armię tworząc nową organizację, którą podstawą była piechota podzielona na brygady, regimenty, bataliony i kompanii. Charakterystyczną cechą były obecne w każdej jednostce lekkie działka, które znacząco zwiększały siłę piechoty zaopatrzonej w muszkiety. Ostatnią zasadniczą kwestią jest taktyka, które polegała na odbieraniu nieprzyjacielowi punktów, na których opierały się jego linie zaopatrzeniowe i siły wroga.

Szwecja chciała zaingerować w sprawy Rzeszy wcześniej, ale konflikty z Polską z lat 1625-1629 wiązał sporą cześć jej sił. Prowadzili ją z kilku powodów. Po pierwsze – w celu zabezpieczenie wschodniej flanki, którą zajmowali Polacy jako sojusznicy Habsburgów (kwestia działań lisowczyków jako tzw. „pierwszej odsieczy wiedeńskiej”. Po drugie – przejęcie dochodów z polskiego handlu morskiego. Po trzecie – rozstrzygnięcie sporu o Inflanty. Wojna toczyło się ze zmiennym szczęściem. Pomimo zwycięskich przez Polaków bitew pod Oliwą i Trzcianą oraz krytycznej sytuacji w Niemczech (zwycięstwo Wallensteina nad Chrystianem IV, wskutek tego wydarzenia król Szwecji coraz bardziej chciał przerzucić część wojsk na teren Rzeszy) Szwedom udało się zawrzeć korzystny pokój w Altmarku – Gdańsk został zdemilitaryzowany, a i samo miasto zawarło specjalną umowę ze Szwedami, które pozwoliło im na pobieranie ceł z polskiego handlu morskiego, co znacząco wpłynęło na ich finanse w przededniu inwazji na Niemcy.

Jak wcześniej wspomniałem po pokonaniu kolejnych trzech wrogów (Czechy, Palatynat, Dania) stał się bardzo pewny i wydał tzw. edykt restytucyjny (1629), która znacząco godził w interesy elektorów protestanckich. Według edyktu wszystkie majątki utracone na rzecz protestantów od rozejmu passawskiego miały wrócić do katolickich właścicieli. Edykt został wprowadzony wbrew radom Wallensteina, który zaczął tracić poparcie cesarze, i jak wcześniej zostało zauważone – został zdymisjonowany podczas zjazdu w Ratyzbonie. Sytuacja Ferdynanda II nie prezentowała się dobrze. Edykt wywołał większe protesty wśród protestantów niż cesarz się spodziewał, na dodatek popadł w konflikt z Liga Katolicką, gdzie punktem zapalnym była sprawa Wallensteina. Równocześnie do tych wydarzeń, w Niemczech desantu dokonał Gustaw II Adolf. Sprawa szwedzka pozostała początkowo zlekceważona przez Ligę Katolicką, sądzili oni, że Szwedzi chcą jedynie przywrócić Meklemburgię wygnanym książętom protestanckim, jako że Ferdynand II nadal Meklemburgię Wallensteinowi to nie poczuwali się oni do żadnej interwencji w obronie jego ziem.

Mimo dogodnej sytuacji politycznej Gustaw II początkowo nie odnosił w Rzeszy żadnych znaczących sukcesów, czy to natury militarnej, czy politycznej (mimo zdobyciem wysp Uznam i Wolin oraz sporej części Pomorza Przedniego nadal wielu książąt protestanckich nie chciało dołączyć do jego sprawy). Doskonale zdawał sobie sprawę, że potrzebuje sojuszników i środków pieniężnych, dlatego też rok 1630 był w dużej mierze spokojny i jedynie połowicznie udany. Protestanccy możni posiadający znaczną władzę – głównie elektor saski (Jan Jerzy) i brandenburski (Jerzy Wilhelm) nie kwapili się do poparcia Szwedów, obawiając się jej potęgi. Dopiero końcówka roku przyniosła wydarzenie, które pierwotnie nie zapowiadały zmiany koniunktury, ale w szerszej perspektywie bardzo pomogła Szwedom. Tym wydarzeniom było oblężenie Magdeburga. Książęta meklemburscy i administrator Magdeburga bardzo liczyli na działa króla Szwecji, co pozwoliłoby im na odzyskanie straconych terenów. Przyczyn oblężenia Magdeburga należy szukać w zachowaniu Wallensteina, który nie pałając sympatią do naczelnego generała Ligi Katolickiej (generał Tilly) wolał sprzedawać zboże meklemburskie w Hamburgu niż wysłać je na pomoc wojskom katolickim. Ostatecznie Tilly postanowił zdobyć Magdeburg w celu podreperowania swoich linii zaopatrzeniowych. Miasto padło w maju 1631 roku, podczas szturmu ktoś wywołał pożar i z dwudziestopięciotysięcznego miasta przeżyło jedynie pięć tysięcy osób, a sam Tilly więcej stracił niż zyskał po zdobyciu miasta. Duża część zaopatrzenia na, które liczył została stracona w pożarze, postawił jedynie Ligę Katolicką w gorszym świetle niż dotychczas.

Pożar Magdeburga okazał się kluczowym wydarzeniem podczas inwazji szwedzkiej. Wcześniej, w styczniu, w Bärwalde, Szwedom udało się dojść do porozumienia z Francją według którego uzyskali oni pomoc finansową, w zamian zobowiązali się przywrócić utraconą pozycję protestanckim książętom Rzeszy. Jeszcze w kwietniu, podczas zjazdu w Lipsku (odbywał się od lutego do kwietnia) elektor saski i brandenburski przyrzekali wierność cesarzowi. Ten pierwszy zmienił stronę po tragedii Magdeburga, a drugi został zmuszony do zmiany strony pod groźbą armat. Wzmocniwszy armię, Gustaw II mógł zmierzyć się ze swoimi najgroźniejszymi przeciwnikami – generałem Tilly i Wallensteinem. Do pierwszej walnej bitwy doszło we wrześniu pod Breitenfeldem, gdzie szwedzki król rozbił i zdziesiątkował wojska Tilly’ego. Te działania otworzyły mu drogę w głąb Niemiec – Szwedzi udali się na południowy zachód, a saskie wojska sprzymierzone na tereny Czech, gdzie w listopadzie zajęli Pragę.

Szereg zwycięstw jakie w krótkim czasie odniósł Gustaw II coraz bardziej przekonywały go do oderwania od cesarstwa księstw protestanckich i utworzenia z nich związku pod protektoratem szwedzkim, tzw. corpus evangelicorum. Poruszając się jeszcze bardziej na południe, u granic Bawarii, nad rzeką Lech, król szwedzki ponownie pokonał Tilly’ego, sławny i zwycięski generał z Białej Góry został ciężko ranny i wkrótce zmarł. Bitwa miała miejsce w kwietniu, następnie Gustaw zajął Augsburg i Monachium. Sytuacja Habsburgów stała się krytyczna, zagrożone zostały dziedziczne ziemi dynastii, król szwedzki zyskał wpływy, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Nie podobało się tego jego sojusznikom, szczególnie Francji, która niechętnie patrzyła na wzrost potęgi sprzymierzeńca i nie była z zadowolona z klęski Bawarczyków, którzy również byli ich sojusznikami. Wytworzyła się sytuacja, na którą czekał Wallenstein. Po śmierci Tilly’go to on był najbardziej doświadczonym i zwycięskim generałem cesarstwa, to w nim pokładano duże nadzieje. Nadszedł jego czas, by oczyścić się z niełaski. Jeszcze w kwietniu tego samego roku zawarł układ z Habsburgami w Göllersdorfie. Niestety nie jest znana jego treść, ale Habsburgowie musieli mu nadać dużą władzę, zarówno nad wojskiem, jak i w sferze politycznej.

Wallenstein od razu zaczął działać. Swoją ofensywę rozpoczął od odzyskania Czech, wkrótce potem połączył się z Maksymilianem Bawarskim i odparł wojska Gustawa II pod Alte Veste i Fürth (walki trwały od lipca do listopada). Król szwedzki całkowicie zawiódł się na swoich sojusznikach, którzy obecnie stanowili większą część jego armii. Wysuwał propozycję pokoju, gdzie warunkiem było anulowanie edyktu restytucji, pokój został odrzucony. Dwie armie spotkały się w Saksonii, nieopodal Lützen. Bitwa odbyła się 16 listopada i poskutkowała w bardzo licznych stratach po obu stronach. Zginął Pappenheim, jeden z generałów Ligi Katolickiej, zginął również Gustaw II Adolf. Wallenstein nie świętował jednak sukcesu, to Szwedzi wygrali, nie Habsburgowie. Po śmierci Gustawa dowództwo nad polem bitwy przejął książę Bernard Weimarski i to on poprowadził wojska szwedzko-saskie do zwycięstwa. Śmierć Gustawa nie przekreślała planów politycznych Szwecji, ale otwierała nowe perspektywy dla Habsburgów.

W tym momencie warto się zastanowić nad przyczynami interwencji Gustawa II w Rzeszy. Stanął w obronie protestantów, ale biorąc pod uwagę czas i okoliczności jego inwazji (pamiętajmy, że nawet mając związane ręce podczas konfliktu z Polską, Gustaw II nadal wspierał króla Danii – Chrystiana IV, podczas konfrontacji „duńsko-niemieckiej”, na dodatek poprzez układy z Rosją trzymał też w szachu Polskę, co nie przemawia za motywem obrony wiary) trudno wyobrazić sobie, żeby to była jego główny i “właściwy” powód. Obrona wiary i pomoc uciskanym protestantom brzmią szlachetnie i słusznie, ale nie mają wiele sensu biorąc pod uwagę perspektywę polityczną. Znacznie bardziej prawdopodobnym powodem była widoczna podczas ofensywy próba utworzenia związku składającego się z państw i państewek protestanckich pod protektoratem Szwecji – taki związek stanowiłby solidną przeciwwagę dla Habsburgów i Ligi Katolickiej. Ostatnim powodem, który mógł być przyczyną inwazji jest powiązany z drugim. Królowi Szwecji mogło chodzić może nie tyle o bycie hegemonem Europy (nie miało to na dłuższą metę przyszłości biorąc pod uwagę zasoby ludzkie i finansowe Szwedów), ale zmiana sił w Europie była już całkowicie prawdopodobna. Tak czy inaczej, jego plany spaliły na panewce, po części przez jego porywczość, nieraz ruszał na czele kawalerii podczas bitwy – to, co nie przyniosło negatywnych skutków podczas bitew z Tillym okazało się śmiertelne podczas konfrontacji z Wallensteinem.

Jak wspominałem wcześniej, sama śmierć Gustawa II nie przekreślała politycznych celów Szwedów, dowództwo przejęli najbliżsi współpracownicy zmarłego króla, z Bernardem Weimarskim i Alexem Oxenstiernem na czele. Razem udało im się dojść do porozumienia ze stanami protestanckimi w południowo-zachodnich Niemczech. Układ został nazwany ligą w Heilbronn (kwiecień 1633). Ligą przewodził kanclerz szwedzki.

Wallenstein przegrał bitwę pod Lützen, zdołał jednak zbiec. Cały rok 1633 poświęcił na prowadzenie polityki na własną rękę, niekoniecznie zgodnej z polityką Habsburgów. Bardzo nie w smak były im rozmowy prowadzone z protestantami. Dla Habsburgów, którzy mieli znacznie większe pole manewru po śmierci Gustawa II Wallenstein stawał się pierwsze niepotrzebny, a później wręcz przeszkodą. W pierwszej połówce roku prowadził negocjacje z Saksonią w celu zerwania sojuszu ze Szwedami, na te negocjacje miał pełne pomocnictwo cesarza. Nie miał go natomiast na negocjacje ze Szwecją, Francją i czeskimi emigrantami, z którymi również prowadził rozmowy. Solą w oku cesarza stały się rozmowy z czeskimi emigrantami, przez które przywarła do niego plotka, jakoby miał ambicję na czeską koronę. Z czasem plotki uległy radykalizacji i nie mówiono już o koronacji, a o rzekomych zdradliwych zamiarach wobec cesarza Ferdynanda II. Ostatecznie w lutym 1634 Wallenstein zostaje zabity w Eger z polecenia cesarza. Historiografia czeska ma niemały problem z ocenieniem działań Wallensteina. Stara szkoła historiografii czeskiej widziała w nim bohatera narodowego na wzór Napoleona, który miał ostatecznie wyzwolić Czechy spod panowania Habsburgów. Nowsza szkoła przedstawia go w negatywnym świetle, przyrównując go do egoistycznego kondotiera łasego na wyłącznie własny zysk. Prawda prawdopodobnie leży gdzieś pośrodku. Niezależnie od jego motywów, należy zdać sobie sprawę, że jego śmierć była ciosem dla emigracji białogórskiej, która z nim łączyła swoją przyszłość.

Wojna powoli wygasała. Szwedzi odnosili militarne sukcesy, a polityczni sojusznicy coraz bardziej się od nich oddalali. Członkowie Związku Heilbrońskiego mieli dość wojny i przede wszystkim finansowania Szwedów. Stany Zjednoczonych Prowincji wraz z Palatynatem nosiły się z zamiarem wystawienia własnej armii w celu uniezależnienia się od Szwecji. Francja była mocno zaniepokojona potęgą tego północnego kraju, a Brandenburgia i Saksonia prowadziły tajne rokowania z cesarzem. Jakby tego mało, jesienią 1633r. na tereny Rzeszy wkroczyła armia hiszpańska powracająca z Mediolanu i znacząco wzmocniła oddziały cesarskie. Po serii drobnych potyczek armia cesarska gromi Szwedów we wrześniu 1634 pod Nördlingen. Rozpada się Związek Heilbroński, a w maju 1635r. Saksonia podpisuje w Pradze pokój z cesarzem. Wkrótce pod aktem pokoju pojawiają się podpisy większości stanów niemieckich. Pokój w Rzeszy nie trwa jednak długo, w niedługim czasie Francja wypowiada wojnę Hiszpanii. Rozpoczyna się francusko-szwedzki okres wojny trzydziestoletniej.

Reformy braci Grakchów

Wszystkie daty zawarte w tekście są datami przed naszą erą, o ile w tekście nie zostało zaznaczone inaczej.

Druga połowa II w. p.n.e w starożytnym Rzymie zapoczątkowała przemiany społeczne, które w przyszłości miały całkowicie zaburzyć „równowagę trzech elementów”, o których wspominał Polibiusz w Dziejach, tj. monarchii, oligarchii i demokracji, w konsekwencji czego republika upadła, a zastąpiło ją jedynowładztwo. Pierwszym ważnym krokiem w tym kierunku były reformy braci Grakchów dotyczące polepszenia sytuacji małorolnych chłopów i tzw. sprzymierzeńców. Były one wynikiem nadużywania ager publicus oraz coraz większych nacisków ze strony sprzymierzeńców.

Pierwszą zasadniczą kwestią jest niestosowanie się wielkich właścicieli ziemskich do ustawy Liciniae Sextiae z 367r., na mocy której każdy obywatel miał prawo do użytkowania ager publicus, tj. gruntów publicznych, w rozmiarze 500 iugera, czyli około 125 hektarów[1]. W toku coraz dalszych podbojów, gdzie Republika rzymska zagarniała coraz większe areały ziemi (prowincje kartagińskie, Iberia, Galia, tereny dzisiejszej Grecji), obszar ager publicus zwiększał się, jednakże korzystali z niej głównie bogaci obywatele, którzy wykupywali ziemię od biedniejszych oraz stosowali starą metodę przesuwanie znaków granicznych. Powiększanie gruntów prowadziło do powstawania latyfundiów, zwiększonego udziału niewolników w strukturze zatrudnienia i tym samym alienowania i zbiednienia części obywateli rzymskich. Znany jest przypadek z 165r. p.n.e., kiedy to jeden z pretorów został wysłany w celu odkupienia nielegalnie zdobytej ziemi w Kampanii o niebagatelnej powierzchni 50 000 iugera[2].

Drugą kwestią był nadal niski status prawny sprzymierzeńców, Italików nie będących obywatelami Rzymu. Po drugiej wojnie punickiej (w której opowiedzieli się po stronie Hannibala) ich status, jako ludu zależnego od Rzymu został całkowicie przypieczętowany. Sprzymierzeńcy mieli obowiązek dostarczania rekruta do armii rzymskiej, których żołdu nie opłacało imperium tylko lokalne społeczności. Oprócz tego dowódca rzymski mógł ukarać śmiercią żołnierza-sprzymierzeńca, kiedy żołnierz rzymski był nietykalny, nawet przed karą chłosty[3]. Mimo ich wielkich zasług na polach bitwy nadal nie posiadali praw politycznych.

Bracia Grakchowie byli potomkami dwóch prominentnych rodów, Semproniuszów i Korneliuszów, otrzymali należyte wykształcenie i wychowanie. Młodszy z nich, Tyberiusz, był żołnierzem w armii Scypiona Młodszego w Afryce, podczas trzeciej wojny punickiej. Miał pierwszy wedrzeć się na mury Kartaginy, przez co zyskał wielkie uznanie wśród żołnierzy. W późniejszych latach odbył służbę jako kwestor w armii konsula Mancynusa działającego zbrojnie na terenie Numancji[4].

Podczas jego powrotu do Rzymu był świadkiem biedy w jakiej żyli małorolni chłopi w Italii. Tyberiusz porównywał ich do zwierząt, ale nawet zwierzęta stawiał wyżej od nich, bo one miały „przynajmniej nory, w których mogły się skryć”[5]. Biorąc to pod uwagę i mając na względzie, że w 151r. Gajusz Leliusz próbował przeprowadzić podobną reformę (która jednak została wstrzymana przez działania Senatu), postanowił działać bardziej stanowczo. W tym celu zgłosił swoją kandydaturę na trybuna ludowego i został nim wybrany na rok 133.

Zostanie trybunem ludowym dawało mu najwięcej możliwości, miał prawo zarówno do intercesji, jak i poparcie ludu. Jego głównym postulatem było przeprowadzenie reformy agrarnej, podobnej do tej z roku 367. Ager publicus miał być podzielony na działki równe 500 iugera, natomiast, by udobruchać wielkich właścicieli ziemskich, każdy syn mógł otrzymać po dodatkowe 250 iugerów, lecz w sumie nie więcej niż 1000. Nadwyżka gruntów miała być poparcelowana w działki o powierzchni 30 iugera i przekazana bezrolnym obywatelom. Działek tych nie można było sprzedać ani przekazać osobom trzecich oraz odprowadzało się od nich nieznaczny podatek na rzecz państwa. Została również utworzona specjalna trzyosobowa komisja, w której skład wchodzili Tyberiusz Grakchus, Gajusz Grakchus (brat Tyberiusza) i Appiusz Klaudiusz (teść Tyberiusza), którzy mieli być odpowiedzialni za właściwe wprowadzenie reformy[6]. Wydaje się, że reforma ta (lex sempronia agraria) nie była skierowana jedynie dla bezrolnych chłopów, a również dla bezdomnych weteranów wojennych zrujnowanych po licznych wojnach. Trzecim celem było zwiększenie liczby obywateli zdolnych do służby wojskowej, ich liczba malała[7]. Ziemia dała, by biedniejszym obywatelom oparcie finansowe na kupienia niezbędnego ekwipunku do służby wojskowej.

Tyberiusz Grakchus dobrze wiedział, że nie było możliwości przeprowadzić tej reformy bez sprzeciwu senatu, dlatego od razu udał się z nią do Zgromadzenia ludowego (concilium plebis), gdzie ustawę mógł jednak zawetować jeden z trybunów. I tak też się stało. Marek Oktawiusz, dobry przyjaciel Tyberiusza i posiadacz nieprawnych gruntów dokonał intercesji[8]. Ustawa została odrzucona, a Grakchus zyskał sobie wrogów w osobie Senatu, któremu nie przedłożył ustawy. Nie jest wykluczone, że Marek Oktawiusz działał pod wpływem senatorów. W takiej sytuacji Tyberiusz podjął bezprecedensową decyzję. Zgłosił wniosek o zdjęcie Oktawiusza z urzędu trybuna pod zarzutem działania na szkodę ludu, wniosek przeszedł jednogłośnie i na kolejnym głosowaniu Tyberiusz bez trudu przeforsował ustawę rolną. Doprowadziło to do dalszych zgrzytów między nim a Senatem. Plutarch opisuje całą sytuację bardzo szczegółowo[9], warto zwrócić uwagę na to, jak dużą zwraca on uwagę na przyjaźń między Tyberiuszem i Oktawiuszem, i na fakt, że ten pierwszy ową decyzją podjął dopiero wtedy, kiedy nie miał już innego wyjścia.

W poszukiwaniu środków do sfinansowania reformy zbawiennym okazał się testament króla Attalosa III, w którym przekazuje on całe swoje dziedzictwo, w tym też Królestwo Pergamonu, Rzymowi. Tyberiusz podjął kolejną ustawę gdzie wykorzystał ten testament do sfinansowania reformy, po raz kolejny nie pytając o zgodę Senatu. Środki finansowe były potrzebne na zakup sprzętu rolniczego dla nowych gospodarstw. Konflikt wyraźnie się nasilał. Część społeczności uważała wręcz to za atak na władzę Senatu – Kwintus Pompejusz sugerował, że Tyberiusz z testamentu Attalosa zachował dla siebie diadem i purpurowe szaty, symbole władzy królewskiej[10]. Nie trudno w tym zauważyć odbicie strachu istniejącego wśród większości senatorów. Strachu przed powrotem jedynowładztwa.

Dalsze kroki Tyberiusza stawały się coraz bardziej niepewne, wiedział on, że kwestia Oktawiusza poróżniła go z jego wyborca, odwróciła się od niego część ludu i grono senatorów. By uniknąć zemsty ze strony przeciwników zgłosił ponowną kandydaturą na trybuna ludowego i został nim wybrany na rok kolejny, pomimo istnienia ustawy stanowiącej, że nie można piastować dwukrotnie tego samego urzędu w ciągu 10 lat. Ustawa dotyczyła cursus honorum, w którego skład nie wchodził trybun ludowy, ale ludzie niechętnie patrzyli na takie zabiegi. Podczas swojego drugiego trybunatu Tyberiusz obiecał skrócić czas służby wojskowej i zakończyć monopol sądowy senatorów.

W krytycznie momencie konfliktu między Tyberiuszem i Senatem zwolennicy tego pierwszego zebrali się na Kapitolu. Trybun rozpoczął dzień od serii złych omenów (ptaki wróżebne, kury, nie chciały jeść rzuconego im jedzenia; skaleczenie nogi przy przechodzeniu przez próg; walka dwóch kruków na dachu; czy cegłówka, która niemal spadła na nogę Tyberiusza), które jednak zbył jego przyjaciel, Blozjusz[11]. Na samym Kapitolu doszło do przepychanki między zwolennikami Tyberiusza, a jego przeciwnikami. Do Grakchusa udało się przedrzeć senatorowi Flawiuszowi Flakkusowi i ostrzec Tyberiusza o działaniach senatorów – zbroili niewolników i panowali jego zabójstwo. W odpowiedzi Tyberiusz uzbroił swoich ludzi w pałki i próbując przekrzyczeć tłum chwycił się za głowę pokazując, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Jego przeciwnicy uznali to za znak, że teraz żąda on królewskiej korony[12] i wezwali do interwencji Senat. Nowo wybrany pontifex maximus, Scypion Nazyka, wezwał do działania konsula, który jednak nie zgodził się na interwencję mówiąc, że nie skaże na śmierć człowieka, którego wina nie została uprzednio udowodniona. Nazyka zebrał wówczas część senatorów pod hasłem obrony Republiki przed tyranem i ruszył na Kapitol gdzie rytualnie przeklął Tyberiusza[13]. W wyniku tych działań zwolennicy Tyberiusza wpadli w panikę, a senatorowie ich zaatakowali. Zginęło ponad 300 ludzi, w tym twórca reformy agrarnej (którego zabił nogą od ławy jego kolega Publiusz Saturejusz, mimo, iż prawo do tego rościł sobie też inny trybun – Lucjusz Rufus[14]). Nikt nie zginął od miecza. Ciała zamordowanych wrzucono do Tybru, odmawiając im właściwego pogrzebu, łamiąc tym samym święte prawa. Resztę zwolenników schwytano – część wygnano, część stracono. Reformy rolnej jednak nie cofnięto, lecz została wyhamowana, miejsce Tyberiusza w komisji zajął Publiusz Krassus, a Scypion Nazyka pogardzany od tej chwili przez swoich współpracowników, za zbyt radykalne działania, został odesłany do dalekiej Azji, gdzie wkrótce zmarł.

Śmierć Tyberiusza Grakchusa i sposób potraktowania jego ciała uniemożliwiał wypracowanie pokojowego rozwiązania i powrotu do stanu wyjściowego sprzed dwóch lat. Były trybun stał się bohaterem ludu, jeszcze większym niż za życia, męczennikiem. O zapalczywości jego zwolenników świadczy przesłuchanie Blozjusza, sprzymierzeńca Tyberiusza, który zapytany przez Nazykę „A co byś zrobił, gdyby ci Tyberiusz kazał podpalić Kapitol?” odpowiedział, że Tyberiusz nigdy by takiej rzeczy nie uczynił, a naciskany wyrzekł „Owszem, nawet spalenie Kapitolu na rozkaz Tyberiusza poczytywałbym sobie za piękny czyn. Bo Tyberiusz nigdy by mi tego zrobić nie kazał, gdyby to nie było z rzeczywistą korzyścią dla ludu.”[15]. Sam Senat też nie czuł się bezpiecznie, jedno zagrożenie zostało zażegnane, ale przepaść między ta Izbą a ludem sukcesywnie się powiększała. O niepokoju senatorów świadczą ich działania podjęte względem Gajusza Grakchusa, będącego nieobecnym w Rzymie podczas reform swojego brata. Ich działania zdołały jedyne odwlec to, co nieuniknione. 10 lat później Gajusz wrócił do Rzymu i kontynuował reformy zmarłego brata, w sposób jeszcze bardziej rewolucyjny.

Gajusz Grakchus początkowo trzymał się z dala od polityki, w roku 126 pełnił funkcję kwestora na Sardynii. W toku służby doskonalił swoje umiejętności oratorskie, i podobnie jak brat w Numacji, on też zasłużył się w obliczu towarzyszy broni i ludu. Podczas niezwykle srogiej zimy, jego dowódca wysłał prośbę do okolicznych miast o dostawę nowych ubrań, jednak te zwróciły się do Senatu i za jego zgodą sprawa została oddalona. Wtedy to Gajusz podjął samodzielne kroki w celu ochrony żołnierzy przed zimnem. Porozumiał się ze zwierzchnikami tychże miast, i wskutek jego działań przysłały one ubrania całkowicie dobrowolnie, czym Senat był bardzo niepocieszony, i widzieli w tym zaczątek buntu Gajusza. Tej samej zimy udało mu się zawiązać kontakt z Micypsą, królem Numidii, który dostarczył mu zboże, również poza kontrolą Senatu[16]. Kiedy ci ostatni się o tym dowiedzieli postanowili przeciwdziałać Gajuszowi, i zapobiec jego powrotowi do stolicy, nakazali mu trwanie na jego stanowisku. Zarządzili zmianę wojsk w Sardynii, ale dowódcą cały czas pozostawał Orestes, teraz jako prokonsul. Grakchus wielce tym oburzony wrócił do Rzymu, a w tym czasie obowiązywała, tradycja, że ludzie na niższych urzędach, czyli też kwestorskich, nie powinni wracać z przydziału wcześniej niż ich głównodowodzący. Zwrócił się do Senatu ze skargą o niesprawiedliwe traktowanie, lecz szybko okazało się, że sam został oskarżony o niedopełnianie swoich obowiązków. Kiedy tylko zaczął wygłaszać mowę obronną w towarzystwie cenzorów, wręcz natychmiastowo gros ludzi stanął po jego stronie. Bronił się, że to on był niesprawiedliwie traktowany – służył w wojsku więcej niż było to wymagane (12 lat zamiast 10), był też nadprogramowo długo kwestorem (3 lata zamiast 1 roku). Jego kolejnym argumentem był fakt, że nie wykorzystał swojego stanowiska, by napchać kieszenie, wręcz przeciwnie, wykorzystał swoje pieniądze, by pomóc żołnierzom. Senatorowie zarzucali mu również podburzanie ludzi z Fregellae do buntu, nie mieli jednak na to mocnych dowodów. Ostatecznie został uniewinniony.

W tym czasie Gajusz był już znaną i poważaną osobę. Jego zdolności wygłaszania mów osiągnęły niemal perfekcję, były bardzo żywiołowe i trafne. Na tle innych Rzymian wyróżniał się skromnością, stronił od uciech cielesnych. Jego powrót do Rzymu owiany jest legendą, miał zobaczyć we śnie Tyberiusza, który robił mu wyrzuty przez jego opieszałość i mówił, że im obu przeznaczona jest śmierć w walce o dobro ludu[17]. Po oczyszczeniu z zarzutów natychmiastowo rozpoczął starania o trybunat ludowy, i został nim w 122r., 11 lat po śmierci swojego brata.

Nowy trybun szybko zyskał przodującą rolę w Zgromadzeniu ludowym, cały czas podburzał lud mówiąc o swoim ciężkim losie i losie jego brata – porównywał stare wydarzenia kiedy Faliskom została wydana wojna za obrazę trybunę ludowego, Genucjusza, z losem Tyberiusza, który wraz z szeregiem swoim zwolenników został bezprawnie zabity, i nie wyciągnięto z tego żadnych konsekwencji[18]. Na początku trybunatu wprowadził dwie ustawy. Pierwsze mówiła o tym, że jeśli urzędnik zostanie pozbawiony władzy przez lud, to w przyszłości nie może już podejmować żadnego urzędu. Druga natomiast mówiła, że jeśli urzędnik skaże obywatela na wygnanie bez wyroku sądowego, to lud ma obowiązek pociągnąć go za to do odpowiedzialności. Pierwsza została wymierzona w Marka Oktawiusza, druga w Popiliusza, człowieka odpowiedzialnego za wygnanie wielu sprzymierzeńców Tyberiusza. Pierwsza z nich została wycofana, druga weszła w życie, lecz Popiliusz w tym czasie zdołał zbiec z Italii[19].

Po pozbyciu się przeciwnika, Gajusz rozpoczął kolejne reformy – podniósł wiek zaciągu do wojska do 17 roku życia,            zdjął z żołnierzy obowiązek pokrywania kosztów mundurów, kontynuował socjalną politykę brata (określił minimalne ceny zboża dla biedoty, wskrzesił ustawę Tyberiusza – publiczne grunty miały być rozdane pomiędzy ubogich), Italikom nadał prawo do głosowania takie samo jakie posiadali obywatele rzymscy. Najważniejszym jednak punktem jego reform są poważne zmiany w sądownictwie, które miały znacząco osłabić władzę senatu. Mianowicie dopuścił do magistratury sądowniczej ekwitów, w liczbie 300. Tym samym było obecnie 600 sędziów – 300 senatorów i 300 ekwitów (których wybrał samodzielnie. Ekwici pełnili od tej pory szczególną rolę w sądownictwie – nadzorowali nadużycia w prowincjach[20]. Definitywnie kończyło to monopol władzy sędziowskiej, od teraz senatorzy musieli bardziej  uważać, a ekwitom umożliwiała dalszy rozwój ekonomiczny. Gajusz szczególnie mocno optował za właśnie tą ostatnią reformą, która uważał za „ostrze wbite w bok Senatu”. Dochodziło do sytuacji, gdzie trybun ludowy brał udział w sesjach Senatu, miejsca normalnie niedostępnego dla tego urzędu. Po raz pierwszy od upadku monarchii jedna osoba zyskała taki rozgłos, będąc coraz bliżej jedynowładztwa.

W toku jego kadencji wykazywał się niezwykła pracowitością i energią. Przeprowadził reformę o kolonizacji miast, rozwoju dróg i budowaniu spichlerzów. Wszystkimi tymi pracami kierował sam. Rozmawiał z ludem niemniej często niż mówił na mównicy. Stał się ich nowym bohaterem. Grupa jego zwolenników stale rosła. Spodziewano się, że pokusi się o władzę konsula, ale kiedy nadszedł dzień wyborów poprosił lud o jedną przysługę, by wybrali na konsula jego przyjaciela, Fanniusza. On sam, został trybunem na rok kolejny[21].

Wkrótce po tym wydarzeniu Gajusz spostrzegł, że jego dotychczasowy przyjaciel, Fanniusz, jest w stosunku do niego coraz mniej przychylny, a członkowie Senatu traktują go z coraz większą wrogością. Dlatego też, by wzmocnić swojej poparcie wśród ludu, przeprowadził kolejne reformy. Nawoływał do założenia kolonii w Kapui i Tarencie, chciał też nadać Latynom pełne obywatelstwo rzymskie. W takiej sytuacji Senat postanowił zmienić taktykę, udało im się przekupić trybuna Liwiusza Druzusa, by ten podburzył wizerunek Gajusza. Wystosował on kontr-reformy, które w przeciwieństwa do ustaw Grakchusa nie miały żadnych pokryć w rzeczywistości[22]. Zamiast dwóch kolonii nawoływał do stworzenia dwunastu, z których każdą miało zasiedlić 3 tysiące plebejuszy, którzy dodatkowo nie mieli odprowadzać żadnych podatków na rzecz państwa. W przeciwieństwie do bardziej przyziemnych reform Gajusza, Senat popierał Druzusa, tym samym odbierając temu pierwszemu nimb świętości i bohatera ludu.

Niedługo później, inny z trybunów, Rubriusz wystosował projekt kolonizacji przeklętej niegdyś Kartaginy. Gajusz podjął się wykonania tego projektu. Wyjechał do Afryki, gdzie założył nową kolonię i nazwał Junonią. Na jego nieszczęście, w tym czasie, podczas jego nieobecności, Druzus kontynuował swoje działa wyniszczające Gajusza, opozycja wobec niego rosła z dnia na dzień. Do kolejnych komplikacji doszło niedługo po założeniu kolonii.

Zerwał się nad nią potężny wiatr i rozrzucił chorągiew i ofiarę złożoną na ołtarzu po okolicznych polach, na dodatek wilki czy też hieny poprzesuwały znaki graniczne, w nieznanym kierunku[23]. Cała ta sytuacja była dla zabobonnego (czy też pobożnego, jak sami Rzymianie lubili o sobie myśleć) ludu rzymskiego bardzo złym omenem i skazującym tym samym nową kolonię na porażkę. W obliczu zagrożenia życia przyjaciela Gajusza, Fulwiusza, i porażki nowej kolonii powrócił on do Rzymu. Bardzo możliwe, że kwestia tych złych omenów była jedynie plotkami rozprowadzanymi przez optymatów[24].

Kiedy Gajusz wrócił do Rzymu sytuacja była już krytyczna, w Mieście działało wielu demagogów, których polityka nużyła już lud. Trybun przeniósł się na Palatyn, by być bliżej ludu, ale Senat widząc jak ponownie garną się do niego ludzie, przekonał Fanniusza, by wydał edykt na mocy, którego wszyscy nie-Rzymianie musieli opuścić miasto. Gajusz natomiast obiecał im pomóc jeśli ci zostaną. Zbliżały się wybory, dla Gajusza koniecznością było więc przedłużenie trybunatu. Niestety, jego kolejne działania zwróciły przeciw niemu współ-trybunów. Na Forum miały odbyć się zawody gladiatorów, lecz senatorzy ustawili wokół trybuny by je wynajmować za opłatą, Gajusz nawoływał do usunięcie tych trybun, by zawody mogli też oglądać biedniejsi obywatele. Jako, że nikt nie zastosował się do jego rad, w nocy wraz z kilkoma rzemieślnikami usunął trybuny i zgarnął laury wśród ludu. Zgarnął je tylko on, co niezadowoliło pozostałych trybunów. To wydarzenie miało być głównym powodem nie obrania go trybunem na kolejny rok[25], w tej chwili stracił on swoją nietykalność. Jakby nie mało było złego, konsulem został Opimiusz, dawny wróg Gajusza i szybko zaczął cofać jego rozporządzenia, zarówno te dotyczących zmian w Rzymie, jak i te dotyczące koloni. Teraz przeciwnicy Gajusza mogli przejść do kontrataku, rozpoczęły się szykany, głównie słowne, były trybun z trudem je znosił. W końcu za namową Fulwiusza zaczął organizować ludzi, którzy mieli się sprzeciwić władzy konsula. W dniu odwołania kolejnych reform, zwolennicy Gajusza i zwolennicy Opimiusza zebrali się na Kapitolu. Kiedy przechodził tamtędy jeden z liktorów, Kwintus Antyliusz, i z pogardą zwrócił w kierunku zwolenników Gajusza, ci wpadli w szał i zabili go[26]. Gajusz był bardzo niepocieszony takim rozwojem wydarzeń, nie chciał by do czegoś takiego doszło, oznaczało to dla niego wkroczenie na drogę bez powrotu. Dla Opimiusza zaś była to niezwykle korzystna sytuacja, kontynuował on podburzanie tłumu, deszcz jednak zdołał przegonić obie grupy.

Następnego dnia samym rankiem zebrał się Senat i uczynił zmarłego liktora swoim męczennikiem. Skutek był jednak odwrotny do zamierzonego, lud widział w tym hipokryzję i poczuł jeszcze większą odrazę do optymatów[27]. Zarzucali, że nic takiego nie miało miejsca po śmierci Tyberiusza, znacznie bardziej niesprawiedliwej, a sam Kwintus sam sobie zawinił swoim niewłaściwym zachowaniem. Szybko więc wrócili do budynku i uchwalili kolejną ustawę dająca konsulowi pełną władzę, by utrzymać porządek w mieście i usunąć tyranów. Opimiusz uzbroił senatorów i zebrał ekwitów. Z drugiej strony Fulwiusz również uzbroił zwolenników Gajusza i zbrojnie zajął Awentyn. Znamiennym jest przytoczona przez Plutarcha pożegnalna mowa Licynii, żony Gajusza[28], która żegna go wspominając, że w Mieście nie ma już bezpiecznego miejsca, nie liczą się prawa ani ludzkie, ani boskie, a w przyszłości miało być jedynie gorzej.

Tymczasem na Awentynie Fulwiusz wysłał do Senatu swojego syna, wraz z laską pokoju, by ten wynegocjował dla nich pokojowe załatwienie sprawy. Opimiusz odrzucił jego prośbę, i stwierdził, że sprawa może zostać rozwiązana pokojowo jedynie wtedy, kiedy prowodyrzy zamieszek stawią się osobiście, na co oczywiście nie mogli sobie pozwolić, jeśli nie chcieli zostać aresztowani. Opimiusz odesłał chłopca, kiedy ten przekazał Fulwiuszowi wieści od konsula, ten wysłał go z powrotem, jego druga wizyta w Senacie skończyła się uwięzieniem[29]. Nie zwlekając, Opimiusz zaatakował zbrojnie Awentyn, ludzie zaczęli się rozbiegać, a Fulwiusz skrył się w łaźniach. Według Plutarcha, Gajusz nie brał udziału w walce, w odrazie do działań jego przyjaciół udał się do świątyni Diany, gdzie chciał popełnić samobójstwo, jednakże dwójka jego przyjaciół odwiodła go od tego i nakazała uciekać, co Gajusz ochoczo zrobił, przeklinając wcześniej lud rzymski za jego niewdzięczność[30]. Udało mu się dotrzeć do gaju Erynii, ale widząc, że dalej nie ucieknie poprosił swojego niewolnika, Filokratesa, by ten go zabił. Filokrates spełnił prośbę swojego właściciela, po czym sam popełnił samobójstwo. Fulwiusza też złapano. Obu przywódcom zamieszek odcięto głowy, za które senat wyznaczył nagrodę. Głowę Fulwiusza przynieśli mało poważani obywatele i dlatego też nie otrzymali żadnej nagrody. Natomiast głowę Gajusza dostarczył Septymulejusz, który jednak i w tym momencie wykazał się niezwykła podłością. Wyjął mózg z czaszki Gajusza i wlał do niej ołowiu[31], po czym nabił ją na włócznię i dostarczył do Senatu.

Tego dnia zginęło 3 tysiące osób, ich ciała zostały wrzucone bez poszanowania godności do Tybru, majątki skonfiskowano. Osoby związane z zamieszkami zostały potraktowane bardzo surowo, ich żonom odebrano prawo do żałoby, a żona Gajusza została pozbawiona również posagu. Najgorzej został jednak potraktowany syn Fulwiusza, który natychmiast po zakończeniu walk został zamordowany przez optymatów[32]. Tak zakończyła się historia braci Grakchów.

Podsumowując historię republiki można powiedzieć, że bracia Grakchowie byli jedynymi z najważniejszych postaci w ciągu jej niemal 500-letniej historii. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ich reformy nie odniosły żadnego sukcesu, było jednak zupełnie odwrotnie. Rozpoczęli ważny proces przemiany republiki, ich reformy zostały wkrótce przywrócone, małorolni obywatele mieli teraz lepsze warunki, kolonizacja się rozwijała, a nie-Rzymianie będą sukcesywnie zyskiwać obywatelstwo aż do edyktu Karakali z 212 r. n.e., który zrówna wszystkich w prawach. Wygląda na to, że Senat był nie tyle wrogiem reform, a jedynie sposobu ich wprowadzania, tj. całkowitego ich pomijania w procesie legislacyjnym, co było widoczne szczególnie podczas trybunatu Tyberiusza. Ich życiorysy według Plutarcha są bardzo szlachetne i można wręcz rzecz, że wspaniała, trzeba je jednak traktować ze sporą dozą sceptycyzmu. Warto jednak zastanowić się nad motywami braci, wszystko wskazuje na fakt, że pierwszym motywem działania nie były dla nich zyski osobiste czy chęć zysku, ani też dobro obywateli. Ich działania wskazują na tradycyjny model rzymski, państwo jest ważniejsze od obywatela, obywatel posiada głownie obowiązki, nie prawa. Próbowali uczynić Rzym silniejszym państwem[33] i w szerszej perspektywie udało im się to. Po reformach, które starali się wprowadzać w życie widać wyraźny wzrost obywateli kwalifikujących się do służby wojskowej. Ostatnia rzecz, o której warto powiedzieć to fakt, że byli oni głównymi sprawcami rozprzestrzenienia się konfliktu optymatów (tradycjonalistów, zwolenników arystokracji i władzy Senatu) i popularów (ulubieńców ludu, zwolenników jedynowładztwa). Konfliktu, który miał na nowo zdefiniować stosunki elity republiki i ostatecznie doprowadzić do jej upadku.

[1] A. Ziółkowski, Historia Rzymu, Poznań 2008. s, 135-138.

[2] Ibidem, s. 254-256.

[3] Ibidem, s. 308-311.

[4] Plutarch, Żywoty Sławnym mężów t. 2, wyd. M. Brożek, Wrocław 2004, s. 490-492.

[5] Ibidem, s. 499.

[6] Ibidem, s. 504.

[7] A. Ziółkowski, op. cit., s. 299.

[8] Plutarch, op. cit., s. 499-500.

[9] Ibidem, s. 499-510.

[10] Ibidem, s. 506-507.

[11] Ibidem, s. 511-512.

[12] T. Łoposzko, Historia społeczna republikańskiego Rzymu, Warszawa 1987, s.230.

[13] A. Ziółkowski, op. cit., s. 302-307.

[14] Plutarch, op. cit., s. 514.

[15] Ibidem, s. 516.

[16] Ibidem, s. 521.

[17] Ibidem, s. 520-521.

[18] Ibidem, s. 523-524.

[19] Ibidem, s. 524-525.

[20] A. Ziółkowski, op. cit., s. 313-314.

[21] Plutarch, op. cit., s. 528-529.

[22] A. Ziółkowski, op. cit., s. 315.

[23] Plutarch, op. cit., s. 531-533.

[24] P. Veyne, Imperium grecko-rzymskie, Cieszyn 2016, s. 659-660.

[25] Plutarch, op. cit., s. 535.

[26] Ibidem, s. 536-537.

[27] Ibidem, s. 537-538.

[28] Ibidem, s. 539-540.

[29] Ibidem, s. 540-541.

[30] Ibidem, s. 541-542.

[31] Ibidem, s. 542.

[32] Ibidem, s. 543.

[33] P. Veyne, op. cit., s. 99.

 

 

Bibliografia:

Plutarch, Żywoty Sławnym mężów t. 2, wyd. M. Brożek, Wrocław 2004, s. 483-545.

Ziółkowski, Historia starożytna powszechna, Warszawa 2009, s. 748-753.

Idem, Historia Rzymu, Poznań 2008, s. 135-141, 254-258, 298-316.

G. Alföldy, Historia społeczna starożytnego Rzymu, Poznań 1991, s. 68-112.

T. Łoposzko, Historia społeczna republikańskiego Rzymu, Warszawa 1987, s. 223-249.

P. Veyne, Imperium grecko-rzymskie, Cieszyn 2016, s. 99, 659-660.

Słownik kultury antycznej, red. R. Kulesza, Warszawa 2012, s. 205-206.