Co za dużo, to niezdrowo – recenzja filmu Portal autorstwa Dextrona27

Powracam z następną recenzją machinimy! Kto się cieszy, ten się cieszy, a kto się nie cieszy, ten się nie cieszy. Podczas pisania ostatniej recenzji (która była dobrze przyjęta przez kilka osób, choć nie przez twórcę recenzowanego utworu) powiedziałem sobie – nie będę tworzył recenzji utworów, które nie mają zamkniętej fabuły lub są zbyt krótkie, dolnym limitem miało być 15 minut. I nagle piszę recenzję niespełna 8-minutowego filmu? Czuję, że muszę to wyjaśnić. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze jestem fanem horroru, choć bardziej literackiego, z zakresu weird fiction i horroru filozoficznego, ale Portal nie jest pierwszą próbą stworzenia horroru przez Dextrona, a nie było wielu rozbudowanych opinii na temat tych prób. Z tym wiążę się też druga rzecz, czyli chęć przekazania szerszej opinii dla ludzi z potencjałem, a Dextrona uważam za takiego człowieka. Oczywiście tym sposobem narażam się na atak na własną osobę, jak było w przypadku GPO czy Sanda, acz jestem w stanie to przeżyć.

Risen – Portal

Dziś krótko, bo i film krótki. Portal jest filmem osadzonym na szczątkowej fabule. Nie powinno to dziwić w przypadku tego gatunku. Bohater znajduje się na statku, który zaginął pośród mgły i protagonista przeżywa tam różne zaskakujące sytuacje, wypija napój, które sprowadza na niego koszmary. I tak to się toczy. Jedyne czego jesteśmy pewni, to fakt, że w pewnym momencie bohater spożywa napój, który sprowadził na niego szereg snów, które oglądamy w toku całego filmu. Reszta pozostaje domysłem. Jednak i tutaj mam pewne wątpliwości odnośnie tego co widać na ekranie. Nic nie zdaje się być takim, jakim jest przedstawiane.

Największym zarzutem dla tego filmu jest próba wrzucenia do niego rozmaitego typu “straszaków” i oczekiwanie, że na tak krótkiej przestrzeni czasowej wszystkie zadziałają. Więc mamy tu popularne w kinach jump scare’y, troszkę grozy opartej na przerażających potworach, nieco gęstej atmosfery osamotnienia i nadciągającej śmierci, a jeszcze inne elementy przypominają tzw. ghost story. Kiedy próbuje się używać tak wielu technik w tak zbitej formie to nie może wyjść z tego coś dobrego. Film upada pod własnym ciężarem. W połączeniu z mało przejrzystą fabuła, która do niczego nie zmierza i jest niezrozumiała oraz pozbawiona kontekstu powoduje, że widz odczuwa głównie zdezorientowanie – od początku aż do samego końca.

Film nie przypomina zamkniętej historii, a pewien misz-masz zupełnie nie powiązanych ze sobą elementów. Zupełnie jakby autor wpadł na kilka pomysłów, które uznał za dobre i postanowił je ze sobą połączyć. Poszczególne elementy nie zostały jednak poddane krytycznej analizie, tak samo jak i owej analizie nie został poddany film jako całość, przez co został pozbawiony unikalnego charakteru. Kwestia tempa czy impetu nie została zauważona przez twórcę. Owe elementy mocno tutaj kulały.

Mimo tych uchybień film nadal oglądało się całkiem dobrze. Muzyka była dobrze dobrana, budowała odpowiednią atmosferę, dubbing był na tyle przyzwoity, że nie przeszkadzał. I tutaj chciałbym się skoncentrować na jednej dodatkowej rzeczy. Widziałem, że autorowi zarzucało się, że nie ma korelacji między słowami bohatera, a akcją na ekranie. Przykładowo w pewnym momencie filmu bohater przechodzi przez pomieszczenie pełne tusz mięsnych, a dwie minuty później stwierdza, że na statku nie ma żadnego pożywienia. Pierwsza myśl? Błąd reżysera. Jednak może jest z tego inne wyjście! Jak wcześniej wspominałem autor zmienia bardzo szybko techniki prowadzenia historii i wprowadzania elementów grozy, co jak rozumiem jest efektem tego, że nie mamy do czynienia z jednym snem, a z wieloma – wypijanie napoju jest również snem. Wszystko jest snem. To lepiej tłumaczy zmiany w stylu, które jednak nadal są zbyt gwałtowne i zbyt częste. W przypadku takiego rozwiązania wynika, że ze scenariusza wypadło co najmniej kilka stron, a widz musi błąkać się po omacku. Po seansie nie wyjdzie ani zadowolony, ani przestraszony, ani oczyszczony.

Dextronowi życzę, by nadal kierował swoją twórczość w tę stronę. Niewiele mamy horrorów w polskiej machinimie, tym mniej dobrze zrealizowanych. Potrzebne  będzie lepsze wyważenie, zadbanie o odpowiednio tempo utworu, tak by widz mógł poczuć się zainteresowany jego filmem.

Advertisements

Herezja orleańska

Nieważne czy dana osoba jest zainteresowana historią czy też nie, nie ma praktycznie żadnej możliwości, żeby nigdy nie słyszała o Inkwizycji. Ta kontrowersyjna instytucja przeszła do świadomości zbiorowej głównie dzięki działaniom Hiszpańskiej Inkwizycji, której ofiary często się zawyża. Jej rozpoznawalność wzrosła jeszcze bardziej po skeczu Latającego Cyrku Monty Pythona, który dokonał satyry na owej instytucji. Trzeba jednak pamiętać, że o ile Hiszpańska Inkwizycja powstała pod koniec wieku XV, to początki Inkwizycji par excellence należy szukać w wieku XIII, za pontyfikatu Grzegorza IX (1227-1241), który w kwestii walki z heterodoksją kontynuował tradycje pozostawione przez Innocentego III (1198-1216). Wcześniej istniała również tzw. inkwizycja biskupia, która jednak przynosiła mizerne rezultaty. Głównym celem Inkwizycji były śledztwa w celu wykrycia heretyków i nakłonienie ich do powrotu na ścieżkę ortodoksji. W tym wpisie nie będę jednak poruszać tematu Inkwizycji (na to jeszcze przyjdzie czas), ale w przyszłości imię Innocentego III pojawi się na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś zajmę się natomiast jednym przypadkiem wczesnej herezji średniowiecznej. Przypadkiem na tyle istotnym, że primo, był pierwszym „incydentem” po długim okresie braku herezji w Europie (od czasów ariańskich Gotów), a secundo, wpłynął na traktowanie heretyków w przyszłości. To właśnie dzięki działaniom podjętym w tamtych czasach ugruntowała się ostateczna kara dla heretyków – spalenie na stosie. O samej karze, jej symbolice i znaczeniu powiem nieco więcej poniżej.

Kiedy słyszymy słowa „herezja orleańska” naszym naturalnym i pierwszym skojarzeniem jest postać Joanny d’Arc, jednej z bohaterek tzw. wojny stuletniej (1337-1453). Nie zagłębiając się w meandry tego jakże skomplikowanego konfliktu (czy raczej powiązanych ze sobą serii konfliktów) zauważamy, że Dziewica Orleańska faktycznie została spalona za herezję w Rouen w roku 1431. Jednak już 24 lata później została uniewinniona przez papieża Kaliksta III, a winą herezji i działania wbrew prawu kanonicznemu uznano zmarłego już biskupa Pierre’a Cauchona – głównego sędziego procesu w Rouen. Miasto Orlean jest jednak wiekowe. Było świadkiem wojen hugenockich, wojny stuletniej, podbojów Chlodwiga czy aktywności Juliusza Cezara w Galii. Zanim była Dziewica Orleańska, był Robert II Pobożny (996-1031) i spalenie duchownych w chacie za murami Orleanu w roku 1022.

W sprawie herezji orleańskiej źródeł mamy niewiele, jedynie wzmiankę w kartulariuszu sporządzonym przez Pawła, mnicha ze wspólnoty St. Pere de Chartres, który postanowił upamiętnić Aréfasta – normańskiego arystokratę, dobroczyńcę i członka owej wspólnoty. Kartulariusz powstał po roku 1078, a sam autor prawdopodobnie korzystał z libellusa bliskiego współpracownika Aréfasta. W dokumencie opisał mrożące krew w żyłach wydarzenia, które były jedynie zapowiedzią głębszych problemów w łonie chrześcijańskiej wspólnoty.

Zanim przejdę do głównej treści herezji, warto wspomnieć parę słów o samym mieście i tle historycznym. Orlean był znaczącym ośrodkiem edukacyjnym i kluczowym elementem w walce o władzę między królem Francji, Robertem Pobożnym i Eudesem II, hrabią Blois. Eudes pragnął połączyć swoje włości w Blois, Chartres i Tours – by tego jednak dokonać potrzebne mu było biskupstwo orleańskie. Nagle zdarzyło się sytuacja, że stanowisko biskupa Orleanu zostało zwolnione, sam król narzucił kapitule wybór Thierry’ego, który był protegowanym jego żony. Wobec sprzeciwu duchowieństwa Thierry nigdy nie został konsekrowany, parę lat później biskupem Orleanu został Odalryk (powiązany z Eudesem), sam Thierry udał się ze skargą do Rzymu, acz zmarł w trakcie podróży, tym samym stronnictwo królewskie odniosło porażkę. W roku 1022 do Orleanu został zwołany synod, któremu przewodzili król Robert wraz z małżonką – to tutaj doszło do skandalu.

Aréfast, nasz główny bohater, wywodził się z książąt normandzkich, był wasalem księcia Ryszarda II, sprzymierzeńca Eudesa II z Blois. O herezji dowiedział się od kapelana Heriberta, który zetknął się z nią w domu Stefana, który był spowiednikiem królowej i Lisoisa – kanonika Świętego Krzyża. Alarmując króla i za radą Evrarda, zakrystiana Chartres zaczął infiltrować środowisko heretyckie.

Sama treść herezji zbliżona jest do gnosis, do której dostęp uzyskiwać się miało poprzez ceremonię nałożenia rąk. W ten sposób nowicjusze zostawali oczyszczenie z grzechu i napełniały ich Dary Ducha Świętego. Heretycy odrzucali sakramenty i cielesność Chrystusa. Po owej iluminacji przechodzili na wyższy poziom bytowania, ponad wcześniejszy stan, żywili się niebieską strawą i doświadczali anielskich wizji. Owa niebieska strawa miała być według Pawła diabelskim wiatykiem (eucharystia podawana ciężko choremu lub umierającemu) sporządzonym z popiołów zamordowanego dziecka, będącego owocem nocnych orgii, podczas których każdy mężczyzna spółkował z każdą dostępną kobietą. Trzeba przyznać, niezbyt pozytywna wizja.

Aréfastowi udało się zdemaskować odstępców, a biskupowi Guarinowi z Beavuis wydobyć zeznania od Stefana i Lisoisa potwierdzające złamanie ortodoksji. Usprawiedliwieniem były głosy z niemateralnego świata, które ukazały im prawdę. Oskarżeni odrzucili dogmat Trójcy Świętej twierdząc, że sam “Duch Święty wyrył w ich sercach prawdę”, przedstawili również swoją wykładnię Prawa. Biskup prowadził z nimi długie rozmowy, próbując odwieść ich od herezji – całe jego starania poszły na marne, odstępcy pozostali przy swoim. W takiej sytuacji duchowni nie mogli zrobić nic innego jak wydać wyrok. Herezji wyrzekły się jedynie dwie osoby. Z reszty zostały zdarte szaty, a same osoby potępiono, zaprowadzono do chaty poza murami miasta gdzie spalono ich wraz ze wszelkimi rzeczami które posiadali oraz diabelskim wiatykiem.

Nie wyjaśnioną do dziś kwestią jest decyzja króla o spaleniu heretyków. Do wprowadzenia owej kary ma minąć jeszcze kilkaset lat. Jeśli sięgniemy dalej, to spotkamy się z sytuacją z roku 383, kiedy oskarżony o herezję manichejską Priscillian z Avilli faktycznie został spalony na stosie – jednak to nie za herezję został spalony, a za guślarstwo, a jak wszyscy doskonale wiemy, była to zwyczajowa kara za uprawianie czarów. Są dwie hipotezy na temat działań Roberta. Pierwsze odnosi się do symboliki ognia – jest on siłą oczyszczającą, która potrafi wyplewić zepsute ziarna herezji i przywrócić porządek społeczny. Druga mówi o wykorzystaniu starego rzymskiego prawa, które przewidywało śmierć na stosie dla określonych herezji (w Starożytnym Rzymie heterodoksja była również przestępstwom politycznym).

W dzisiejszej nauce dominuje pogląd, że kwestia wiatyku jest jedynie tradycją literacką. Na przestrzeni wieków heretyków przedstawiano w jak najgorszym świetle, byli szkalowani, miało to na celu stworzenie granicy pomiędzy “nami” a “nimi” i tym samym usprawiedliwienie działań podejmowanych przez przedstawicieli ortodoksji. W przypadku herezji orleańskiej nie mamy pewności na ile było to herezją (herezja sama w sobie istniała, ale była jedynie herezją intelektualną, która nie miała wielu zwolenników), a na ile była zagrywką polityczną.

W następnym wpisie dotyczącym herezji skupie się na tzw. diable z Monteforte