Upadek Konstantynopola [ARCHIWUM]

Znane są zapiski krzyżowców z XI i XII w., które mówią o wręcz niesamowitym bogactwie Konstantynopola, niektóre są wręcz nie do uwierzenia, np. kiedy krzyżowcy zatrzymali się u Aleksego I Komnena, w toku pierwszej krucjaty, to wspominali o posadzkach wykonanych ze złota, które można było podziwiać w wielu budynkach. Jeśli nawet te zeznania są podkolorowane, to nie można zaprzeczyć, że Cesarskie Miasto było znacznie bogatsze, większe i bardziej zaludnione od każdego z miast ówczesnej Europy. Szacuje się, że w XII w. mogło żyć tu nawet około miliona osób, oczywiście wtedy pod uwagę bierze się również przedmieścia. 29 maja 1453r. Turcy osmańscy zdobyli i złupili miasto — to wydarzenie, mimo że nie miało dużego znaczenia politycznego, to mocno zapisało się w historii i tożsamości Europejczyków. Stanowiło koniec pewnej ery. Zanim jednak do tego dojdziemy, to cofnijmy się troszkę w czasie.

Zdradzieccy Normanowie

Do końca X w. Bizancjum trzymało się względnie dobrze, co prawda stracili nieco terenów od czasów Justyniana I Wielkiego (głównie Europa i Afryka), ale zdołali wypracować skuteczne doktryny wojskowe przeciw Arabom, którzy w toku wieków stracili rozpęd i powoli staczali się w degrengoladę, dzieląc się na pomniejsze państewka. Jednakże w XI w. pojawiło się nowe zagrożenie — Turcy seldżuccy. Opanowali Armenię, kontratak przypuścił cesarz Roman IV Diogenes i doznał spektakularnej klęski pod Manzikertem (1071r.), która załamała potęgę Bizancjum. Roman Diogenes był kiepskim i mało charyzmatycznym wodzem, bez posłuchu u swego wojska, a jego armia składała się w dużej części z ludów najemnych (Normanowie czy Pieczyngowie), i w decydującym momencie bitwy dowódca normański – Roussel z Bailleul – zwrócił się przeciwko Bizancjum, reszta była formalnością. Popełniłem tu jednak mały błąd – Roussel nie tyle zwrócił się przeciwko cesarstwu, co w decydującym momencie bitwy wycofał swe wojska. Nie ma pewności czy były to zamierzone działania czy błąd w komunikacji między nim a cesarzem. Biorąc jednak pod uwagę późniejsze działania Roussela, nie możemy wykluczyć działania z premedytacją. Manzikert to jedno z najczarniejszych wydarzeń, jakie spotkało chrześcijaństwo w toku swojej historii, przynajmniej tak twierdził Sir Runciman, dziś jednak przyjmuje się, że to nie Manzikert zadecydował o przyszłości Bizancjum (szczególnie, że pół roku później zginął przywódca Turków, Alp Arslan, a jego państwo uległo rozprężeniu), a wojny domowe będące skutkiem śmierci Romana IV na polu bitwy. Na szczęście dla Bizancjum, Diogenesów obalili Komnenowie (i przy okazji powstrzymali Roussela przed stworzeniem własnego państwa w Anatolii), przeprowadzili konieczne reformy, a sytuacja się ustabilizowała. Jednakże kolejnym problemem, z jakim przyszło im się zmierzyć okazali się krzyżowcy.

Konsekwencje działań krzyżowców i ich upadek

Aleksy I Komnen wezwał rycerstwo zachodnie do obrony swoich ziem w imię wiary chrześcijańskiej, ale zamiast najemników, którymi by mógł pokierować, otrzymał zgraję rycerzy, którzy chcieli coś na tym ugrać dla siebie. Ocena krucjat nie jest łatwa, natomiast ludzie często traktują je jako wielkie zło (gdzie sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana), ja oczywiście się z takim poglądem zupełnie nie zgadzam. Krzyżowcy popełnili kilka błędów (jak rzeź Jerozolimy), czasami też zachowywali się po prostu głupio (działania Renalda z Châtillon). Historycy zgadzają się, że rzeź Jerozolimy była czynnikiem wyzwalającym nową falę fundamentalizmu religijnego (samo wydarzenie jednak nie odbiegało od ówczesnych standardów w postępowaniu względem miast, które się broniły). Sam bym to rozszerzył i stwierdził, że fundamentalizm religijny był konsekwencją, efektem ubocznym ekspansywnej polityki państw krzyżowców (Bizancjum stawiało na politykę obronną, i więcej zyskiwało, biorąc udział w intrygach przeciwko kolejnym władcom muzułmańskich). Ostatecznie państwa krzyżowe upadają w 1291r., kiedy ostatnia twierdza — Akka — zostaje przejęta przez Mameluków. Bizancjum zostaje same na Bliskim Wschodzie.

Nowe zagrożenie na horyzoncie

Druga połowa XIII w. to narodziny nowej potęgi na Bliskim Wschodzie — Turków osmańskich. W 1243r. Mongołowie najeżdżają Sułtanat Rumu, druzgoczą jego armię pod Köse Dağ, wskutek czego Mongołowie obejmują go Protektoratem. Ów Protektorat w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat znika z map dzieląc się na dziesiątki małych państewek-emiratów, wśród których znajdują się Osmanowie. Na początku XIV w. Anatolia jest już zturkizowana. Osmanowie rozpoczynają swoje podboje, szczególnie za pomocą tzw. „ghazi” – wojowników-kolonizatorów. W ciągu niecałych stu lat stają się największą potęgą na Bliskim Wschodzie. Tworzą doskonale naoliwioną machinę wojenną opartą na wojskowych feudałach – sipahowie, i fanatycznych wojownikach — janczarach. W 1365r. zdobywają Adrianopol, w 1371r. zaskakują i gromią 15-krotnie większą armię chrześcijan nad Maricą, a ostatecznie wdzierają się na Bałkany po bitwie na Kosowym Polu (1389r.), od tej pory w armii sułtanów regularnie służyć będą Europejczycy.

Brak wsparcia na morzu

Na początku XV w. Bizancjum jest w trakcie aktywnego rozkładu, niemal całkowicie wyludnione. Kiedyś wielkie i potężne, teraz posiada zaledwie Konstantynopol, kilka miast na wybrzeżu i Despotat Morei. Trzeba pamiętać jedno, w sytuacji, w jakiej znalazło się Bizancjum (bez żyznej Anatolii i krajem rozrzuconym po wyspach) konieczna jest władza na morzach. Na nieszczęście dla Greko-Rzymian morze nie należało do nich, nie należało też do Turków, a do trzeciej strony, której za żadne skarby nie można było ufać — Włochów (głównie Florentczycy i Genueńczycy). Włosi byli doskonałymi żeglarzami i kupcami, lecz bardzo egoistycznymi. Kolonizowali Bliski Wschód i próbowali wyciągnąć z handlu lewantyńskiego maksymalne korzyści. W efekcie zasłaniali się neutralnością, jednocześnie grając na dwie strony. Włosi stoją również za niechlubną IV krucjatą, która splądrowała Konstantynopol i ustanowiła Cesarstwo Łacińskie, które przetrwało zaledwie 50 lat (to jednak temat na inny raz).

Ratunek przychodzi ze Wschodu

Metaforyczna pętla zaciska się coraz mocniej na karku Bizancjum. Turcy coraz głębiej wchodzą w Bałkany. Widząc miernotę samego Konstantynopola, postanawiają go podbić, nawet jeśli samo miasto jest już cieniem dawnej chwały, to zdobycie najważniejszego bastionu wschodniego chrześcijaństwa przyniesie władcy wiele prestiżu, jednakże przegrana może oznaczać koniec kariery. Zdobycie tego miasta nie jest łatwe bez władzy na morzach, mury są bardzo mocne, a przedłużające się oblężenie może skutkować utworzeniem koalicji antytureckiej. Ostatnie obawy szczególnie się nasilają od początków lat 30. XV w., kiedy zapalczywy magnat siedmiogrodzki Jan Hunyadi wojuje na Bałkanach i udaremnia wiele tureckich planów, niszcząc przy okazji mit niezwyciężoności Osmanów. W 1402r. próby zdobycia Cesarskiego Miasta podjął się Bajezid I, szybko musiał od niego odstąpić, kiedy Timur Chromy (turko-mongoł), władca Środkowo-Wschodniego mocarstwa (i przy okazji jeden z najokrutniejszych wodzów w historii świata) rzucił mu „rękawice”. Timur nie życzył sobie upadku Bizancjum i rozgromił Bajezida pod Ankarą, zanim jednak zdołał definitywnie załamać potęgę Turków, to zmarł w podeszłym wieku (69 lat). Wnuk Bajezida, Murad II, przystąpił do oblężenia w 1422r., jednak jako że wcześniej nie umocnił swojej władzy to wycofał się równie szybko, jak dziadek, by zająć się problemami wewnętrznymi. Jak widać, niektórzy Turkowie bardzo chcieli zdobyć miasto.

Konstantynopol jest ruiną

Warto zwrócić uwagę na stan, w jakim było miasto w chwili rozpoczęcia oblężenia (kwiecień 1453r.), historycy szacują, że ludność stanowiła zaledwie 1/10 tej z XII w., czyli ok. 100 tysięcy mieszkańców i potrafili wystawić zaledwie 8-tysięczną armię. Niewiele. Wielkim ciosem dla Konstantynopola było jego złupienie przez krzyżowców. Możni z dynastii Paleologów zdołali go odzyskać, ale nie wrócili już do dawnej potęgi – walki z Turkami pochłonęły wszelkie środki finansowe i wielu ludzi. W XIII i XIV w. przez Konstantynopol przeszło wiele epidemii (w tym dżuma), a miasto było areną zmagań o naturze politycznej (wojny domowe) i religijnej (unia kościelna). Miasto było tak biedne, że zginęły klejnoty rodowe cesarza (prawdopodobnie sprzedane), a rządzącą dynastię (Paleologowie) czasami nazywano „dynastią żebraków”, z powodu swoich oszczędności — nie byli jednak złymi cesarzami. Warto również zwrócić uwagę na budowę miasta. Konstantynopol był gigantyczną metropolią, nawet w czasach świetności poszczególne dzielnice oddzielone były o siebie licznymi parkami. W XV w. zantagonizowało się to do tego stopnia, że poszczególnie dzielnice odgrodzone były murami i zamiast jednego wielkiego organizmu miejskiego istniało wiele pomniejszych. Zaskakujący jest fakt, że w obliczu upadku nagle odżyła nauka i sztuka.

Intrygi na dworze tureckim

Stwierdzenie, że wszyscy Turcy chcą Konstantynopola, jest błędne. Oczywiście są przesłanki ku takiemu stwierdzeniu, ale byłoby to strywializowanie osmańskiej polityki dworskiej. Na dworze istniały różne stronnictwa, z których jedno, świadome zagrożeń, chciało zostawić nieszkodliwe Bizancjum w spokoju. Do takiego stronnictwa należał Halil Pasza, opiekun młodego Mehmeda — przyszłego zdobywcy Konstantynopolu. Mehmed z czasem zaczął nienawidzić Halila i stracił go w roku 1453, niedługo po zakończeniu oblężenia. Nadmienię tylko, że polityka opiekuna mogła wynikać z podarunków otrzymanych od Greków — jest to wysoce prawdopodobne. Dlatego dorosły Mehmed nie otaczał się ludźmi z tego stronnictwa. Walka między stronnictwami trwa aż do 1453r., kiedy to zostaje zniszczone Bizancjum w akompaniamencie bezgłośnej obojętności.

Zmiana władzy tureckiej i zmagania Europejczyków na Bałkanach

Zanim Mehmed II doszedł o władzy rządził jego ojciec Murad II, i z tym wiąże się ciekawy aspekt. Powinniście znać katastrofalną w skutkach bitwę pod Warną (1444r.), gdzie na własne życzenie zginął Władysław Warneńczyk — bitwa, która wydarzyła się dzięki krzywoprzysięstwu chrześcijan i to właśnie oni ponoszą absolutnie całą winę za swoją zasłużoną klęskę – zarówno Jan Hunyadi, jak i Władysław Warneńczyk oraz Julian Cesarini. Murad powrócił do kraju i abdykował na rzecz syna, chciał odpocząć. Ostatecznie powrócił na tron dwa lata później przy okazji buntu janczarów, prawdziwym jednak jest fakt, że dużą rolę w odsunięciu od władzy Mehmeda pełnił Halil Pasza. Ostatecznie Mehmed wrócił na tron po śmierci ojca, w 1451r., i od razu zaczął planować zmniejszenie włazy Halila oraz zdobycie Konstantynopola. Na Bałkanach Europejczycy walczyli z różnym powodzeniem — raz wygrywali, raz przegrywali — dwoma ważnymi i jasnymi punktami byli Jan Hunyadi (bohater węgierski) i Jerzy Kastriota Skanderbeg (bohater albański, który uaktywnił się po skutecznej krucjacie z roku 1443). Summa summarum Europa przegrała tę walkę. Dowodem na to jest przegrana bitwa pod Mohaczem (1526), która to w konsekwencji doprowadziła do rozbioru Węgier. Co nie jest w żaden sposób zaskakujące, jeśli z Turkami walczyło tylko Południe, a Zachód nawet nie zwrócił na to uwagi.

Unia kościelna

Wcześniej wspominałem o niepokojach, czy nawet konfliktach religijnych w samym Konstantynopolu. Trzeba pamiętać, że Wielka Schizma Wschodnia, w 1054r. podzieliła Kościół na dwie części — zachodni (łaciński) i wschodni (prawosławny). Nastąpiło to z szeregu ważnych lub mniej ważnych konfliktów, z czego najważniejszym była wyższość soboru nad papieżem (w prawosławiu), z czym nie zgadzali się łacinnicy. W ciągu następnych pięciu stuleci zdarzały się mniejsze lub większe konflikty między Kościołami, pierwsi chcieli zyskać władzę nad drugimi a drudzy nad pierwszymi. Wskutek tego w XIV w. zaistniała między nimi przepaść. Z inicjatywy Wschodu zaczęto pracować nad unią, która połączyłaby dwa Kościoły w jeden. Oczywiście z racji pozycji, to Wschód miał się upodobnić do Zachodu. Spotkało się to z dużym niezadowoleniem społecznym. Było to logicznym następstwem. Bizantyjczycy taką zmianę traktowali jako zdradę wobec Boga co w połączeniu z ich światopoglądem (obecnie życie jest tylko wstępem do życia wiecznego, dlatego, jeśli zdradzimy Boga tutaj, to nie otrzymamy tego życia, dlatego lepiej zginąć broniąc Świętego Miasta przed Turkami) musiało się tak skończyć. Mimo licznych protestów Unia zostaje zawarta we Florencji (1439r.), a kościoły w Konstantynopolu zaczynają odprawiać msze w tradycji i języku łacińskim. Mieszkańcy w formie buntu, ostentacyjnie przestali chodzić do kościołów. Jaki był tego cel? To bardzo proste, Jan VIII Paleolog chciał tym posunięciem włączyć się w krąg katolickiej kultury i tym samym zwiększyć szansę na pomoc od papiestwa. Pomoc otrzymał, ale nie taką, jakiej się spodziewał, i to zbyt późno. Drugiego kwietnia 1453r. pod murami Konstantynopola stanęła blisko 120-tysięczna armia po przewodnictwem Mehmeda II, a towarzyszyła jej ogromna flota w sile stu statków. Rozpoczęła się ostatnia warta Cesarstwa Bizantyjskiego.

Koniec Konstantynopola

Konstantynopol nie miał siły przeciwstawić się tej ogromnej armii, ze względu na umocnienia mogliby się bronić długo, gdyby nie zabrakło pożywienia. Niestety, nie mieli dużo zasobów, a Turcy zablokowali ich drogę morską. Z czasem osłabli. Siły Bizancjum szacuje się na ok. 10 tys. ludzi (8 tysięcy Greków, 2 tysiące cudzoziemców [Florencja i Genua]) i 15 statków włoskich, a Turków tak jak wspomniałem wcześniej. Miasto broniło się przez 58 dni i jeśli przetrwałoby jeszcze parę dni, to Grecy mogliby zwyciężyć. Oczywiście Konstantyn grał na zwłokę, nadal liczył na pomoc od papieża i miast włoskich oraz krucjatę antyturecką, cesarz żył w nadziei. Turcy mieli też przewagę w artylerii, posiadali wśród nich kolosa (Bazylikę) stworzonego przez węgierskiego inżyniera, Urbana, którego pracę wcześniej odrzuciło Cesarstwo (z powodu braku pieniędzy). Do 22 kwietnia oblężenie nie szło po myśli Turków, przypuścili parę szturmów — każdy przegrali, a straty Greków były tak niewielkie, że można było je policzyć na palcach dwóch dłoni. Armaty też nie odnosiły skutków, duża w tym zasługa absolutnie genialnego i ofiarnego żołnierza-inżyniera z Genui — Giovanniego Giustininianego, który co noc naprawiał muru i stał się jedną z najważniejszych osób podczas oblężenia.

Bizantyjczycy wiedzieli, że kluczem do skutecznej obrony jest utrzymanie Złotego Rogu — zatoki na północ od miasta, z której kiedyś szturm przypuścili zwycięscy krzyżowcy. Rozciągnęli łańcuch z Konstantynopola do Pery (neutralna kolonia genueńska), który przecinał zatokę i uniemożliwiał jej przepłynięcie. Turcy nie chcieli wojny z Genuą, dlatego też nie zaatakowali Pery, znaleźli inny sposób. Wcześniej doszło do kilku starć między dwoma flotami, z których zwycięsko wychodzili Włosi i Grecy ze względu na ich umiejętności żeglarskie. 22 kwietnia Turcy zbudowali specjalne platformy dla statków i przetransportowali je przez Wzgórza Galackiego i wprowadzili część z nich do Złotego Rogu. Parę dni później w nocy Włosi zaatakowali statki tureckie, zasadzka nie udała się w pełni, jeden z kapitanów — Giacomo Coco — zaatakował zbyt wcześnie. Włosi bitwę przegrali, ale zadali Turkom spore straty. Na Złotym Rogu zapadł pat, nikt nie miał decydującej kontroli, Turcy jednak osiągnęli jeden ze swoich celów — odcięli Konstantynopol od zasobów rybnych. Po ataku ścięli marynarzy, a Grecy w odwecie ścięli jenieckich Turków. Sytuacja zaogniała się. W połowie marca zostali powstrzymani tureccy inżynierzy próbujący dokonać podkopu. W obozie tureckim było coraz bardziej nerwowo, w siłę rosło stronnictwo, które była za odstąpieniem od oblężenia.

Ostatecznie 25 maja Mehmed zorganizował zebranie ze swoimi doradcami. Halil Pasza mówił o odstąpieniu, podobnie paru innych doradców, Mehmed wysłał nawet propozycję pokoju, w zamian za oddanie posiadłości darował życie cesarzowi — Konstantyn odmówił. Pomimo sprzeciwu, 28 maja, Mehmed zorganizował szturm generalny, ogniska się paliły, grały bębny. Słysząc to, Grecy i Włosi uświadomili sobie, że nadszedł czas próby. Mieszkańcy przerażeni dokonali czegoś niezwykłego, co nie zdarza się często. Wszyscy, bez względu na wiarę, stosunek o cesarza czy unii kościelnej — wszyscy udali się na wieczorne obrzędy, dając wspaniały przykład Jedności. Konstantyn wygłosił przemowę, w której odwoływał się o Boga i starożytnej historii imperium, a po niej zaczął rozstawiać wojska. Mehmed atakował bardzo sprytnie, na całej długości murów, by maksymalnie rozciągnąć bizantyjskie wojska. Głównym celem jednakże była brama świętego Romana. Turcy przypuścili na nią trzy szturmy. Pierwsze poszli baszybuzucy, później anatolijczycy i na końcu janczarzy. Obrońcy byli bardzo heroiczni, odpierali ataki przez 4 godziny, bez wytchnienia, kiedyś jednak musiało im zabraknąć sił. Na dodatek spotkał ich splot niefortunnych wydarzeń.

Po strzale z arkebuza ciężko ranny zostaje Giustiniani i wycofuje się z grupą Genueńczyków, przez co niektóry będą nazywać go tchórzem i dezerterem. I tak Włoch umiera nazajutrz. To zdarzenie wywołało popłoch u Włochów, którzy zaczęli się wyłamywać. Bazylika trafia bardzo celnie i niszczy sporo fragment muru – 300 Anatolijczyków przedostaje się, lecz Grecy zdołali ich okrążyć i wyciąć w pień. Jeden z oddziałów, który robił wypady za miasto, przez nieuwagę nie zamyka małej Bramy-Bramy Cyrkowej, co zauważają Turcy i przypuszczają na nią szturm. Coraz więcej żołnierzy przedostaje się do miasta. Konstantyn, widząc to, odrzuca wszelkie insygnia cesarskie i rzuca się z mieczem na wdzierających się do miasta janczarów. Nie wiadomo jaki los spotkał jego ciało. Jedni mówią, że jego głowa wędrowało po rezydencjach muzułmańskich jako trofeum, inni, że nikt nigdy nie rozpoznał jego ciała, a jeszcze inni, że sułtan, będąc pod wrażeniem czynów Greków i samego cesarza stworzył dla niego specjalny grób na jeden z wysp Peloponezu. Niektóre dzielnice walczyły dalej, inne się poddały. Miasto zostało stracone. Widząc to, żeglarze kreteńscy i włoscy odpływają po uprzednio podniesieniu łańcuchu przez mieszkańców Pery.

Konsekwencje

To był koniec Konstantynopola, jaki był znany. Kościół Mądrości Bożej przerobiono na meczet, kilka innych splądrowano, jednak wiele z nich zostało nieruszonych. Podobnie sytuacja się miała z dzielnicami. Kilka z nich nie została ruszona w żadnych stopniu. Jest to zaskakujące i może wynikać z paru kwestii. Po pierwsze Mehmed II Zdobywca mógł być pod wrażeniem heroiczności i waleczności Greków. Po drugie te dzielnice dobrowolnie się poddały. Po trzecie, sułtan nie chciał forsować islamu na siłę, a chciał rządzić dwoma narodami (Turcy i Grecy) i te wykrojone dzielnice były ku temu przeznaczone. Następcy Mehmeda już nie byli tak dobrzy dla chrześcijan, z czasem kościoły były usuwane, a dzielnice turkizowane.

Upadek Konstantynopola był też definitywnym i symbolicznym końcem procesów, które zaczęły się już wcześniej. Moskwa staje się trzecim Rzymem, a odrodzona Rosja głównym filarem prawosławia (unia kościelna zostaje odwołana w 1484r.). Upada handel lewantyński w starej formie, a wraz z nim handlowe imperia Florentczyków i Genueńczyków. Przez Europę przechodzi nowa fala intelektualizmu, kiedy bizantyjscy profesorowie trafiają do Europy Zachodniej. Następuje rozwój artylerii.

Na koniec pasuje zadać dwa pytania:

1. Czy można było uratować Konstantynopol?

Tak, oczywiście. Wystarczyła pomoc z Zachodu. Papież wysłał statki, ale zanim dopłynęły do celu, to miasto zostało już zdobyte. Zachód nie interesował się tą sprawą, a Południe było zbyt zmęczone po Warnie. Ale! Nawet jeśli losy zostałyby odwrócone to, co z tego? Nadszedłby syn czy wnuk Mehmeda i ponowił szturm. Bizancjum nie miało ani materiałów, ani werwy, by się samodzielnie utrzymać, a co dopiero przejść do ofensywy w obliczu potęgi Osmanów. Można powiedzieć, że było to konieczne.

2. Co z tą Europą?

Rozumiem, że część Europy była zmęczona działaniami wojennymi i nie chciała się nad wyraz narażać, ale całkowite przemilczenie sprawy Bizancjum jest nie w porządku. Odeszły one w ciszy i przez wiele, wiele lat Bizancjum jest traktowane albo jako złe państwo, albo ignorowało się jego istnienie. Zachód uwielbiał kulturę grecką i rzymską jednocześnie całkowicie ignorując wkład Bizantyńczyków w jej kształt i zachowanie. Dodatkowo, Europa o chrześcijańskich wartościach dobitnie udowodniła, że zarówno wtedy, jak i teraz (i w każdym momencie) nie potrafi się zjednoczyć przeciwko zagrożeniu jakim był i nadal jest islam wojujący.

Bibliografia:

Steven Runciman, Upadek Konstantynopola

Steven Runciman, Dzieje wypraw krzyżowych T. 1

Edward Potkowski, Warna 1444

Marcin Gajec, Od Manzikertu do Antiochii. Syria w przededniu wypraw krzyżowych

Oryginalny tekst powstał 28.06.2017r.

P.S.

W dniu dzisiejszym uważam powyższy tekst za naiwny, stronniczy i krótkowzroczny.

Advertisements

Braterskie więzi czy więzi krwi? Recenzja filmu machinimowego autorstwa Sanda

Jakiś czas temu powiedziałem sobie: „W najbliższym czasie nie będzie tekstów na temat filmów machinimowych!” Powód był prosty, owe filmy są bardzo miałkie, uproszczone, ciężko rozwinąć swe myśli na ich temat. Nieważne czy będziemy mówić o kwestii audiowizualnej czy scenariuszowej. Stwierdziłem jednak, że teksty na temat machinimy mogą być dla mnie odskocznią, nie wysforowaną wysoko merytorycznie a jednocześnie, za pomocą konstruktywniej krytyki, pomagającą twórcom w naprawieniu części mankamentów.

Na pierwszy ogień poszedł film Sanda pt. Braterska więź”. Przyczyny takiego wyboru były trzy. Primo – w pewnych kręgach machinimowych, w których przebywam zapowiedzi tego filmu wywołały pewne zamieszanie – niestety w główniej mierze negatywne. Secundo – film był robiony przez długi czas i był wielokrotnie poprawiany. Tertio – Sand wyrobił sobie już pewną opinię, i byłem ciekaw jak sobie poradził, i czy za pomocą filmu udało mu się zrzucić z siebie część oskarżeń.

I tak, napisałem ten wstęp przed kilkoma dniami, ale czuje się w obowiązku powiedzieć jeszcze jedną rzecz, by nie zostać niewłaściwie odebrany. Nie oczekuje po machinimie wysokiego poziomu z racji jej charakteru, i dlatego na wiele rzeczy jest skłonny przymknąć oko. Niestety, w przypadku Braterskich Więzi nawet pobłażliwe traktowanie na niewiele się zda.

W zamyśle fabularnym historia opowiada o dwóch braciach – jeden fajtłapa (Vincent), drugi potrafi radzić sobie w życiu (Taz). Ten pierwszy przez brak pomyślunku w swoich działaniach wpada kłopoty i prosi drugiego o pomoc. Natomiast ten drugi chce pomóc, bo jest dobrym bratem, a wcześniej trzymał się z dala od rodziny. Ciśnie się na usta zdanie – to już było przedstawiane tak wiele razy, czy to w książkach, czy to w filmach. Wręcz można powiedzieć, że jest to odtwórcze, ale ze względu na dostępność materiałów, które można porównywać ze swoją koncepcją, można uznać to za bardzo bezpieczny film. Przy odrobinie chęci może wyjść z tego coś lepszego niż na co pierwotnie się zapowiada. W tym filmie jednak zabrakło albo chęci, albo umiejętności. Prawdopodobnie obu. Na dodatek twórca, który był zarówno reżyserem, montażystą, jak i scenarzystą, dobitnie pokazał, że nie posiadał absolutnie żadnej kontroli nad swoją pracą.

Kolejna rzecz na, którą warto zwrócić uwagę to dialogi, i sposób prowadzenia historii. Są one prowadzone w bardzo sztywny sposób, nie są z żadnej strony ciekawe, wręcz wymuszone, brakuje im polotu, czasami w dialogach występują zaraz po sobie te same informacje. Dlaczego są powtarzane? Dlaczego tracić na to cenne sekundy? Widz wie o co chodzi już po pierwszej informacji, nie jest mu potrzebna druga. To nie jest gra z serii Metal Gear Solid, gdzie protagonista zawsze musi zadawać durne pytania i powtarzać informacje. Występują niepotrzebne sceny – pierwszą scenę, która jest retrospektywą można spokojnie usunąć i film nie straci na tym, w absolutnie żaden sposób.

Owa pierwsza scena, kiedy bracia polują na ścierwojada posłuży mi jednak na zwrócenie uwagi na coś całkowicie innego. Twórca w pewnym momencie stwierdza, że historia dzieje się w nakreślonym przez niego uniwersum, i za pomocą argumentu moje uniwersum, moje zasady próbuje uzasadniać błędy logiczne. Zapomina jednak, że jakiekolwiek zasady działają w jego uniwersum, to primo – muszą być wewnętrznie spójne, a secundo – jeśli wprowadza się nowe zasady, to należy je wytłumaczyć. Oczywiście w kwestii budowania świata ten film leży i kwiczy – są wprowadzane motywy dotyczące ludzi czy organizacji, nigdy jednak nie dowiemy się np. jak nazywa się lord miasta, czy jakichkolwiek szczegółów o organizacji, z którą zadarli protagoniści (jej nazwy czy celów). Żeby tego było mało, to autor postanawia dodawać rzeczy stricte wyjęte z Gothica – ścierwojady czy świątynia Innosa. To w końcu jest to uniwersum Gothica czy jakieś osobne?

Punktem centralnym całej historii jest zdobycie księgi, i choć będzie tu mowa nieco o spojlerach, to muszę o tym napisać, z racji prymitywizmu wykorzystanych środków. Bohaterowie chcą spłacić swój dług wobec tajemniczej organizacji (ot, której przypomnę, nie wiemy prawie nic – no, może poza faktem, że lubią latem zakrywać twarz szalikiem w ciągu dnia), antagonista (u, którego ciężko zauważyć jakiekolwiek motywy) zleca im kradzież księgi z domu lorda miasta, czy też zarządcy. I tu zaczyna się najlepsze. Kiedy protagonista próbuje się dowiedzieć coś więcej na jej temat, jego adwersarz go jedynie zbywa – wskutek tego widz nie wie o co chodzi (czym jest księga, dlaczego jest ważna, czy ma związek ze skarbnikiem, o którym była mowa wcześniej – to jedynie domysły, nie ma żadnego solidnego argumentu przemawiającego za tym), ale nie wie i Taz (nie wie gdzie znaleźć księgę [poza ogólną lokalizacją], nie wie jak się nazywa, jak wygląda okładka, nie wie nic, co mogłoby nakierować go na księgę, żeby mógł ją znaleźć). Następuje tu wprost gigantyczna przepaść między wiedzą scenarzysty, a wiedzą bohaterów w filmie oraz samych widzów. Ale to nie koniec, o nie, nie, nie! Sama księga jest McGuffinem par excellence. Prowadzi fabułę do przodu, definiuje motywację bohaterów (choć głównie jednego z protagonistów), i sam z takimi rozwiązaniami nie mam absolutnie żadnego problemu, pod warunkiem, że jest on odpowiednio zamaskowany, zaowalowany. Tutaj niczego takiego nie ma, jest ukazany bezpośrednio, w sposób prymitywny. Podobnie jest w zakończeniu gdzie jednak pojawia się deus ex machina, która rozwiązuje wszystko w sposób, którego widz nie mógł przewidzieć, bo nie ma on oparcia w poprzednich scenach.

W samym filmie pada sporo nielogoczności, które z łatwością można było wyeliminować. Autor nie ma pojęcia o ekonomii i stwierdza nagle, że 2000 sztuk złota to niewielka ilość. O ile nie były to monety o niskiej zawartości kruszcu, to taka ilość byłaby MAJĄTKIEM. W karczmie możemy spotkać ludzi, którzy nawet do piwa wybierają się w kolczudze i pikowanym kaftanie. W samym Golieth (czy jakkolwiek się to pisze) bohaterowie zaczynają ubierać się w przewiewne stroje, które przywodzą na myśl kulturę Środkowej Azji, ale nie ma absolutnie żadnej podstawy, dlaczego mieliby je nosić w środku lasu. Warto wspomnieć o strażniku, który wymagał glejtu (dlaczego był potrzebny) i jednocześnie sam miał uprawnienia do wpisywania glejtu (zwykły strażnik?). Zresztą podczas akcji w Golieth ujęcia pokazują pewien kryształ w taki sposób, który sugerował, że jest istotny. Ostatecznie okazało się to niczym ważnym, było efektem nieumiejętności kadrowania przez twórcę. Takich rzeczy można, by wymieniać więcej, ale to nie do końca moja rola.

Żeby nie być tak do końca negatywnym, to nadszedł czas na wymienienie plusów. Za taki możemy uznać kameralną obsadę, postaci jest jedynie trzech i dodatkowo zapychacze przestrzeni w formie strażników i im podobnych. Niestety autor nie wykorzystał potencjału tego rozwiązania. Nie opowiedział nam nam o nich więcej, nie wszedł w iimch psychologię. A szkoda. Czego jednak można oczekiwać od filmu, którego sceny możemy policzyć na palcach jednej ręki? Pod względem technicznym widać progres w stosunku do poprzedniego filmu, choć i tu daleko droga do ideału. Muzyka momentami była zbyt natarczywa, wspomniane wcześniej kadrowanie również nie należało do najlepszych (przez co film tracił potencjał wizualny), była conajmniej jedna sceny kiedy na jedno ujęcie składały się dwa klipy – podobne, ale nie takie same – przez co wywołały efekt podskoczenia bohatera. Aktorzy za wiele tu do grania nie mieli, słychać było, że Kubacz bawił się głosem.

Podsumowując, film jest lepszy od poprzedniego filmu Sanda (tj. Próba Argosa), lecz zbyt wiele rzeczy w nim zawiodło, bym mógł wyrazić o nim pozytywną opinię. Niestety film należał do kategorii tak złe, że aż nudne, a nie do kategorii tak złe, że aż śmieszne.