Cykl książkowy #6 – Bestiariusz słowiański. Rzeczach o skrzatach, wodnikach i rusałkach.

Jasne, że zmorą jest baba, przecież każdo jest po trosze zmorom.
***

Ostatnimi czasy można zauważyć wzmożony powrót ludzkich zainteresowań do Słowiańszczyzny czy też polskich wierzeń ludowych, które są bardzo bogate. Wydawnictwo BOSZ zdecydowało się wydać 8-częściowy cykl „Legendarz”, który jest próbą zbicia kapitału na tym trendzie oraz pokazanie w przystępny sposób stosownych informacji dla osób, które niekoniecznie chcą się ich dowiadywać z publikacji naukowych. „Bestiariusz Słowiański…” jest jedną z pozycji w tym cyklu i przede wszystkim trzeba go pochwalić za ilustracje.

Książka przedstawia nieco ponad sto potworów, duchów, diabłów i demonów. Ułożone są alfabetycznie, a o każdego dołączona jest ilustracja i krótki opis, który może być na dwa-trzy zdania, jak i dłuższy (na „krótką” stronę). Powoduje to, że leksykon czyta się bardzo szybko i można go spokojnie przeczytać w ciągu jednego dnia. Jeśli miał określić jednym wyrażeniem, na czym zasadza się demonologia słowiańska, to powiedziałbym „wieje grozą”, a poza tym nie ma tu czarno-białej moralności, większość istot może być pomocna i wroga zarazem, nawet diabły. Do stricte złych demonów można zaliczyć jedynie te przedchrześcijańskie demony jak czart i bies. A dobre duchy, jeśli nie będzie się ich dobrze traktowało, to też potrafią pokazać złowrogi pazur. Widać w tych istotach ich zwierzęcą, dualistyczną naturę.

Ilustracja wzmagają poczucie grozy, są groteskowe, przez co zarówno straszą, jak i śmieszą. Niestety niektóre stwory zostały omówione bardzo pobieżnie i trzeba poczytać o nich więcej w innych publikacjach. Mowa tu przede wszystkim o smokach i wąpierzach.

Jak już wspomniałem wcześniej, styl jest przystępny, a mnogość ilustracji sprawia, że książka stanowi dobre wprowadzenie w świat wierzeń ludowych, jest odpowiednia zarówno dla ludzi interesujących się tematem hobbistycznie, jak i dla młodszych czytelników. Obecna w książce bibliografia pozwala również na dalsze badania.

Advertisements

Cykl książkowy #5 – Drobna przysługa

Jeśli miałbym w dwóch słowach ocenić tę powieść, to powiedziałbym „wyśmienita rozrywka” lub też „rollercoaster emocji”.

To już dziesiąty tom cyklu o magu detektywie i od dawna powinien już nużyć, szczególnie że autor ciągle korzysta z tych samym schematów nieznacznie je tylko modyfikując, tak się jednak nie dzieje — ponownie Harry Dresden niechętnie przyjmuje zlecenie, dostaje oklep od „złych gości”, ale dzięki odpowiedniej dozie szczęścia i znajomości udaje mu się z tego wyjść cało.

Warto zwrócić uwagę na twórcze wykorzystanie baśni „O trzech koziołkach spryciołkach i trollu”, o której sam wcześniej nie słyszałem. Oprócz tego mamy tutaj naprawę dużo humoru i nie mniej akcji. Powraca większość znanych postaci, przyjaciół Harry’ego, a sami antagoniści fanom serii są już znani, a przynajmniej część z nich. W porównaniu do poprzednich części jest tu też więcej intryg, aż momentami często za nimi nadążyć. To na plus. Odkrywanych jest również więcej kart ze spisku, który dzieje się w czasie akcji cyklu, ale za kulisami książek i wygląda to coraz bardziej interesująco. Dodatkowo standardowy worldbuilding już nam dobrze znany, czyli dodawanie do każdej kolejnej powieści parę istot i idei wzbogacających świat przedstawiony.

Nie ma jednak róży bez kolców. Nie wszystko było tak dobre, jakie być powinno. Pierwsze 100-150 stron nie było takie dobre — wręcz przeciwnie, nudnawe i źle napisane. Zadawałem sobie wtedy pytanie. Czy to ten sam Jim Butcher? Czy to może nagły spadek formy? Ostatecznie pozostałe 450 stron dało radę. Autor oplótł czytelnika siecią emocji, od radości przez ekscytację a na smutku kończąc. Drugim elementem na minus były wątki romansowe, które nie zadziałały, tak jak powinny i przez to wydawały się dodane na siłę. Jest to chyba najpoważniejsza, najbardziej drastyczna, a przy okazji najlepsza część cyklu. Polecam, jeśli ktoś chce się dobrze bawić.

I na koniec pytanie, ile mamy czekać na kolejną część?