Raport nt. towarzysza Bolverka

Samotnia, 23 Ostatni Siew, 4E766

Podjąłem wiele działań, by wyjaśnić dzieje towarzysza Bolverka. Niestety…zawiodłem. Wszystkie informacje, jakie zdołaliśmy pozyskać, wydają się przynajmniej w części fałszywe. Każdy człowiek czy elf twierdzi co innego. Ich zeznania są wzajemnie sprzeczne. W poszczególnych wersjach Bolverk ubiera się w inny sposób, nie mówiąc o różnych wersjach wydarzeń. Starałem się jednak oddzielić prawdę od fałszu, mity od rzeczywistości i doszedłem do poniższych wniosków.

Matka Bolverka zginęła w połogu, ojciec 12 lat później. Źródła wspominają o pijatyce, a historia wydaje się po stronie gigantycznego Norda. To jego ojciec, Vikar Hundisson miał zacząć bójkę i polec z ręki własnego syna. Nie ma dowodów, że było inaczej. Natomiast kilka relacji wspomina o nienawiści i pogardzie Bolverka wobec ojca. Czy mógł go sprowokować i zabić? Nie mogę tego wykluczyć. Gdzie leży prawda?

Po tych wydarzeniach został wyrzucony z domu w Rzecznej Puszczy, rozpoczął życie w podróży niczym nomada, razem z innymi sierotami i dezerterami. O tym okresie niewiele wiem, ci „łachmaniarze” rzadko odwiedzali wioski, większość życia spędzali na rozdrożach. Jedynym świadectwem są relacje o incydentach na obrzeżach wiosek, w ich pobliżu znajdowane odcięte palce, dłonie, a czasami nawet ciała.

Wiele lat później, kiedy ruch łachmaniarski zaczął słabnąć, zaczęły docierać bardziej szczegółowe. Łachmaniarze zostali ponownie włączeni w krąg cywilizacji. Podczas tego powolnego procesu część ludzi zaczęła opowiadać o nieznanych dotychczas informacjach. Co ważne, kilkunastu z nich miało do czynienia z Bolverkiem. Zrobił na nich nieprzyjemne wrażenie. Był zimny, obmierzły i skory do brutalności. A przy okazji użyteczny. Miał zmysł do polowania.

Z tych wszystkich opowieści na czoło wysuwa się jedna. Mimo swej natury Bolverk nawiązał zażyłe stosunki z grupą pięciu ludzi. Były wśród nich dwie kobiety: Jytte Iorundottir ze Smoczymostu i Lysabeth Bellamont z Alcaire; oraz trzech mężczyzn: Hararik Jobjornsson z Morthal, Jarnot Lirrian z Dunlain i Tels Veleth z Pelagiad. Przez niemal rok cała szóstka była przyjaciółmi, wspierali się.

Niestety, w pewnym momencie historie się urywają, z relacji późniejszych towarzyszy doli Bolverka wynika, że postanowili go upokorzyć, doprowadzić do wychłodzenia jego organizmu i w konsekwencji śmierci. Z jakich powodów? Tego nie wiem. Już ich nie zapytamy. Dawno temu zostali pochowani w bezimiennej mogile. Sama opowieść o ich zdradzie pochodzi z ust Bolverka, może coś ukrywa?

Kolejne wydarzenia podaje w wątpliwość. Szczególnie historię o niedźwiedziu. Wykracza ona poza zrozumienie. Nie jest możliwa. Lud ją wymyślił, by usprawiedliwić jego niezwykłą, lecz naturalną „podróż-walkę” – fizyczną i duchową — z „potworem zimy”.

Przez następne 6 lat o samym Bolverku słychać niewiele. Można utożsamiać go z tzw. Rzeźnikiem z Lasu — bandycie napadającym na zbłąkanych wędrowców i osłabione karawany. Wbrew obiegowej opinii nie poddał się on dobrowolnie, został złapany, uwięziony i poddany procesowi. Wyrokiem było 20 lat w rygorystycznym więzieniu w Falkreath. Odbył jedynie trzy.

Po trzech latach wybuchła Wojna Dwóch Królów. Bolverk został włączony do armii i szybko mianowano dowódcą komanda Gjalda. Komanda typu Gjalda są formacją odwetową, silną i szybką — stworzoną do potyczek, nie bitew. Odniósł wiele sukcesów, mówią o tym źródła z jednej, i z drugiej strony. Jego zwycięstwom towarzyszyła nieposkromiona brutalność. Zarówno jego, jak i jego towarzyszy.

Ważnym wydarzeniem w wojnie było nadanie dowództwa Bolverkowi. Przebywał on w Bieli, razem z innymi szeregowymi żołnierzami. Odbywało się tu zebranie norskich dowódców i poradzenie się u Wiedźmy Wojny. Przewidziała im zwycięstwo za wielką cenę i tylko jeśli Bolverk zostanie oficerem. Jakkolwiek ocenisz tę historię, jakkolwiek oceniasz wizje i przepowiednie, to tak się właśnie stało. Sama o tym wiesz. Bolverk stanął po stronie Nordów i Nordowie wygrali.

Wiele osób zginęło z ręki jego i jego ludzi. Elfy, ludzie, khajici, a nawet argonianie. Z tego okresu pochodzą relacje, które znacząco zmieniają obraz Bolverka. Mimo że dowodził swoimi ludźmi to w kompanii wszyscy byli równi. Często z nimi rozmawiał i ucztował. Udokumentowane są jego ekscesy z kuflami. Miał w zwyczaju rozbijać go na głowach swoich towarzyszy. Robił to z taką siłą, że niektórzy z nich tracili przytomność. Jest możliwe, że chwile, które przeżywał w komandzie Gjalda były pierwszym przeżyciem gdzie był prawdziwie szczęśliwy. Poniżej zamieszczam listę dziesięciu jego najlepszych przyjaciół z tego okresu. Wierzę, że część z nich już złożyła akces do twojej organizacji. Zważ na to, że trzech ostatnich było kiedyś kapitanami innych komand — kolejno Mein, Skrípi i Auðigr.

Przyjaciele Bolverka:

  • Bersi Runolfsson
  • Ingmar Jensen
  • Fjolvar Carstensen
  • Rugga Losnedahl
  • Bracia Thorvald i Tumi Lager
  • Skjor Asketillsson
  • Ivar Nikolajsen
  • Sibbi Mårdh
  • Narfi Øster

Jeśli mianowanie Bolverka dowódcą poczytujesz za wydarzenie ważne to musisz przyjrzeć się bitwie o Dushnikh Yal. Do tej pory Bolverk już zyskał szacunek pośród żołnierzy spoza komanda, wygrał niezliczoną ilość potyczek, tracił niewielu ludzi, ale ta bitwa zdecydowała o jego sławie pośród ludu. Siły Nordów zostały okrążone w pobliżu orkowej twierdzy. Orkowie udzielili im schronienia w zamian za ustępstwa dla ich enklawy. Walczyli razem, ramie w ramię, ludzie i orkowie. Przeciwko innym ludziom. Bretonom. Tego dnia zginął król Harald, przeszyty strzałą. Rada Wojenna przyznała Bolverkowi tymczasowe dowództwo, na czas bitwy. Wyprowadził on część sił z fortecy tylnym wyjściem. Chciał uderzyć ich tyły. Obronę twierdzy i odpowiednie przyjęcie głównej siły ataku wroga powierzył Sibbiemu Mårdh. Manewr Bolverka się udał, kiedy Bretoni byli zajęciem szturmowaniem muru nasz obiekt zainteresowania jednocześnie podpalił ich namioty i zaatakował siły wroga. Wpadł w berserkerski szał, nikt nie był w stanie go powstrzymać. Kiedy bitwa się skończyła, znaleźli go, ociekającego krwią, wydawał dziwne dźwięki. Śmiał się i płakał. Ogłosili go bohaterem.

Kiedy działania wojenne ucichły, w starym forcie, niedaleko Hrothgaru, znaleziono pięć zmasakrowanych ciał. Po wojnie Skyrim było w chaosie, dopiero wyłaniał się nowy rząd, jednak znalazła się ekipa śledcza, która zdołała zająć się tą sprawą i rozpoznać ofiary. Były tam dwie kobiety i trzech mężczyzn. Jytte, Lysabeth, Hararik, Jarnot i Tels. Pięć osób, pięciu dawnych przyjaciół Bolverka. Według znanych mi źródeł Bolverk porwał ich, jednego po drugim, i zaciągnął do fortu. Opiekę nad nimi powierzył Ivarowi Nikolajsenowi. Oficjalnie zaginęli na polach bitewnych. Nikt ich nie szukał, nie mieli rodzin, a przyjaciółmi byli dla samych siebie. Zebrawszy wszystkich, odesłał Ivara do rodziny, a on sam urządził miejsce kaźni. Torturował ich, łamał im palce, wyłamywał zęby, wypalał znamiona rozżarzonym do białości prętem, Jytte oskórował. Co zrobiła mu biedna Jytte? Za zbrodnie nie odpowiedział, nie miał kto go osądzić i pozyskał ochronę wdzięcznego mu społeczeństwa.

Po wojnie Bolverk zyskał dużą sławę i uwielbienie ludu. Pewnie i w tej chwili w karczmach piją jego zdrowie. On sam nie poprzestał wpływać na Skyrim po wojnie. Stworzył sektę, tzw. Synów Bolverka, istnieją również jego Córy, lecz są znacznie mniej liczne. Jego akolici szkolą się w koncentracji, zespoleniu z naturą i wyciszeniu. To ruch filozoficzny. Członków można rozpoznać po charakterystycznych hełmach z jelenimi rogami.

Prowadzę dalsze badania nad losami Bolverka, tak jak sobie życzysz. Dokument wysyłam do twierdzy i liczę na odpowiedź. Niech szczęście sprzyja ci w bitwie i poza nią, Lady Oskario.

Z poważaniem Lorenz Dyne

Advertisements

Cykl książkowy #4 – Na glinianych nogach

Tekst został pierwotnie opublikowany 12.04.2017r.

To rzeczy w które wierzysz czynią cię człowiekiem.

Powieść Na glinianych nogach to trzecia część cyklu o Straży Miejskiej osadzonej w Świecie Dysku (konkretnie miasto Ankh-Morpork) napisanej przez śp. Terry’ego Pratchetta. Sama książka nieco różni się od poprzednich części, nie jest aż tak śmieszna (mamy tu mniej żartów sytuacyjnych) natomiast posiada więcej treści, a sama intryga jest mniej oczywista.

W mieście szaleje morderca, ginie dwóch staruszków, ktoś próbuje otruć Patrycjusza, a Samuel Vimes, teraz już Sir Samuel Vimes, uczy się jak obywać wśród wyższych elit, natomiast do Straży Miejskiej dołącza nowy rekrut.

Po raz kolejny i trzeci z rzędu mamy do czynienia z kryminałem fantasy, tym razem jednak tajemnica jest utrzymywana dłużej. Poszczególni członkowie naszej niezwyciężonej i jakże majestatycznej Straży Miejskiej rozwiązuje poszczególne elementy układanki lecz cały sens intrygi utrzymywany jest w cieniu do samego końca. poznajemy przeszłość Vimesa, która z części na cześć staje się coraz bardziej skomplikowanym przypadkiem.

Ponownie powraca problem władzy, wątki arystokracji i gildii są szerzej rozwijane, a w ich intrygi zostają wplatani zarówno Komendant Straży, jak i jego “mniejsi”podkomendni. Będąc przy podkomendnych, nadmienię, że do Straży dołączą nowy rekrut – krasnolud Cudo Tyłeczek, który jest dobrą zabawą (chociaż występuje tu głównie humor słowny) z tropami dotyczącymi płciowości tych właśnie małych istot oraz pewien ateista który wygłasza całkiem dobre argumenty natury teologicznej.

W tej części humor nie jest już tak wszechobecny jak w dwóch pozostałych, opiera się w znacznej mierze na dialogach i humorze słownym, mniej jest tu humoru sytuacyjnego. W tej części ważniejsza była intryga co nie znaczy, że nie było co najmniej kilku sytuacji gdzie można było się śmiać szczerym śmiechem.

Podsumowując, warto przeczytać. Jeśli lubisz książki Pratchetta to się nie zawiedziesz.

Cykl książkowy #3 – Zbrojni

Pierwotny tekst został opublikowany 01.04.2017r.

Jednak patrycjusz dosyć lubił ogrody — na swój spokojny sposób. Miał pewne poglądy na temat umysłowości większej części rodzaju ludzkiego i ogrody sprawiały, że uznawał je za w pełni uzasadnione.

Powieść Zbrojni to druga część cyklu o Straży Miejskiej osadzonej w Świecie Dysku (konkretnie miasto Ankh-Morpork) napisanej przez śp. Terry’ego Pratchetta. W mojej opinii znacznie lepsza od części pierwszej.

Z okładki bije mocno kiczowaty klimat fantasy, i akurat do tej serii pasuje to idealnie, i nie powoduje “złego” śmiechu.

Obecny Kapitan Straży (Samuel Vimes) ma w ciągu dwóch dni odejść na emeryturę i zacząć życie w cywilu wraz ze swoją nową wybranką, Straż Miejska ma za zadanie pozyskać nowych rekrutów, którzy będą reprezentowali różnorodne grupy etniczne, a przez miasto przechodzi fala nielicencjonowanych morderstw.

W Zbrojnych czytelnik ma okazję poznać szereg nowych postaci, oprócz antagonistów poznawanych w iście kryminalny sposób (podobnie jak poprzednio), poznajemy nowych funkcjonariuszy Straży: Cuddy’ego (rodowity krasnolud), Detrytusa (troll, czyli kupa kamieni) i Anguę (kobietę, która skrywa mroczny sekret). Szybko moim faworytem stał się Detrytus, który jest prowokatorem wielu śmiesznych sytuacji, sam często zachowuje się jak “głupi troll”, ale przy okazji może być też piekielnie inteligentny.

W powieści występuje lekkie przeniesienie narracji. Główny bohater poprzedniej części, Samuel Vimes występuje okazjonalnie, kiedy tylko to się zdarza zwraca na siebie sporą uwagę – jego słowno-moralne pojedynki z Patrycjuszem i alkoholowe przemyślenia mocno zapadają w pamięć. Narracja skupia na kapralu Marchewie (wyimaginowanym krasnoludzie), poznajemy go dokładniej, on sam wydoroślał i jest ofiarą wielu ciekawych wątków.

Humor ponownie nie zawodzi, problemy filozoficzne i etycznie ponownie zakute są w iście slapstickowy humor, którego nie sposób nie docenić. Dialogi zapadają w pamięć, mamy też całkiem sporo żartów sytuacyjnych, których jednak nie zdradzę, byście sami mogli je odkryć.

Na przestrzeni akcji Zbrojnych lepiej poznajemy miasto, mamy do czynienia z nieumarłymi, Gildią Błaznów, Gildią Skrytobójcy czy też Psią Gildią. Bohaterowie czasami zapuszczają się w czasy zamierzchłe, do czasów królów, jako iż Pratchett ponownie podejmuje motyw władzy i wychodzi z niego obronną ręką. Jest tu sporo akcji – mamy do czynienia z wydarzeniami, które znacząco wpływają na Miasto, ale też zadecydują o przyszłości Straży Miejskiej.

Jednakże głównym czynnikiem dla, którego ta część cyklu podoba mi się bardziej od poprzedniej to fakt, że jest bardziej dramatyczna. Niebezpieczeństwo realnie zagraża bohaterom (mimo, że jest one traktowane w bardzo lekki sposób), relacje między poszczególnymi bohaterami znacząco się rozwijają. Czytelnik jednocześnie może się śmiać i wzruszać.

Wszystkie te elementy składowe zbierają się na bardzo dobrą książkę, którą poleciłbym każdemu. Rozweseli ona nawet największego smutasa i ponuraka na Ziemi. Obok niej nie można przejść obojętnie. Na dodatek jest ona bardzo aktualna, gdyż parodiuje obecne zidiocenie dotyczące wszelkich parytetów i zarazem jest bardzo szczerze-tolerancyjna sama w sobie.

Cykl machinimowy #10 – Cały tydzień czekałem na deszcz

Tekst został pierwotnie opublikowany 29.03.2017r.

O Deszczowym tygodniu warto rozmawiać. Czymże jest? To krótki thriller machinimowy autorstwa Lestera561, umieszczony w uniwersum Gothica i rzekomo oparty na prawdziwych faktach. W to ostatnie jednak, bardzo ciężko uwierzyć.

Gothic – Deszczowy tydzień

Fabuła prezentuje się następująco:  seryjny morderca kobiet zostaje uniewinniony, bohater, który wrzucił go za kratki niemożebnie się wkurwia, w nocy ma koszmary, zaczyna padać deszcz, a  na następny dzień rozpoczynają się morderstwa, które maja nas doprowadzić do Niesamowitej Rewelacji. Niestety, jak to zwykle bywa, przyzwoity pomysł szybko pada “na glebę”, scenariusz łamie się pod własnym ciężarem, szybo pojawiają się sprzeczności i zagadkowe decyzje scenarzysty, a samo wykonanie nie jest na tyle dobry by to przysłonić. Prawdę mówiąc to ono jest najwyżej przeciętne, z kiepskimi momentami.

Bohaterów mamy niewielu, historia głównie opiera wokół kapitana Straży i jego pomocnika. Mamy też parę pobocznych postaci. Kapitan Straży Miejskiej, Walter – to figura buca i wiecznie wydzierającego się agresora do którego w żaden sposób nie można pałać sympatią. Pomocnik czy też jego podwładny to jakiś młodzieniec (Młody), który nie potrafi się postawić, i przez cały okres filmu jest mocno nijaki. Tak naprawdę nie ma powodu byśmy się zainteresowali tą historią. Nie ma tu ciekawych bohaterów ani dogłębnej analizy psychologicznej.

Film jest niemal przeciwnością realizmu. Kapitan Straży podczas śledztwa podpala miasto, grozi obywatelom bronią, okrada z ich dobytku, a w późniejszej części filmu rzuca się z pięściami na swojego podwładnego nieomal go zabijając. Oczywiście (jakżeby inaczej) nie czekają go żadne reperkusje ze strony swoich przełożonych. A to oczywiście nie wszystko. Problemy szczególnie ma końcowa faza filmu, lecz o tym nieco później.

Reżyser zamiast pokazać nam spiralę wydarzeń, która doprowadziła do szaleństwa bohatera pokazuje nam, że był on zawsze taki sam – spłaszcza jego charakter i dodaje krzyki. A to wielka szkoda. Zapadanie w szaleństwo może być interesującym motywem o ile dobrze wykonane. Tutaj jednak zostało tak uproszczone by zmieściło się już  w i tak bardzo ograniczone ramy czasowe filmu. Brakuje też ukazania motywacji pierwszego mordercy.

Montażowo nie było najlepiej – zwróciłbym jednak uwagę na dwie sceny. Pierwsza: scena snu – moment ukrzyżowanymi kobietami i rzeźnikiem. Druga: scena pościgu po dachach w drugiej połowie filmu. Obie sceny mają wspólny mianownik – zostały zmontowano w ten sposób, że sceny na pozór dramatyczne nie powodują żadnych innych emocji jak tylko śmiech, a to duży problem. Odczuwam pewien dysonans przy jakości dialogów: są dobre,  są i złe. Dodatkowo postać Waltera – mimo, że Walter miał dubbingera, który ma niezłą jakość mikrofonu i jakieś tam umiejętności aktorskie to ciągłe darcie mordy zepsuło tę postać.

“Ciekawym” aspektem jest również postać żony (Matylda), jest to najprawdopodobniej najbardziej irracjonalny wątek. Poznajemy ją zrzędzącą, że małżonek będzie jadł wychłodzoną zupę, i z każdym kolejnym dialogiem narzeka, a widza irytuje coraz bardziej. Aż w końcu trafia do aresztu za to, że jest czarna, yyyy, znaczy dlatego, żeby była bezpieczna. W celi spotyka ją los który pozwoli jej rozmyślać nad sprawami ostatecznymi, i ostatecznie będzie mogła pogodzić się ze śmiercią za pomocą noża lub innego podobnego narzędzia. I mam z tym wątkiem dwa problemy. Po pierwsze – skąd kobieta miała nóż w celi, przed wprowadzeniem do celi powinny istnieć stosowne procedury – rewizja, która udaremniłaby wszelkie próby zrobienia sobie krzywdy. Niczego takiego nie ma. Druga kwestia to rzekome znęcanie się nad jej osobą przez męża – czy w jej pierwszej scenie czasem nie widzimy jak ona go do tego podjudza? Niezły masochizm.

Prawda jest taka że największe rozczarowanie miałem przy finale. Rozumiem mechanizmy Wielkiej Rewelacji i jak działa Zwrot Akcji Którego Się Nie Spodziewaliście, i tak, często może doprowadzić ono do racjonalnego “mindfucka” u widza, tutaj to jednak nie następuję. Widz dostaje porcję informacji, której nie był w stanie odczytać wcześniej. Albo jej nie było, albo została źle przedstawiona. Dlatego nie mógł się tego spodziewać, a nie do końca o to chodzi w takich zwrotach akcji. Jest to wymuszone i nielogiczne. Były to sceny z kategorii “powiedz, nie pokazuj”.  I nawet jeśli przyjmiemy że faktycznie tak mogło być, to i tak, jeśli cofniemy się do wcześniejszej połowy filmu to odkryjemy, że teraz zachowanie podwładnego jest zupełnie pozbawione sensu. Potencjał symboliki ciągłej ulewy również nie został należycie wykorzystany.

Na koniec dwa słowa o epilogu. Młody nie przyprowadził kapitana przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, a dokonał z kumplami samosądu. I za to dostał awans na kapitana? Lekko nietypowe. I to zakończenie. Historia się powtarza? Ironia losu? Nie możemy też zapomnieć o symbolice pustej butelki po winie.

Podsumowując, dostajemy toporny i nieprzemyślany film. Zbyt krótki i jednocześnie o zbyt wysokim tempie akcji. Do samego dzieła wrzucona jest masa rzeczy, która nie została nigdzie wytłumaczona. Kolejne sekwencje wydarzeń są sprzeczne wobec siebie. Zbyt wiele tutaj nie współgrało ze sobą by można było to nazwać dobrym czy też przyzwoitym filmem.

Cykl książkowy #2 Książe

Tekst został pierwotnie opublikowany 22.02.2017r.

Któż nie słyszał o Księciu? Można się o nim dowiedzieć już w czasach nauki w gimnazjum (przynajmniej w moim pokoleniu), istnieje szeroko w popkulturze (np. występuje jako postać w grze Assasin’s Creed), jego hasła są powszechnie znane – być jak lis i lew, polityk nie jest niewolnikiem swoich słów. I dla mnie to jest największy problem tego traktatu. Ze względu na ponadczasowość jego przekazu z książki nie da się wyciągnąć nic nowego.

Niccolò Machiavelli opisuje rządy księstw. Jakie są ich rodzaje. Jak powinno się  w nich rządzić. Jak nie popełniać błędów. W największej mierze koncentruje się stosunkach między księciem a ludem i arystokracją i zarządzaniem wojskiem. Jednak fakt, że traktat powstał w określonym czasie na określonym rejonie (renesansowe i “dzielnicowe” Włochy) powoduje, że jest może nie tyle zdezaktualizowana, a nie pokazuje całej prawdy. Jeśli zaczniemy czytać między wierszami to odkryjemy że jest to po prostu podręcznik. Podręcznik inspirowany postacią Cezara Borgi na temat jak powinien wyglądać przywódca który będzie w stanie zjednoczyć państwo włoskie. Ostatni rozdział traktatu, który jest skierowany do Rodu Medyceuszy jedynie to potwierdza.

Nie znaczy to jednak, że nie warto jej przeczytać. Warto. Warto poznać jego sposób myślenia, człowieka, który wyprzedził teraźniejszość i opisał prawdę, która w pewnej formie jest aktualna do dziś. Może ktoś się zainteresują historią Włoch, to nie mój rewir, natomiast gromadzenie wiedzy zawsze jest wartościowe.

Cykl książkowy #1 Dzień tryfidów

Tekst został pierwotnie opublikowany 22.02.2017r.

Dzień tryfidów jest dla mnie miłą niespodzianką. Z zewnątrz odstręczająca – okładka tandetna, a i nie mająca wiele wspólnego a akcją książki. Z tyłu mamy opis epatujący przesłaniem: “Aaaaa, mordercze rośliny atakują!”. Brzmi to tanio, jak kiepski horror klasy B. Nic bardziej mylnego.

John Wydham zabiera nas do Londynu czasu zimnej wojny (książka została napisana w 1951r.), nad ziemię nadleciała kometa i rozbłysnęła zielonym światłem, widzieli ją niemal wszyscy, i wskutek tego stracili wzrok. Głównego bohatera ominął ten los, ponieważ akurat zdarzyło mu się leżeć w szpitalu, gdzie wypoczywał po zabiegu na narządzie wzroku. Szybko orientuje się w sprawie i próbuje odnaleźć się  w nowym świecie.

Czytelnik szybko orientuje się, że nie jest to w żaden sposób opowieść o morderczych i krwiożerczych roślinach czających się na ślepców, a studium ludzkiej moralności w momencie kiedy opadają okowy cywilizacji, zasady rządzące naszym światem. Nieustępliwość tryfidów jest niczym wobec zachowań ludzkich. Gdzie one są jedynie chwastem, my jesteśmy zgnilizną toczącą ludzkie serce.

To, co robimy gdy nie ma stanowionych i umownych praw jest godne pożałowanie. wykorzystywanie ludzie, by samemu przetrwać. Podróż po trupach do celu. Chęć zyskania władzy nad innymi w quasi-feudalnym społeczeństwie dla samej istoty władzy. Tratowanie innych niczym niewolników i szeroko rozumiany brak sprawiedliwości i przyzwoitości. Czytelnika ogarnia strach, a w końcowych tematach i odraza.

Gdzieś w tle są też tryfidy, niezwykle enigmatyczne rośliny stworzone przez człowieka, nie przypominaj one jednak roślin, ich inteligencja wygląda jak coś pomiędzy zwierzęciem i człowiekiem. Jest nam na tyle obca, jak byłaby hipotetyczna rasa z innej planety. Nie można ich zrozumieć, jedynie zwalczać. Są nieustępliwe, niczym chwasty i dążą do całkowitej władzy nad światem. Jakkolwiek kiczowato to brzmi.

Przerażenie, smutek i nostalgia (za utraconym światem) – w tych trzech słowach opisałbym tę powieść.

Cykl tłumaczeniowy #14 Głupota odosobnienia

Tekst został pierwotnie opublikowany 16.01.2017r.

Poniższy tekst należy o uniwersum The Elder Scrolls.

AKT I, Scena I

Na scenę wchodzi głupiec wierzący, że zna się lepiej na rzeczy niż Bohater. Przed nim rozrasta sie imponujący widok Heartholdhelm, w środku którego oczekują go trzy żądne krwi rasy Paktu Ebonheart. Głupiec rusza naprzód, wychodząc na przeciw pewnemu rozczłonkowaniu przez wściekłe bagienne jaszczurki i agresywnych barbarzyńców.

AKT I, Scena IV

Udręczona, altmerska kobieta siedzi przy stole, otoczona przez książki. Jej oczy skupione są na horyzoncie, spoglądają w nicość. Tylko najbardziej spostrzegawczy zauważą, że z kącika jej ust spływa cienka strużka śliny. Przed nią, na stole, znajduje się opasłe tomiszcze, z zawiłymi runami wypisanymi na okładce.

AKT II, Scena II

Szlachetny Altmer spogląda z góry na grupę zebranych magów.

RAZUM-DAR: Moja Królowo, magowie opuszczają nasze granice z ważnymi informacjami, Mówią, że poszukują…odosobnienia.

KRÓLOWA AYRENN: Naprawdę?  Być może nie rozumiecie znaczenia lojalności, mali magusi!

Niniejszym następuje scena w, której Bohater zabija ich matkę, kiedy ona zabija ich ojca, kiedy on zabija ich wujka (spójrz w dół, na kontekst)

Znajdź Akt Trzeci, gdzie mamy przemowę o Przymierzach. Mianowicie, przymierze pomiędzy Daedrycznym Księciem i kostką sera.


AKT IV, Scena VI

Szlachetny Altmer spogląda z góry na grupę zebranych magów.

RAZUM-DAR: Moja Królowo, magowie opuszczają nasze granice z ważnymi informacjami. Mówią, że poszukują.. .odosobnienia.

KRÓLOWA AYRENN: Naprawdę?  Być może nie rozumiecie znaczenia lojalności, mali magusi!

RAZUM-DAR: Gdzie ja to słyszałem wcześniej?